POLIGENIZM I CHRYSTYANIZM.
Poligenizmem (od grec. wyr. πολὺς liczny i γένος rodzaj) nazywamy teoryę, która broni istnienia wielości rodzajów ludzkich, jak znów monogenizm (od μόνος jeden) utrzymuje jedność rodu ludzkiego.
Poligenizm, przecząc, aby wszyscy ludzie pochodzili od jednej pierwotnej pary ludzi, staje w jawnej sprzeczności z nauką chrześcijańską. Biblia nas uczy, że Adam jest wspólnym ojcem całej ludzkości. Głośniej jeszcze, jeśli to możliwe, stwierdza to Kościół św., gdy na wszystkie strony świata wysyła swych missyonarzy, by chrzcili niewiernych bez różnicy barwy ich skóry lub fizycznego ustroju ciała. Gdyby afrykańscy murzyni i azyatyccy żółtoskórzy nie pochodzili od Adama, jak to utrzymują poligeniści, nie byliby spadkobiercami grzechu pierworodnego, a wówczas pocóż udzielać by im było sakramentu chrztu św.? Grubo zatem myliłby się Kościół, a z nim wszyscy różnych odcieni i sekt chrześcijanie, gdyby nauka dowiodła, że nie cała ludzkość wyszła od Adama. Co gorsza nawet, jak uważa Mgr Meignan, odkrycie tego rodzaju, dotycząc bezpośrednio jednego z zasadniczych dogmatów naszej religii, zmieniłoby z gruntu całą ekonomię chrystyanizmu1.
I rzecz dziwna zaiste, właśnie w imię tej samej Biblii protestant La Peyrére zaprzeczał tego dogmatu w XVII w. Utrzymywał on, że Adam był ojcem samych tylko żydów, a wszystkich innych ludzi odnosił do jakiegoś plemienia dawniejszego, które nazwał Preadamitami. Mniemanie to, jak mówił, popiera Księga Rodzaju, gdy ukazuje nam Kaina budującego miasto i napiętnowanego znakiem, aby nie został zabity przez tych, którychby po drodze napotkał. Ludzie ci, których się miał obawiać, nie mogli być jego braćmi, synami Adama, ci bowiem łatwoby go poznali. Nie byli też oni dość liczni, aby mógł razem z nimi zakładać miasto, a zatem mowa tu widocznie o jakiemś pokoleniu, różnem od pokolenia Adama.
Zapomniał wszakże La Peyrére, że owo miasto zbudowane przez Kaina, była-to zapewne prosta jakaś „zagroda,” albo jakiś „miejsce ucieczki,” które mogło się stać później siedzibą jakiegoś znaczniejszego nagromadzenia ludzi; hebrajska nazwa techniczna hir, którą tłómaczą przez wyraz miasto, nie posiada właściwie znaczenia naszego wyrazu miasto. Przytem zapomina tenże pisarz, że Adam miał innych jeszcze synów, niż samych tylko Kaina i Abla i Setha. „I zrodził syny i córki,” powiada Ks. Rodzaju (V. 4). Potomkowie tych synów i córek nie znali Kaina, który zbiegł natychmiast po zabiciu Abla. Mogli go napotkać na drodze i zabić, nie wiedząc nawet, że zabili starszego syna Adama. Znak zatem, którym był napiętnowany, był najzupełniej uzasadniony.
Jakkolwiek wyraźnie jest wypowiedziana jedność pochodzenia ludzkości w Starym Testamencie, to może jeszcze wyraźniej wypowiada ją Nowy Testament. Św. Paweł wygłasza w areopagu następującą prawdę: „i uczynił z jednego wszystek rodzaj ludzki, aby mieszkali po wszystkiej ziemi.” (Dz. Ap. XVII. 26).
Błąd La Peyrér’a nie mógł znaleść zwolenników w XVII w. Sam nawet jego twórca niebawem go porzucił, i owszem, przeszedł nawet na katolicyzm i umarł jezuitą.
Historya omawianego tu zagadnienia.
Założenie La Peyrére’a nie było nowe. W starożytności nie wierzono w jedność pochodzenia wszystkich ludzi. W przekonaniu ówczesnem narody ziemi w większości swej były autochtonami. Zatarło się w ich pamięci wspomnienie wędrówek, z których wyszły były, i zdawało się im rzeczą zupełnie naturalną, że wzięły początek swój na zajmowanych przez się ziemiach. Tak myśleli o sobie Grecy, Pelazgowie i Trojanowie.
Inną głosił teoryę chrystyanizm, teoryę o pochodzeniu od jednego wspólnego praojca, a tem samem o braterstwie wszystkich ludów. Pominąwszy chwilową herezyę Peyrére’a, dopiero w początkach bieżącego stulecia szukać trzeba rozwoju teoryi poligenistów. Filozofowie owych czasów, którzy ze wszystkiego kuli broń na podkopanie chrystyanizmu, nie mogli przeoczyć dogmatu jedności pochodzenia. „Ślepemu tylko wolno wątpić, powiada Wolter, że biali, czarni, żółci, że Hottentoci, Laponowie, Amerykanie, są rasami całkowicie różnemi.” (Essais sur les moeurs).
