POTOP.
Główne zarzuty racyonalistów przeciw opowiadaniu mojżeszowemu o potopie opierają się na powszechności tego zjawiska; odpowiedzi zaś na nie ze strony katolików są różne, względnie do pojęcia, jakie się ma o tej powszechności. Pod tym względem egzegeci dzisiejsi dzielą się na trzy działy: jedni przyjmują bezwzględną powszechność potopu, inni ograniczają go tylko do ziem, zamieszkanych wówczas przez ludzi, wreszcie inni jeszcze, najnowszej daty uczeni, nie przyznają wcale powszechności kataklizmu potopowego, lecz zacieśniają go jedynie do rasy semickiej.
Każdy z tych poglądów rozstrzygniemy pokrótce i przytoczymy odpowiedzi, jakie daje on swym przeciwnikom.
I. Bezwzględna powszechność potopu.
Aż do XIX-go wieku prawie wyłącznie panowało przekonanie, że mojżeszowy potop ogarniał całą ziemię, zarówno zamieszkane jak niezamieszkane przez ludzi jej przestrzenie. Wówczas nie miano jeszcze żadnego poważnego powodu wątpienia o tem, a rzecz pewna, że tekst biblijny sprzyja najzupełniej temu przekonaniu. Wyrażenia, jakich używa pisarz święty, wzięte w znaczeniu dosłownem, odnoszą się do całej kuli ziemskiej. Tak bowiem powiada Mojżesz: „A gdy uyrzał Bóg ziemię bydź skażoną od wszelkie ciało popsowało było droge swą na ziemi). Rzekł do Noego: koniec wszelkiemu ciału przyszedł przedemną.” (Gen. VI, 12, 13). I dalej: „A wody się zmocniły zbytnie nad ziemią: y okryły się wszystkie góry wysokie pod wszystkim niebem. Piętnaście łokci wyższa była woda nad górami, które była okryła, y zgładzone jest wszelkie ciało, które się ruchało na ziemi, ptaków, zwierząt, bestyi, y wszystkich ziemiopłazów, które się płazają po ziemi: wszyscy ludzie, y wszystko w czym jest duch żywota, na ziemi pomarło. Y wygładził Bóg wszystko stworzenie, które było na ziemi, od człowi aż do bydlęcia, tak ziemiopłaz jako y ptastwo powietrzne, y wygładzone jest z ziemie, y został sam Noe y ci, którzy z nim byli w korabiu. Y opanowały wody ziemię sto y pięćdziesiąt dni.” (Ks. Rodz. VII, 19—24).
Do słów powyższych, bardzo wyraźnych, dodać można tę jeszcze uwagę, że Kościół zawsze uznawał bezwzględną powszechność potopu, nie czynił wprawdzie z niej dogmatu, ale jednozgodne świadectwa Ojców i dawnych teologów, ksiąg liturgicznych i katechizmów świadczą o powszechnej wierze chrześcijan.
Nadto sama nawet geologia potwierdza dawne przekonanie. Wszędzie bowiem stwierdzono na powierzchni ziemi istnienie mniej lub więcej znacznych pokładów, będących widocznie skutkiem jednego lub więcej nawodnień, ze względu na obszar i na siłę działania nic wspólnego nie mających z temi nawodnieniami, jakie się za dni naszych dokonywają niekiedy (ob. Dóluge mosaique przez X. Lambert). Pojmują to dobrze geologowie i dla tego, bez względu na potop tradycyjny, w który wielu z nich nie wierzy, zwierzchnim tego rodzaju pokładom nadali nazwę diluvium czyli pokładów diluwialnych.
Powołują się jeszcze na powszechność tradycyi odnośnie do potopu; powszechność ta wszakże nie zdaje się być bezwzględną. Podług niektórych zaś pisarzy nowożytnych, tradycya ta nie jest nawet zdolna poprzeć tego zdania, które ogranicza potop tylko do przestrzeni zamieszkanych, zważywszy, że tradycyi tej nie posiada wcale cała rasa murzyńska.
Jeszcze w zeszłym wieku na poparcie opinii tradycyjnej podnoszono fakt obecności muszel na górskich wyżynach i w głębi ziemi. Argument ten, który dziś śmiech tylko wywołuje, niemałego nabawiał kłopotu Woltera. W odpowiedzi na to, z całą powagą przypisywał muszle, znajdowane w Pireneyach, pielgrzymom do grobu św. Jakóba w Compostelli. Dziś zaś wiadomo wszystkim, że muszle te pochodzą z czasów geologicznych, a tem samem są dawniejsze od człowieka wiele tysięcy lat a może i wieków.
I rzeczywiście, Pismo św. i tradycya są jedynymi dowodami, jakie można przytoczyć na korzyść bezwzględnej powszechności potopu, ale przyznać trzeba, że po za tem rzeczona powszechność natrafia na bardzo poważne zarzuty. Główniejsze z nich pochodzą ze strony nauk przyrodzonych, z niedostateczności wody i z trudności uratowania resztek ginących zwierząt. Słusznie bowiem można stawiać sobie pytanie, skąd pochodziła ta woda, która pokrywała całą ziemię, tak iż najwyższe góry przewyższała na piętnaście łokci. Przypuściwszy nawet, że w ciągu czterdziestu dni i nocy padały deszcze tak ulewne, jakich nigdy nie widziano, to i w tym razie pokryłyby ziemię warstwą grubą ledwie na 800 metrów; a tym czasem mamy w Himalayach szczyt Gaorisankar, dochodzący do 8,840 metrów wysokości. Prawda, że Pismo św. nam mówi, iż „przerwały się wszystkie źrzódła przepaści wielkiej” (VII, 11), to znaczy prawdopodobnie, że wody morskie z brzegów wystąpiły; atoli, jeśli, co jest rzeczą prawdopodobną, nie zwiększyła się ilość wód istniejących na ziemi, to trzeba było cudu bożego, aby utrzymać te wody na lądach na wysokości 9,000 metrów wówczas, gdy łożyska mórz były suche. Każdy przyzna, że nie łatwo się zgodzić na takie naruszenie praw równowagi w świecie przyrody.
Powiedział ktoś, zabierający głos w tej sprawie, że najwyższe szczyty kuli ziemskiej, takie Himalaje w Azyi, Andy w Ameryce, Alpy w Europie, za czasów potopu wcale nie istniały[^1]. Hypoteza ta wszakże, która ilość potrzebnej wody na zalanie świata zmniejszyłaby o połowę, niczem usprawiedliwić się nie da. Wiek gór przypuszczalnie jest znany, a jeśli prawdą jest, że trzy wymienione łańcuchy górskie są względnie świeżej daty, to przecież jeden z nich przynajmniej, łańcuch mianowicie Alpejski, jest, zdaniem Eliasza de Beaumont, wcześniejszy od epoki czwartorzędowej, a tem samem i od istnienia człowieka.
Zresztą jest jeszcze wiele innych gór, jak Pyreneje naprzykład, które sięgają do czterech i pięciu kilometrów wysokości a które widocznie są bardzo dawne. Wody dziś istniejące żadną miarą nie wystarczyłyby na jednoczesne ich wszystkich pokrycie.
Trudność ta przecież wcale nie zraża komentatorów biblijnych. „Należy ona raczej, powiada jeden z nich, do wiedzy, aniżeli do egzegezy, którą się tu wyłącznie zajmujemy. Rozwiązanie jej zatem pozostawiamy uczonym. Jeśli zaś nauka orzeknie tę trudność za nierozwiązalną, to wówczas będziemy mogli powiedzieć, że Bóg cudownie rozmnożył wody, jak później Zbawiciel rozmnożył chleby”[^2]. Taka jednak odpowiedź nie wszystkich prawdopodobnie zaspokoi. Nie będąc nawet racyonalistą, powiadają katoliccy przeciwnicy tej opinii, trudno się zgodzić na myśl, aby Bóg stwarzał wody jakieś okolicznościowe, żeby je potem unicestwić, i to tembardziej, że do celu swego, którym było ukaranie człowieka grzesznego, mógł dojść innymi środkami bardziej zbliżonymi do tych, jakich zwykle używa. Stwarzanie nowe przerywałoby ów spokój, któremu, podług Biblii, oddał się Bóg po ukończeniu dnia szóstego. Aby się zgodzić na cud tak nadzwyczajny, trzebaby chyba, żeby on był oczywisty i uderzający.
Inną niemniej poważną trudnością jest następująca: Jak mógł Noe nagromadzić w arce przedstawicieli wszystkich gatunków zwierzęcych, zamieszkujących całą kulę ziemską?
Ojcowie Kościoła, których przy egzegezie biblijnej trzeba brać na uwagę, nie mogli, powiadają ciż sami przeciwnicy, zrozumieć całej doniosłości tego zarzutu. Znali oni małą tylko ilość zwierząt, tę, która naokół nich żyła w starożytnym świecie i których nagromadzenie w korabiu było względnie łatwe. Inaczej zaś mają się rzeczy z nami. Postęp wiedzy ludzkiej więcej niż o dziesięćkroć powiększył ilość gatunków znanych. Przed dwudziestu laty liczono ich już 430,000, z których 4000 ssących, 6000 ptaków, tyleż ryb i od 1200 do 1300 gadów. Wiemy nadto, że świat daleko jest obszerniejszy, aniżeli kiedyś przypuszczano. Poszukiwania geograficzne odsłoniły nam istnienie amerykańskiego stałego lądu i wszystkich wysp Oceanu Spokojnego, przedzielonych olbrzymiemi przestrzeniami morza. Każda z tych wysp posiada odrębne swe królestwo zwierząt, całkowicie od naszego różne. W przypuszczeniu zatem potopu bezwzględnie powszechnego, trzeba się zgodzić na to, że właściwe tym krainom zwierzęta przebyły obszerne, dzielące nas od nich, oceany, i że, zmieniwszy swój sposób życia i swe instynkta, dla nowych krain porzuciły dawne siedziby, do których dziś z trudnością przystosowywać się dają. A godzi się też zapytać, jakim sposobem przebyły one te olbrzymie przestrzenie? Czyżby wpław przebyły oceany, by stanąć na zawołanie Noego? albo czyżby należało wierzyć, że cudownym sposobem w arce przeniesione zostały?
Ojcowie Kościoła nie mieli potrzeby rozwiązywać zagadnień, które są wytworem nowszych czasów. Nie znali oni ani stałych lądów Ameryki i Australii, ani rozmaitości królestwa zwierząt ziemnych, ani różnorodności ich gatunków. Mówili też sobie, że ryb i wszystkich wogóle zwierząt wodnych, nawet i małych zwierząt ziemnych, nie było potrzeba zabierać do arki, by je uchronić od potopu. Był-to bowiem w istocie przesąd w owych czasach bardzo rozpowszechniony, że zwierzęta niższego rzędu, jak krety, myszy i owady mogły powstawać z rozkładu materyi organicznych drogą prawdziwego samorodztwa, a dawni egzegeci biblijni mogli sądzić, że ten sam wypadek ponowił się po potopie. Co się zaś tyczy zwierząt wodnych, to przypuszczali ciż ojcowie, że potop sprzyjał ich rozwojowi, rozszerzywszy zakres ich życia.
Dzisiejsza wiedza już tak nie rozumuje. Przedewszystkiem wypowiedziała już swe zdanie o samorodztwie. Powtóre wykazała, że ryby i inne zwierzęta wodne mogą żyć tylko w pewnych określonych warunkach, jedne w wodzie słodkiej, inne w wodzie mniej lub więcej słonej, jedne pod powierzchnią, inne na wielkiej głębokości wody, inne znów w środowisku spokojnem lub ruchliwem, względnie do swego sposobu życia lub do natury swego organizmu. Tymczasem, ponieważ potop był spowodowany gwałtownymi opadami deszczowymi i wystąpieniem mórz z łożyska, musiało przeto z tego nastąpić olbrzymie zamieszanie w warunkach istnienia zwierząt wodnych. W pierwszym razie, wody morskie znacznie się osłodziły, co musiało za sobą pociągnąć śmierć większej ilości zwierząt, które w nich żyły, w drugim — wody jezior i rzek ustąpiły miejsca wodom morskim, a stali ich mieszkańcy, ryby wody rzecznej, z nią razem zniknąć musiały. I w jednym i w drugim zaś razie gwałtowność napływu i napór nowej warstwy wody, grubej na wiele tysięcy metrów, musiał z konieczności, jeśli nie zupełnie zdruzgotać, to przynajmniej przeszkodzić prawidłowemu działaniu większości organizmów.
Te i tym podobne trudności, których doniosłość uszła uwagi dawnych komentatorów biblijnych, przyczyniają się do znacznego zwiększenia ilości gatunków, jakie Noe musiał zamknąć w arce. Pytanie więc, czy arka ta, jakkolwiek byłaby wielka, mogłaby to wszystko objąć?
Powiedział ktoś wprawdzie[^3], że objętość korabia Noego przewyższała największy nawet okręt, jaki zbudowano za naszych czasów, Great Eastern; ale żeby się na to zgodzić, trzebaby miarę łokcia znacznie przedłużyć. Nadto, liczby w tekście pierwotnym były często przez przepisywaczy zmieniane, jak to powszechnie przypuszczają egzegeci biblijni; trudno przeto polegać na danych biblijnych w tym przedmiocie, zwłaszcza gdy dane te prowadzą do wyników zgoła cudownych i a priori mało prawdopodobnych. Stąd też trudno przypisywać przemysłowi, pięć tysięcy lat staremu i skądinąd bardzo pierwotnemu, dzieło ogromem swym większe, aniżeli wszystko, co w naszych czasach wytworzyła tak udoskonalona przez architektów sztuka budownicza.
Przypuśćmy wszakże, że korab Noego zawierał przypisywane mu cztery miliony stóp kubicznych, to i w tym razie jeszcze nie śmielibyśmy ręczyć, czy przestrzeń ta wystarczałaby na pomieszczenie 400,000 lub 500,000 gatunków zwierzęcych, wielkich i małych, kulę ziemską dziś zaludniających, tembardziej, że każdy z tych gatunków przedstawiał co najmniej dwa osobniki i że trzeba było zachować znaczną przestrzeń na pożywienie, mające tym zwierzętom służyć przez czas pobytu w arce, chyba że się przypuści nowy cud obywania się bez pożywienia, o czem Biblia najmniejszej wzmianki nie czyni, a co my zaledwie mamy prawo przypuszczać.
Dawni egzegeci biblijni, aczkolwiek nieświadomi tych wielkich trudności, o jakich wspominaliśmy wyżej, uznawali przecież, że wody potopu doskonale mogły nie przewyższać — przynajmniej jednocześnie — szczytów gór najwyższych.
Jeśli się uczyni to ostatnie zastrzeżenie, i jeśli się przypuści, że fala potopu kolejno przechodziła po całej kuli ziemskiej, wtenczas założenie o powszechności potopu, nawet geograficznej, mniej przedstawia trudności, dozwala bowiem przypuszczać, że wody dziś istniejące wystarczały do zalania wszystkiego, i że niektóre zwierzęta, w korabiu nie zamknięte, mogły ujść zalewu, chroniąc się na niektóre z owych wysokich szczytów (cacumina montium supereminentium), o których prawie cztery wieki temu rozprawiał Cajetanus. Przyznać trzeba, że ta opinia łatwo godzi się z inną, która ogranicza kataklizm potopowy do stron kuli ziemskiej, zamieszkanych przez ludzi.
Na te i tym podobne zarzuty odpowiadają zwolennicy bezwzględnej powszechności potopu, że Pismo św. i tradycya zawsze przedstawiają potop, jako wypadek cudowny, spowodowany umyślnym współdziałaniem Boga, i ze skutkiem tego trudność wyobrażenia sobie, jakim sposobem przeprowadził Bóg swój zamiar, stanowczo niczego nie dowodzi przeciw rzeczywistości faktu. Ciągle przeto stoimy wobec całego szeregu pytań: Jakiego sposobu Bóg użył, aby pokryć wodę całą ziemię razem z najwyższymi górami? Czyby z nicości wyprowadził wodę do tego potrzebną? Czy ją z innego jakiegoś ciała niebieskiego sprowadził na ziemię? Czy może zwiększył poprostu tylko objętość massy wody, nie zaś samą massę wody istniejącej na ziemi? Czy uciekł się po temu do jakiegoś innego sposobu, o jakim my pojęcia nie mamy? Jakim sposobem sprowadził Bóg do arki, a później rozrzucił po ziemi zwierzęta we wszelkich gatunkach? Co rozumieć należy przez owe „gatunki?” Ile ich było w owym czasie na ziemi? Czy są jakie ślady ich przenosin? Jeśli zamknięte w arce gatunki były tak liczne, jak przypuszczają niektórzy, to jakże mogły one żyć w korabiu, zbudowanym przez Noego? Na te rozliczne pytania Pismo św. i Tradycya nie odpowiadają nam ani słowa; stwierdzają nam tylko sam fakt i przedstawiają nam go jako cud. Pewną niedokładność się popełnia, gdy się mówi, że Ojcowie Kościoła i teologowie nie mogli dojrzeć trudności w ten sposób rozumianego opowiadania o potopie. Wszelako to jedno tylko jest prawdą, że oni trudności tych nie mogli widzieć wszystkich, gdyż nie posiadali tych danych geograficznych i innych, jakie my posiadamy. Widzieli np., że musiał Bóg prawdopodobnie pomnożyć wody, ale zadawalnia li się mniejszą ilością płynu, aniżeli ta, jakiej wymaga wiedza nowożytna; widzieli, że trzeba było cudu na to, aby sprowadzić zwierzęta do arki, ale nie znali wszystkich gatunków zwierząt, ani przestrzeni, jaką one przebiedz musiały; w szczególności zaś nie wiedzieli o istnieniu Ameryki. Wszelako, ogółem biorąc, pomiędzy trudnościami, jakie nam odsłania nauka dzisiejsza, a trudnościami, jakie mieli przed sobą Ojcowie Kościoła i teologowie, zachodzi tylko różnica stosunku, a dla Pana Boga nie jest łatwiejsze sprowadzenie do arki pięciukroć stutysięcy gatunków zwierząt, aniżeli pięciuset, ani też łatwiejsze nie jest sprowadzenie ich z Ameryki, aniżeli z Anglii lub z innej jakiejkolwiek wyspy. Obrońcy tej opinii dodają, że wszelkie tłómaczenia, przeciwne bezwzględnej powszechności potopu, natrafiają na niemniej ciężkie trudności, i że ze względu na spory z racyonalistami, by nie przekroczyć granic prawowierności, uciec się trzeba do cudu. Tymczasem, wszelki cud, czy mały czy wielki, zarówno sprzeciwia się racyonalistom.
II. Powszechność względna.
Z powodów wyżej wyłożonych, założenie o bezwzględnej powszechności potopu liczy dziś daleko mniej zwolenników pomiędzy egzegetami i teologami, aniżeli lat temu dwadzieścia. Najpoważniejszymi może przedstawicielami tej opinii są dziś we Francyi X. Moigno, w Belgii X. Prałat Lamy. Ten ostatni czyni nawet liczne zastrzeżenia, gdy przyznaje, że wody potopu mogły nie pokrywać jednocześnie całej kuli ziemskiej. „Potop, powiada on, trwał rok cały prawie; w ciągu tego czasu wody wzbierały i opadały; mogły one kolejno pokrywać różne części kuli ziemskiej tak, iż wszędzie zniszczyły ludzi i zwierzęta. Niema potrzeby, aby deszcze padały wszędzie jednocześnie, ani też aby Ameryka była zalana wodą w tym samym czasie, co Europa i Azya.” (Ob. Controverse t. VI. 331).
I przeciwnie, opinia ograniczająca potop do części ziemi, zamieszkanych przez człowieka, codzień więcej zyskuje zwolenników. Broni jej w szczególności uczony, cieszący się wysoką i zasłużoną powagą w świecie chrześcijańskim, ksiądz Vigouroux. Za tą opinią zdaje się oświadczać większość pisarzy kościelnych, a po wielu seminaryach duchownych opinię tę podają jako prawdopodobną.
Pierwszym może; który tę opinię wypowiedział wyraźnie, jest Vossius, (1685), Nauka ta z powodu swej nowości wzbudziła wówczas opór tembardziej zrozumiały i usprawiedliwiony, że podług myśli autora potop dosięgnąłby tylko Azyi Zachodniej, Palestyny i Mezopotamii, jedynych krajów, w których mieszkali ludzie. Zdanie to doszło do wiadomości kongregacyi Indeksu, która zasięgnęła rady bawiącego wówczas w Rzymie Mabillon'a. Ten odpowiedział, że jego zdaniem nowa myśl nie zawierała w sobie nic przeciwnego wierze, ze względu na to, że wyraz wszystko nie zawsze ma w Piśmie św. znaczenie bezwzględne, którego na pierwsze wejrzenie zdawałby się wymagać. Kongregacya przyjęła zdanie uczonego Benedyktyna. Jeśli zaś mimo to potępiła później Vossiusa, nastąpiło to prawdopodobnie wskutek jego doktryn, nie mających nic wspólnego z omawianym tu przedmiotem.
Rozumie się, że zwolennicy ograniczonej powszechności potopu opierają się naprzód na trudnościach, jakie wzbudza teorya poprzednia. Jakoż powiadają, że ponieważ wyłącznym celem potopu było ukaranie człowieka grzesznego, zdaje się przeto być rzeczą conajmniej zbyteczną rozciągać go do krajów jeszcze nie zamieszkanych. Dodają oni przytem, że Bóg nie czyni cudów napróżno, a takimi właśnie byłyby wszystkie owe stanowczo nadzwyczajne wydarzenia, do jakich musiałby się uciec, aby całą kulę ziemską jednocześnie pogrążyć w wodzie i przechować w niej jednocześnie istoty żyjące.
Prawda, że wyrazy, jakich używa pisarz święty, same w sobie mają to znaczenie, które im przypisują zwolennicy pierwszej hypotezy, ale nic nas nie zobowiązuje do brania ich w znaczeniu bezwzględnem. Pismo św. przez samo Pismo tłómaczyć trzeba. Tymczasem właśnie, w bardzo wielu miejscach też same co tu wyrażenia, albo wyrażenia analogiczne, trzeba z konieczności brać w znaczeniu ograniczonem.
Otwórzmy naprzykład księgi prorockie, a przekonamy się niebawem, w jakiej mierze pisarze święci używają przenośni. „Wszechświatem, powiada X. Motais (Le Déluge biblique), bywa dla nich już-to Jerozolima, już Babilon. Prawie zawsze możnaby powiedzieć, że upadek jednego z tych miast równa się końcowi świata całego, i że żaden człowiek od tej katastrofy uchronić się nie zdoła. Wszak to „wszystka ziemia,” omnis terra (Iz. XVI, 7) „odpoczęła i umilkła” przy upadku któregokolwiek z tyranów; wszak również „na wszystką ziemię” i „na wszystkie narody” (super omnem terram, super omnes gentes) umyślił Bóg radę, gdy postanowił wyprzeć Assyryjczyka z ziemi wybranej (Iz. XIV, 26). „Patrzyłem na ziemię, a oto czcza była y nikczemna,” woła Jeremiasz z powodu Jerozolimy. „Patrzyłem na góry, a ono się chwiały y wszystkie pagórki zatrwożone są. Patrzyłem, a nie było człowieka, y wszystko ptactwo niebieskie odleciało. Patrzyłem, a oto Karmel spustoszały, y wszystka jego miasta zburzone Bo to mówi Pan: spustoszona będzie wszystka ziemia, wszakże przecię dokończenia nie uczynię” (Jerem. IV, 23 nst.).
Sami nawet Ojcowie Kościoła nie uniknęli tych przenośni w wyrazach, które i dziś jeszcze cechują język wschodni. „Pismo św. ma zwyczaj, powiada św. Augustyn, mówienia o części tak, jak gdyby mówiło o całości.” Scripturae mos est ita loqui de parte tanquam de toto. (Epist. ad Paulin. 149), To też przestrzega on św. Paulina z Noli, że strzedz się trzeba brać zawsze w znaczeniu bezwzględnem wyraz „wszystko,” omnis, używany przez pisarzy natchnionych.
Ze swej zaś strony X. Vigouroux zaznacza wiele miejsc Pisma św., których trudno przyjmować w znaczeniu bezwzględnem. Czytamy np. w rozdz. XLI Księgi Rodzaju (w. 54—57): „Y po wszystkim świecie głód przemógł..., a in universo orbe. A głód brał moc co dzien po wszystkie] ziemi..., in omni terra. Wszystkie prowincye przyjeżdżały do Egiptu aby kupowały żywność.” Wszyscy tłómacze Pisma św. zgadzają się na to, że wyrażenia te odnoszą się tylko do krajów sąsiadujących z Egiptem i żydom znanych.
Skądinąd znów w Księdze Deuteronomium mówi Bóg do Mojżesza: „Dzisia pocznę puszczać strach y bojaźń twoię na ludy, którzy mieszkają pod wszystkiem niebem, sub omni coelo.” Dalej nieco, w trzeciej Księdze Królewskiej (X, 24) powiedziano, że: „Y, wszystka ziemia, universa terra, pragnęła twarzy Salomonowej...” Wreszcie w Dziejach Apostolskich napisano (II, 5), że w dzień Zesłania Ducha św. widziano w Jerozolimie ludzi „ze wszego narodu, który jest pod niebem,” ex omni natione quae sub coelo est.
Jakoż, nikt chyba żądać nie będzie, aby w różnych tych tekstach należało dosłownie rozumieć wyraz omnis i inne podobne wyrażenia, jakkolwiek byłyby one silne. Przytoczmy ostatni jeszcze przykład, co do siły wyrażenia mający pewne podobieństwo z opowiadaniem biblijnem. Wyjmujemy go z Księgi Sofoniasza (I, 2—4): „Zbierając zbiorę wszystko z oblicza ziemie, mówi Pan, (Congregans congregabo omnia a facie terrae). Zbierając człowieka y bydlę, zbierając ptastwo powietrzne, y ryby morskie, a upadki będą niezbożnych y wytracę ludzie z oblicza ziemie, mówi Pan.”
Czytając te słowa, powiada Motais, myślałbyś, że czytasz opowiadanie mojżeszowe o potopie. „Wszystko tu mamy.... i bezbożność powszechną, jako przyczynę kary, i surowość groźby, i zniszczenie powszechne. Jeśli jest jaka różnica, to oczywiście na korzyść Sofoniasza w sile i dokładności wyrażeń.” A przecież, proroctwo to odnosi się tylko do Judy, a co najwyżej do ludów sąsiednich, do Fenicyan i Babilończyków.
Może kto powie, że w podobnych razach kontekst jasno określa znaczenie wyrażeń biblijnych; ale nie zawsze tak bywa. Gdy się mówi np. w Księdze Estery (X, 1), że „król Aswerus uczynił hołdowne wszystkę ziemię, y wsżystłcie wyspy morskie,” nic nie wskazuje, aby te wyrażenia nie miały być rozumiane w znaczeniu dosłownem. Dopiero z historyi świeckiej się dowiadujemy, że znaczenie tego wyrażenia trzeba ograniczyć.
Tak samo również rozumieć trzeba ów głód, o którym mowa w Księdze Judyth (V, 9, XI, 28), a który, jak powiada Pismo św., ogarnął całą ziemię, omnem terram, universum orbem terrarum. I rzeczywiście, trzymając się samego tekstu, możnaby sądzić, że istotnie na całej kuli ziemskiej głód panował, tymczasem skądinąd wiemy, że tak nie było.
Sam nawet Łukasz św. wcale nie ogranicza znaczenia słów swoich, gdy powiada, że przybyli do Jerozolimy żydzi „ze wszego narodu, który jest pod niebem.” I z pewnością możnaby się było czuć obowiązanym do wierzenia w dosłowne znaczenie wyrazów, gdyby się nie miało pewności, że żydzi w rzeczywistości nie przybyli z całego świata, z Ameryki np. lub z Oceanii.
Przytoczone wyżej wyrażenia biblijne aż nadto wystarczają obrońcom drugiej opinii o powszechności potopu do mniemania, że Mojżesz, gdy opowiada, że potop zalał świat cały i najwyższe szczyty gór, miał na myśli tylko ziemię i góry znane starożytnym. Opinia ta, aczkolwiek co do formy swej nowa, może jednak na swe poparcie powołać się na kilku dawnych teologów lub komentatorów Pisma św. Widzieliśmy, że przed dwustu laty Mabillon nie dopuścił Kongregacyi Indeksu do potępienia tej opinii. Cajetanus, jakeśmy widzieli także, przypuszczał, że szczyty gór wysokich były wolne od zalewu. Dodawał przytem, że samo nawet miejsce raju ziemskiego uniknęło zagłady, a przekonanie to wypowiadali już niegdyś niektórzy Ojcowie Kościoła, między innymi św. Efrem i św. Jan Chryzostom. Prawda, że to niewiele, ale znaczy to jednak, że można bez żadnej niewłaściwości pominąć dosłowne i ścisłe tłómaczenie tekstu biblijnego.
Zgodnie z tem wszystkiem, cośmy wyżej powiedzieli, możemy zawnioskować z uczonym Vigouroux, że katolik może zgodzić się na to, iż potop był powszechny tylko dla części zamieszkanych na kuli ziemskiej, i że tym sposobem przez tę hypotezę może łatwo rozstrzygnąć wiele z tych zarzutów, jakie się stawiają przeciw opowiadaniu Mojżeszowemu w imię nauk przyrodniczych, w szczególności zaś dotyczących koniecznej ilości wody, objętości arki Noego i przechodzenia zwierząt. — Dosyć poważne wszakże mamy powody, nie dozwalające nam przypuszczać trzeciej hypotezy, hypotezy niepowszechności, albo, jeśli kto woli, powszechności ograniczonej do pewnej grupy ludzkości.
Nadto, niektórzy pisarze przeciw drugiej z powyżej wymienionych opinii zauważyli, że aczkolwiek opinia ta zmniejsza pewne trudności, podnoszone przeciw opowiadaniu mojżeszowemu o potopie, to jednak ze swej strony wywołuje nowe trudności. Bo rzeczywiście, jeśli wody pokryły całą zamieszkaną przez ludzi ziemię i przez ciąg kilku miesięcy na niej pozostały, wyniesione ponad najwyższe gór szczyty, to jakimże sposobem nie spłynęły one na przyległe równiny lub łożyska morskie? Cóż się wówczas stało z pogwałconemi wyraźnie prawami hydrostatycznemi? Egzegeta zatem może przyjąć tę opinię tylko z dobrodziejstwem inwentarza i musi zawsze pamiętać, że potop był cudem; apologeta ma wszelkie prawo z tego korzystać, ale musi uznać hypotetyczny charakter wniosków, jakie z opinii tej wyprowadza. Taż sama uwaga — tylko z większą jeszcze siłą — stosuje się do trzeciej opinii, którą tu wyłożym.
III. Nie-powszechność potopu.
Myśl o potopie, ograniczonym do większej lub mniejszej części ludzkości, nie jest absolutnie nowa. Począwszy od XVI w. widzimy m. in. Oleaster'a, dominikanina, inkwizytora w Portugalii, wypowiadającego tę opinię z powodu proroctwa Balaama[^4]. W 1656 wygłasza ją Izaak de la Peyrére w głośnej swego czasu książce o Preadamitach.
Następnie idą: w 1667 Abraham Mil, De Diluvii universitate; w 1726 Wilhelm Whiston: Supplément au traité de l’accomplissement littéral des prophéties; w 1788 O. Augustyn Malfert, w Gazecie Trévouskiej; w 1853 Fryderyk Klee w książce swej o Potopie; w 1856 Schoebel w swem dziełku o powszechności potopu, a później w Rocznikach filozofii chrześcijańskiej; w 1866 Omalius d'Halloy, geolog katolicki, w swych Discours à la classe des sciences de l’Académie de Belgique; w 1869 Franciszek Lenormand w swem Manuel d'histoire ancienne d’Orient, a w dziesięć lat potem w książce Les Origines de l'histoire; w 1881 i 1882 Jan d'Estienne w czasop. Revue des questions scientifiques; w 1883 Mgr de Harlez, professor na Uniwersytecie Lowańskim, w czasop. Controverse. Wszyscy ci pisarze nie zgadzają się wprawdzie na tę hypotezę, ale sądzą, że takowa da się pogodzić z katolicką prawowiernością i pozwalają powoływać się na nią apologecie, którego zadanie opinia ta znakomicie ułatwia. To nas też skłania do przedstawienia jej tu dosyć obszernie.
Opinia ta zajęła pewne stanowisko w egzegezie biblijnej dopiero w r. 1883. Wówczas X. Jaugey, redaktor czasopisma naukowego Controverse, postawił księdzu Motais, oratoryaninowi z Rennes, następujące pytanie: „Czy nie jest-to pewne zuchwalstwo tłómaczyć odnośny tekst biblijny w tem znaczeniu, że potop, prócz Noego i jego rodziny, nie zagubił wszystkich ludzi? Czy odnośne milczenie władzy kościelnej jest dowodem, że Kościół tę opinię toleruje?” Ks. Motais, którego w dwa lata potem śmierć przedwczesna wydarła wiedzy egzegetycznej, odpowiedział na pierwszą połowę pytania przecząco, na drugą zaś połowę twierdząco. To znaczy, że jego zdaniem, wolno uczonym ograniczać potop do jednej lub wielu ras ludzkich, jeśli to uznają za właściwe. Streśćmy tedy jego rozumowania.
Ci co przeciw tej nowej opinii powołują się na Pismo św. opierają się przedewszystkiem na całości opowiadania i na takich wyrażeniach, jak omnis terra, universa terra, które się w opowiadaniu biblijnem o potopie często powtarzają. Tymczasem wątpić nie można, że pisarze ksiąg świętych używali często tych wyrażeń w znaczeniu ograniczonem. Dowodem są przytoczone powyżej przy omawianiu względnej powszechności potopu teksty biblijne, zgadzają się też na to egzegeci, którzy, jak X. Vigouroux np., przyznają możność nierozciągania rozlewu wód potopu do krajów przez ludzi niezamieszkanych. Skoro więc można nie nadawać wyrazowi wszystko znaczenia bezwzględnego, gdy mowa o ziemi, to czemuż mielibyśmy być obowiązani do nadawania tego znaczenia bezwzględnego, gdy jest mowa o ludziach? Skoro „cała ziemia” może oznaczać ziemię okoliczną, czyli Hebreom znaną, to wolno również przypuszczać, że wyrażenie „wszyscy ludzie” oznacza poprostu mieszkańców krainy, zamieszkiwanej przez Noego. Twierdzić przeciwnie znaczyłoby wziąć rozbrat z logiką i prowadzić egzegezę dowolną, zważywszy zwłaszcza, że w wielu miejscach Ksiąg św. wyraz wszystko odnosi się najwidoczniej do cząstki ludzi, lub do cząstki ziemi przez nich zamieszkiwanej[^5].
Przytaczano tekst następujący, jako dosyć wyraźny do wyjaśnienia myśli pisarza: „Ci trzey są synowie Noego: y od tych rozsiał się wszystek rodzay ludzki po wszytkiey ziemi.” Tres isti filii sunt Noe et ab his disseminatum est omne genus hominum super universam terram (Ks. Rodz. IX, 19). Ale tekst hebrajski nie posiada w tem miejscu dokładności Wulgaty. Niemasz w nim zupełnie wyrazów: omne genus hominum, lecz w miejscu tem czytamy poprostu wyrazy: „ab his dispersa est omnis terra;” co zresztą wcale nie rozwiązuje trudności, gdyż zgodzono się na to, że wyraz omnis (wszystek) może przyjmować znaczenie ograniczone, zwłaszcza gdy mowa jest o przestrzeni.
Bardziej kłopotliwemi dla przeciwników powszechności potopu mogą się zdawać wyrazy św. Piotra. W pierwszym swym liście (III, 20) apostoł ten mówi wyraźnie, że ośm osób ocalało w arce: in qua (arca) pauci, id est octo animae salvae factae sunt per aquam. W drugim liście wspomina o tym samym wypadku w innej formie: „Y pierworodnemu światu nieprzepuścił: ale Noego samo-ósmego opowiadacza sprawiedliwości zachował, przywiódłszy potop na świat niepobożnych” (II, 5).
X. Motais, nie zatrzymując się długo nad tym zarzutem, powiada, że niesłusznie szukanoby u św. Piotra wyjaśnienia faktu, który się przypadkowo dostał pod jego pióro i którego on wcale nie myśli z całą dokładnością opisywać. Dodaje przytem, że apostoł w rzeczywistości wcale się nie sprzeciwia nowej hypotezie. „W pierwszym liście, powiada X. Motais, mówi apostoł o osobach ocalonych „w arce,” in arca, nie chcąc bynajmniej dawać do zrozumienia, żeby to być miały jedyne osoby pozostałe do ocalenia na świecie. W drugim liście powiada apostoł poprostu, że Bóg nie oszczędził świata pierwotnego, nie mówi wszakże dokładnie, w jakim stopniu pomsta boża tego świata dotknęła. Gdy zaś dodaje, że Noe ocalał sam ósmy, dowodzi to jedynie, że w granicach przezeń nie określonych, w których dokonywała się pomsta boża, ośm osób tylko ocalić się miało.”
Nadto znów inni dodają, że pod pewnym względem przytaczany przeciw nowej opinii tekst św. Piotra zdaje się raczej popierać a nie wywracać takowe. Powiedziano tam bowiem (List I, 1), że „którzy niewierni byli, kiedy czekali cierpliwości bożej za dni Noego, gdy korab budowano” (III, 20). Słowa te dają do zrozumienia, że Bóg miał tylko na myśli nawrócenie lub wytępienie ludów, pośród których żył Noe; boć niepodobna, aby mieszkańcy krain odległych, jak Europy, Afryki, Ameryki wiedzieli o budowaniu arki, a tem samem aby mieli sposobność do żalu za grzechy.
Słowem, zdaniem X. Motais'a, zarówno Testament Nowy jak Stary pozostawia nam wolność ograniczania potopu do jednego jakiegoś odłamu ludzkości. Wielu zaś z tych, co najwyraźniej występowali przeciw tej opinii, uznali w końcu, że teksty biblijne, bez względu na Tradycyę uważane, nie wystarczały do potępienia tej opinii. Wielkim przeto dowodem, na który się powołują przeciwnicy tej nowej opinii, jest Tradycya.
To też powiadają oni, że Ojcowie Kościoła i dawni Teologowie jednozgodnie stwierdzali powszechność potopu. Przeciw zaś takiemu świadectwu występować nikt się nie odważy?
Na ten zarzut X. Motais nie odpowiada w artykule swym w czasop. Controverse. Ogranicza się tylko na uwadze, że Kościół nie wypowiedział nigdy swego zdania w tym przedmiocie i że nań odpowiedział milczeniem wobec pierwszych obrońców tej nowej opinii. Dodaje przytem wspomniany uczony egzegeta, że wszak jednozgodność przekonania starożytnych Ojców Kościoła o mniemanym ruchu słońca naokoło ziemi, nie przeszkadzała później Kościołowi uznać, że ruch ten nie istniał wcale. Jeśli mógł być powszechnym błąd, który dotyczył Biblii, gdyż prowadził do błędnego pojmowania cudu Jozuego (ob. art. Jozue), a w następstwie do potępienia Galileusza (ob. art. Galileusz), to pytamy, dlaczegóżby ten sam błąd nie mógł powstać w przedmiocie powszechności potopu[^6].
Bardzo obszernie ksiądz Motais rozwodzi się nad tą kwestyą Tradycyi w dziele, jakie r. 1885 poświęcił wykładowi i obronie tej nowej opinii[^7]. Z tego właśnie dzieła, jak również z wybornego jego rozbioru, dokonanego przez Jana d'Estienne w czasop. Revue des questions scientifiques (Paźdz. 1885), a także z broszury uzupełniającej to dzieło, a napisanej przez księdza Robert w odpowiedzi na podniesione przeciw tej nowej teoryi zarzuty[^8], zapożyczamy następujące nasze uwagi.
Wspomnieliśmy wyżej, że głównym dowodem, na jaki powołują się przeciwnicy nowej opinii o potopie, jest Tradycya. Jakoż trzeba zauważyć, powiadają obrońcy ograniczonej powszechności potopu, że Ojcowie Kościoła niemniej jednozgodnie wierzą w bezwzględną powszechność potopu, jak wierzą w powszechność tegoż ograniczoną do ludzi: co przecież nie przeszkadza najpoważniejszym egzegetom współczesnym oświadczać się przeciw bezwzględnej powszechności potopu.
Powtóre, niezupełna to prawda, żeby Ojcowie Kościoła byli absolutnie jednozgodni w tem przekonaniu. Widzieliśmy wyżej, że niektórzy z nich przypuszczali, iż szczyty gór wolne były od zalewu. Inni dalej idą. Św. Augustyn, naprzykład, nie przypuszcza, aby się w czemkolwiek sprzeciwiał tekstowi biblijnemu, gdy przyłącza Henocha i Matuzala do liczby osób uratowanych od potopu. Dodaje przytem, że można ich umieszczać gdzie kto chce w czasie zalewu i wyprowadzać z tego powodu wszystkie możliwe przypuszczenia, a to z tego względu mianowicie, że kwestya ta w niczem na świecie nie dotyczy wiary (Diluv. bibl. 163). Z tego wnosić można, że św. Augustyn nie wahałby się ograniczyć potopu do jakiejś garści rodu ludzkiego, gdyby był znał te naukowe powody, jakie dziś walczą w obronie tej nowej opinii.
Dalej jeszcze idzie św. Hieronim, gdy przytaczając za Euzebiuszem Cezarejskim Mikołaja z Damaszku, przypuszcza, że ludzie mogli się po za arką Noego ocalić od potopu, wdrapawszy się na górę Barris. Doskonały to dowód, powiada ks. Motais, że ten Ojciec Kościoła wcale nie uważał za dogmat całkowitego zniszczenia rodu ludzkiego.
Przypuśćmy wszakże, że Ojcowie Kościoła byli absolutnie jednozgodni w swem odnośnem twierdzeniu. To czemużby i wówczas nie mieli się mylić w przedmiocie powszechności potopu, jak się omylili w przedmiocie ruchu słońca i natury cudu Jozuego? Czemużby miał Bóg zachowywać ich od błędu w przedmiocie zwykłego faktu historycznego? Wprawdzie Sobór Watykański polecił trzymać się w tej sprawie jednozgodnej nauki Ojców, ale tylko „w rzeczach wiary i obyczajów, zmierzających do zbudowania nauki chrześcijańskiej; res fidei et morum ad aedificationem doctrinae christianae pertinentium.” Tymczasem, o ile sam fakt potopu dotyczy dogmatu wiary, jako prorocza figura Chrystusa i Kościoła, o tyle inaczej się rzecz ma z powszechnością tego kataklizmu. Bez względu na to, czy potop był powszechny czy nie, arka Noego pozostanie zawsze, jak powiada św. Augustyn, figurą miasta Bożego, które przebiega ten świat, zmierzając do świata innego, to jest figurą Kościoła, ocalonego przez drzewo, na którem zawisł Pośrednik Boga i ludzi, Chrystus - Człowiek, Jezus (O mieście Boźem. XIV, 26). Jakakolwiek byłaby rozciągłość zalewu, zawsze istnieje pewien symbolizm pomiędzy arką Noego i arką Chrystusa, którą jest Kościół. Tak samo jak w krajach zalanych potopem i odnośnie do ludów, które Mojżesz miał na myśli, nie było ocalenia po za arką Noego, tak również niema dziś zbawienia po za Kościołem.
Prawda, że w tem nowem pojmowaniu potopu możnaby odpowiedzieć Ojcom Kościoła, iż tak samo jak wielu ówczesnych ludzi mogło się ocalić bez wchodzenia do arki, której wcale nie znali i od której byli bardzo oddaleni, tak również ci, co dziś nie znają prawdziwego Kościoła i o nim nigdy nie słyszeli, powinniby módz uniknąć potępienia; co znów jest błędem, który zwalczają Ojcowie, gdy przedstawiają figuryczne znaczenie arki Noego. Atoli jest-to tylko symbolizm i porównanie, a wiemy, że wszelkie porównanie zazwyczaj niedomaga. Powszechność tak dalece nie jest konieczna, by mogła służyć za typ proroczy, że niektórzy Ojcowie podają dom zajezdny Rahab za figurę Kościoła z tego samego względu co arkę, i to jedynie dlatego, że ci tylko, którzy się schronili do tego domu, ocaleli w czasie rzezi w Jerycho (Jozue VI).
Ponieważ w rozdziale tym rozwijamy zarzuty, stanowiące negatywną część naszego założenia, przytoczmy przeto jeszcze jeden zarzut, wzięty tym razem z Pisma św. Czytamy w Księdze Mądrości, że Bóg zalał wodą ziemię „z powodu Kaina:” Propter quem (injustum), quum aqua deleret terram sanavit iterum sapientia (X, 4).
Skoro zaś tak jest, powiadają nie bez pewnego dosyć wielkiego prawdopodobieństwa przeciwnicy nowej hypotezy; to w żaden sposób przypuścić nie można, aby właśnie potomstwo Kaina ocalało od potopowej zagłady. A tak przecież byłoby podług nowej szkoły egzegetycznej; jej zdaniem bowiem murzyni są w prostej linii potomkami Kaina. Nawet ogół rysów ich miałby stanowić piętno, którem Bóg początkowo naznaczył syna adamowego, zabójcę swego brata.
Ksiądz Motais odpowiada na to, że zarzut ten bardzo prawdopodobnie polega na błędnym przekładzie: zamiast propter quem należałoby powiedzieć propter quod, w greckim języku ἀντὶ οὗ zamiast δι᾿ οὗ. Przekład arabski w ten sposób tłómaczy. Co się zaś tyczy przekładu syryjskiego, to ten nie mówi ani słowa, któreby można odnieść do Kaina.
Można zresztą słusznie zapytać razem z księdzem Robert'em (Non-universalité du déluge, 22), czy aby ten wyraz injustus w Wulgacie stosuje się rzeczywiście do Kaina? Jest-to wyraz nieosobowy, odnoszący się zarówno do bezbożnych przedstawicieli jakiejkolwiek rasy, jak do synów i potomków Kaina.
Przypuśćmy jednak zupełną poprawność Wulgaty i jej w tem miejscu tłómaczy; to zawsze z całą prawdą będzie można powiedzieć, że potomkowie Kaina mieli pewne znaczenie w potopie, gdyż związek Sethytów, czyli „synów bożych,” z Kainitami, czyli „synami ludzkimi” był główną przyczyną potopu. To tylko chyba możnaby do tego dodać, że Kainici unikli karania, gdyż ci co byli winni, to jest ci co się połączyli z Sethitami i osiedli w tym kraju, stali się oczywiście ofiarą potopu.
Wynikałoby tedy z uwag powyższych, że egzegeta katolicki ma wszelką wolność przyjęcia hypotezy potopu, ograniczonego do pewnego tylko odłamu ludzkości; ale ksiądz Motais na tem nie poprzestaje w swem dziele. Za częścią negatywną następuje część pozytywna, czyli dowody natury naukowej lub egzegetycznej, mające udowodnić, że potop rzeczywiście wszystkich ludzi nie zatracił.
Tu więc naprzód trzeba podać dane etnologiczne i lingwistyczne. Etnologia nas uczy, że rasy dzisiejsze, a w szczególności rasa czarna, istniały już ze swymi odrębnymi rysami na 2000 lat przed Chr. Wszak typy murzyńskie mamy uwiecznione na pomnikach egipskich, sięgających owej epoki czasu. Trzebaby z tego wnioskować,—na wypadek, gdyby potop był powszechny, — że rasa murzyńska wytworzyła się w ciągu niewielu stuleci, dzielących ową epokę czasu od potopu. Ten zaś wniosek z trudnością przyjmą antropolodzy i etnologowie, ci co dobrze wiedzą, jak powolnie zmieniają się za dni naszych charakterystyczne rysy ras ludzkich. Przeciwnie zaś, jeśli murzyni nie pochodzą od Noego, wówczas mamy dostateczny przeciąg czasu, by przy pomocy oddziaływania klimatu wytłómaczyć stopniowe przekształcanie się odrębnych tych rysów.
Taż sama uwaga co do języków. „Sanskryt, powiada Mgr. Harlez, był już sanskrytem na 2000 lat przed Chr. Wspólny język aryjski datuje się co najmniej od 2500 lat przed Chr.” (Controverse, t. V, 577). Tymczasem zaś ten język aryjski pierwotny, źródło większej części naszych języków europejskich, był językiem deklinacyjno-konjugacyjnym, to co nazywają à flexion, to znaczy językiem względnie wyrobionym. Jeśli zaś Noe jest wspólnym ojcem wszystkich ludzi, to nie mógł mówić tym językiem. Wszak i dziś jeszcze istnieją języki daleko prostsze i pierwotniejsze, jak chiński np., który przedstawia pierwszy stopień w rozwoju czyli jednozgłoskowy, lub język japoński i baskijski, przedstawiający drugi okres wyrabiania się, czyli okres zwany okresem agglucynacyi albo wiązania. Tymczasem zaś ogólnie jest przyjętą w językoznawstwie zasadą, że języki nie cofają się wstecz, że nie przechodzą naprzykład od formy deklinacyjnej do formy wiązanej, a od tej ostatniej do formy jednozgłoskowej. Ta ostatnia zatem jest formą pierwotną, która dała początek innym, i z której pochodzą wszystkie inne języki dzisiejsze. Ale o ile żadnej niema trudności w przypuszczeniu, że Adam mówił takim właśnie językiem pierwotnym, to zupełnie inaczej się rzecz ma z Noem, nieprawdopodobieństwem jest bowiem, aby w ciągu kilku jakichś stuleci wyrobił się język aryjski, przeszedłszy uprzednio dwie formy poprzedzające.
Prawda, że dla wytłómaczenia tak szybkiej przemiany i nadzwyczajnej różnorodności języków dziś istniejących powołują się niektórzy na budowę wieży Babel i na cud pomieszania języków; ale dziś nie wiadomo, co sądzić o istocie i czasie tego wydarzenia. Niektórzy tłómacze umieszczają go nawet przed potopem. Inni zaś jednozgodnie prawie odnoszą ten wypadek do pewnego tylko odłamu ludzkości. Tego zdania jest Civili cattolica i ksiądz Vigouroux.
Rzecz nadto bardzo prawdopodobna, że owo rzekome pomieszanie języków było w rzeczywistości pomieszaniem pojęć, niezgodą jakąś, jaka opatrznościowo zaszła pomiędzy różnymi rodami w Sennaar i zmusiła je do rozproszenia się po świecie. Pierwotny ów wyraz, który przetłómaczono przez wyraz język, ma wszędzie w Biblii znaczenie ust, warg, a wyrazy: erat terra labii unius może zarówno wyrażać jedność uczuć jak jedność języka. A nawet zdaje się, że pisarze biblijni nigdzie nie używają wyrazu usta w znaczeniu mowy, języka[^9].
Nie tylko nauki świeckie, ale nawet same Księgi święte, jak mówią, potwierdzają nową hypotezę o potopie. Mojżesz, który w X rozdziale Księgi Rodzaju kreśli nam bardzo na pozór dokładny obraz potomków Noego, ani jednem słowem nie wspomina o pewnej ilości ludów, o których czyni wzmiankę gdzieindziej, a które rzeczywiście, według wszelkiego prawdopodobieństwa muszą nie należeć do rodziny Noego. Naprzód, nie mówi nam nic o rasach żółtej i czarnej, aczkolwiek musiał widywać murzynów w Egipcie, gdzie, podług świadectwa pomników, byli oni wówczas tak samo dobrze znani, jak są za dni naszych; ale co bardziej jest jeszcze znamienne, to że Mojżesz wcale nie wspomina o ludach, które zamieszkiwały Palestynę przed przybyciem do niej Hebrajczyków. Milczy zaś o nich nie dla tego, aby ich nie znał, gdyż w innem miejscu wspomina ich pod nazwą Refaim, Zuzim, Emim, i Enacim. Milczenie to da się jedynie wytłómaczyć wyraźnym zamiarem pisarza wykluczenia tych ludów z potomstwa Noego.
Prócz tego ukazuje nam Biblia potomstwo tego patryarchy, zmuszone walczyć o ziemię z pierwotnymi jej posiadaczami. Synowie Elama, syna Sema, natrafiają po za Sindem czyli Indusem na pewien lud liczny, z którym się mieszają i nad którym panują. Również synowie Madaja, syna Jafetowego, zastają także Medyę już zamieszkaną. Ziemia Chanaan jest ta już zajęta, gdy wnukowie Chama osiedlają się na niej; podaliśmy nazwy pierwszych jej mieszkańców. Toż samo w Egipcie i w Afryce północnej pochodzące od Noego rasy nowe natrafiają na ludy, które już przed niemi w tych stronach osiadły.
Skądże tedy się wzięły owe narody, które nam historya ukazuje osiadłymi w każdym kraju przed przybyciem doń plemion noachickich? Powie może kto, że i one pochodzą od Noego? Będzie to wprawdzie jedyna odpowiedź możliwa w hypotezie o powszechności potopu, a przecież mało prawdopodobna. Prawda, że synowie Noego mieli jeszcze inne dzieci prócz tych, których wymienia Księga Rodzaju, ale dzieci te urodziły się dopiero po tych, których imiona są znane, a przytem rzecz-to nieprawdopodobna, aby te młodsze dzieci dały początek rasom na pozór już starym, gdyż wytworzyły już wiele rozmaitych typów wówczas, gdy potomkowie starszych dzieci zaczynali dopiero się rozchodzić po świecie.
Co więcej, pisarze biblijni musieli mieć świadomość tego, że wiele grup narodowościowych przeżyło potop, inaczej bowiem język ich byłby niezrozumiały. W Księdze Liczb tak samo jak w Księdze Sędziów i indziej jest mowa o Kainitach, potomkach jakiegoś Kaina, którego mamy wszelkie prawo brać za jedno z synem Adama. „Haber Cyneyczyk oddzielił się był niekiedy od inszych Cyneyczyków braciey swych, y rozbił był namioty aż do doliny, którą zową Sennim.” (Ks. Sędziów IV, 2). Jeszcze bardziej może dokładnym jest autor Księgi Liczb. Kładzie on w usta Balaama następujące proroctwo: „W znidzie gwiazda z Jakóba y powstanie łaska z Izraela, y pobiie książęta Moab, y spustoszy wszystkie syny Seth... Mocneć wprawdzie iest mieszkanie twoie (Cyneyczyku), ale choćbyś położył na skale gniazdo twe... pókiż będziesz mógł wytrwać? Assur ci poyma.”
Ostatnie te wyrazy nie pozostawiają żadnej wątpliwości. Zestawienie Sethitów z Kainitami dostatecznie wykazuje, że mowa tu o potomstwie dwóch synów Adama.
Autor Wulgaty, ulegając przesądom czasu o powszechności potopu, stale tłómaczy wyraz Cain przez wyraz Cin a przymiotnik Cainita przez Cinaeus; atoli „dosyć otworzyć biblię hebrajską, by się przekonać, że wszędzie, gdzie jest mowa o jakiej rasie żyjącej jeszcze a pochodzącej od jakiegokolwiek Kaina, hebrajski wyraz Kain nie bywa nigdy pisany i znaczony inaczej, aniżeli tradycyjne imię pierwszego syna Adama.”
„Pomimo błędnego przepisywania, oczywistego w Wulgacie, czyni jeszcze uwagę ks. Motais; gdybyśmy w etnograficznym spisie Mojżesza mogli znaleść jakiegokolwiek Cyneyczyka lub Cyneyczyków, natenczas mniejszego znaczenia byłby przedmiot niniejszego pytania, natenczas zagadnienia tego wahałbym się nawet poruszać. Ale gdy się widzi, że potrójny spis Noachidów nawet śladu żadnych Cynejczyków nie nosi, i że wszędzie, gdziekolwiek w Biblii spotyka się ta rasa Kainitów, zawsze stwierdza się jej odrębność od rasy synów Noego, pośród której rasa ta mieszka, że, mówiąc językiem samego tekstu biblijnego, rasa ta ukazuje się w Madyanie, nie będąc madyanicką, w Moab — nie będąc moabicką, w Chanaan — nie będąc chananejską, w Palestynie — nie będąc izraelską, że pozostaje ona wszędzie i zawsze najzupełniej tajemniczą wśród świata doskonale znanego, i że wreszcie, raz przypuściwszy jej istnienie, jednem cięciem rozwięzuje się dziesięć innych zagadnień, inaczej prawie nierozwiązalnych, gdy się to wszystko rozważy, powiadam, to, znając plan mojżeszowy, nieprzeparta przychodzi chęć zapytać, czemu nie uznać rasy tej za rasę Kaina, skoro Pismo św. powiada, że ona Kaina miała za ojca?” (Déluge biblique, 305).
Ów „plan mojżeszowy,” o jakim wzmiankuje X. Motais, należy do rzędu dowodów, jakimi ten autor popiera swe nowe założenie o potopie. Mojżesz, powiada X. Motais, postępuje drogą zstępną i drogą wykluczania. Rozpoczyna pisać monografię od wyłożenia wszystkich wydarzeń ogólnych, rozmaitym odłamom rodu ludzkiego wspólnych, nie mając zamiaru później do nich powracać. W rzeczywistości bowiem zamierza on napisać tylko historyę patryarchów, praojców wybranego ludu bożego, ale zanim przystąpi do tego opisu, uważa za stosowne powiedzieć słów kilka o początku świata, o pochodzeniu człowieka i główniejszych odłamów ludzkości, tych przynajmniej, które, jak naprzykład Kainici, nie należą do zamierzonego przezeń przedmiotu opisywania, i nie będą już później wspominani. Tym ogólnym wiadomościom poświęcone są cztery pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju. Począwszy od rozdziału piątego autor nie zajmuje się już ogółem ludzkości, lecz samym tylko ludem wybranym. Byłoby zatem prawdziwie dziwnem, żeby przy sposobności potopu miał na uwadze Kainitów i inne rasy ludzkie. Być może, iż potop dosięgnął tych ras, ale rzeczą będzie nauki dać nam na to odpowiedź. Mojżesz nic o tem nie mówi. Zajmuje go tylko historya ludu hebrajskiego; jeśli mu się zdarzy mówić o narodach sąsiednich, dzieje się to tylko przypadkowo, z powodu ich stosunków z ludem bożym lub jego praojcami, a wzmianka taka bardziej jeszcze uwydatnia systematyczne milczenie autora o innych ludach w spisie potomstwa noachickiego.
Być bardzo może, iż plemiona, które ocalały od potopu, nie mniej były winne, niż te, których potop dosięgnął, ale to nie z tych plemion miał wyjść Zbawiciel świata, i z tego powodu mógł Pan Bóg bez wielkiej niewłaściwości pozostawić je w zepsuciu. I przeciwnie, bardzo zależało na tem, aby ród patryarchów był zachowany od zarazy. Dlatego też Pan Bóg go odosabnia, wytępiając plemię grzeszne, które go otaczało i któreby występki swe przekazać mu mogło.
Jest zwyczaj — celem udowodnienia powszechności potopu — powoływania się na powszechność pamięci, jaka się wśród ludzi o nim zachowała. W rzeczywistości zaś świadectwo to raczej nową popiera hypotezę. Wiara w potop istnieje tylko u ludów pochodzenia aryjskiego, semickiego i chamickiego, to znaczy u trzech odłamów ludzi, których pochodzenie noachickie prawie zaprzeczyć się nie da; indziej nigdzie wiara ta nie żyje. Jeśli się ją spotyka u rasy żółtej, to jest ona tam, jak powiada Lenormand, napływowa jedynie. Dokładniejsza może jest w Ameryce, ale wprowadzili ją tam przedstawiciele jednego z trzech wspomnianych wyżej plemion. Co zaś bardziej jest znaczące, to że pamięć o potopie nie istnieje nigdzie w tradycyach rasy czarnej. Wprawdzie zgodność tego faktu z teoryą, która wyjmuje tę rasę z pod kataklizmu potopowego, może być tylko przypadkowa, nie mniej wszakże zasługuje ona na to, aby ją tu zaznaczyć.
Pomimo wszystkich tych zręcznych rozumowań, nowy ten system zdaje się być awanturniczym, a wielu nawet teologów przeczy, aby się dał pogodzić z wiarą katolicką. Wszelako, ponieważ dotychczas nie został przez Kościół odrzucony, przeto zdaje nam się słusznie, iż wolno korzystać zeń apologecie.
Powiedzmy na zakończenie, że geologia nie przedstawia nam dziś żadnego poważnego dowodu, przemawiającego za rzeczywistością potopu mojżeszowego, i że nieroztropnością byłoby opierać się na prawdopodobieństwach, jakie niektórzy pisarze katoliccy zdawali się odkrywać w wielu zjawiskach geologicznych. Prawdopodobnie żadnych nie pozostało śladów potopu, któreby nauka napewno uznać mogła jako takie. Wszędzie jednakże odnajdują się ślady olbrzymich pędów wody w epoce czasu, przypadającej na początki ludzkości, i rzecz pewna, że im bardziej przenikamy w dzieje i w wewnętrzne tradycye narodów, tem żywsze napotykamy wspomnienia, jakie zostawił po sobie ten pamiętny wypadek (ob. art. Diluvium).
(J. B. Jaugey). X. W.