Naturaliści wszakże ówcześni energicznie obstawali za prawowierną teoryą monogenistów. Dopiero w naszym wieku myśl przeciwna przenikła do ich obozu. Rycerzami poligenistowskiej doktryny stali się Virey2, Bory de Saint-Vincent3, Desmoulins4. Wprawdzie powaga ich nie była zbyt wielka. Zdaniem dr. Topinard’a, który jest we Francyi przedstawicielem szkoły antropologii postępowej, Virey był tylko popularyzatorem, nie zaś badaczem i prawdziwym uczonym; Bory de Saint-Vincent był „osobistością dziwną... biblijnemu tekstowi systematycznie wrogą,” dosyć nieświadomą językoznawstwa i antropologii, by mógł wyprowadzać żydów od egipcyan; Desmoulins był może nieco więcej uczony, ale „umysłu wskutek zawodów skwaszonego,” zwrócił się do teoryi autochtonizmu ludów starożytnych i naliczył aż szesnaście gatunków ludzkich. Przyjmuje on zasadę, że każda grupa ludzi jest „pierwotną mieszkanką kraju, w którym ją nam ukazują dzieje najdawniejsze.”
Później poligenizm znalazł namiętnych zwolenników w Ameryce, a to dlatego, że Ameryka była wówczas polem handlu niewolnikami, i że tym, co potępiali niewolnictwo w imię braterstwa ludzkiego, trzeba było odpowiedzieć przez udowodnienie, że braterstwo ludów było czczym wyrazem, że w szczególności murzyni nie mieli nic wspólnego z białymi, gdyż jedni i drudzy byli odroślami różnych pni odrębnych.
Do rzędu mniej lub więcej poważnych uczonych, którzy się podjęli zadania obrony poligenizmu, należy zaliczyć Nott'a i Gliddon'a, których głównie miał na względzie uczony antropolog de Quatrefages przy znakomitych swych pracach naukowych o jedności rodu ludzkiego, i którym przez to wyrobił pewien rozgłos w Europie. Dzieła ich o typach ludzkości (Types of mankind, ogłoszone w roku 1854) i o tubylczych plemionach ziemi (1857) można uważać za najlepsze podręczniki poligenizmu.
Doktryny Nott'a i Gliddon'a poparł swą powagą uczony szwajcarski naturalista Agassiz, późniejszy professor na jednym z uniwersytetów w Stanach Zjednoczonych, przez zastosowanie do człowieka swej teoryi o środowiskach stworzenia. Jakkolwiek zawsze utrzymywał jedność rodu ludzkiego, mniemał wszakże, iż ludzie stworzeni byli narodami, i tym sposobem przeciw wszelkiemu prawdopodobieństwu mnożył bez końca pnie rodów ludzkich. Próżno się nazywał monogenistą. Monogenizm jego, wyłączający jedność pochodzenia, był w gruncie rzeczy tem, czego żądali jego nowi amerykańscy rodacy z południowej Karoliny, którzy byli po większej części zwolennikami niewolnictwa. Nie omieszkali oni też wyzyskać tego nieprzewidzianego dla się zasiłku, i mieli słuszność. Z chwilą gdy Agassiz dla podtrzymania swego systemu ujrzał się zmuszonym uciec do takich argumentów jak ten np.: „Szympans i goryl nie więcej się różnią jeden od drugiego, niż Mandingijczyk od murzyna z Gwinei; jeden i drugi nie więcej się różnią od oranga, niż Malajczyk lub biały różni się od murzyna;” odtąd wolno było poligenistom uważać go za swego.
W ostatnich czasach, z innej, a nauce również obcej pobudki, poligenizm zyskał nowych zwolenników wśród antropologów francuskich, i, rzecz ciekawa, wyłącznie prawie między transformistami, to znaczy między zwolennikami nieograniczonej niczem zmienności gatunków. Wspomnimy tu między innymi: Broca, założyciela nowej szkoły antropologicznej, którego śmierć przedwcześnie wyrwała nauce, prof. Karola Vogta, przywódcę szkoły prahistorycznej, Mortillet'a, D-ra Bertillon'a, Herve'go i Hovelacqe'a, autorów dzieła Précis d'anthropologie (1887), oraz Renan'a, który ostatnie swe dzieło rozpoczyna temi słowy: „Przejście od zwierzęcości do ludzkości nie stało się na jednym tylko punkcie globu, ani też przez jeden tylko wysiłek samodzielny”5.
Dziwnem może się wydawać, że transformiści, którzy nie cofają się przed żadnem następstwem teoryi darwinistowskiej, którzy uważają za rzecz naturalną zupełnie, że człowiek pochodzi od amtropopitekusa, a ten ostatni od monery pierwotnej, nie chcą wyjaśniać wszelkich różnic, zachodzących między rozmaitemi ludzkiemi rasami przez działanie środowiska i krzyżowania. Ściśle biorąc, łatwo zrozumieć, że taki Agassiz, wyznający stałość cech gatunkowych, nie inaczej chce wyjaśniać różność ras ludzkich, tylko przez odrębne ich pochodzenie, ale kto się zgadza do tego stopnia na zmienność gatunku, iż wszystkim bytom ziemskim, zwierzęcym i roślinnym, przypisuje jedno i to samo pochodzenie, ten nie powinien, zdaje się, doznawać żadnej trudności w wyprowadzaniu wszystkich typów ludzkich od jednego i tego samego typu pierwotnego.
Tymczasem, w tę właśnie sprzeczność wpadają antropologowie ze szkoły Broca. Transformiści z Darwinem, są poligenistami z Agassizem. Na szczęście, wiedza posiada innych — mniej „stronnych, a więcej powołanych— przedstawicieli, a ci w imię faktów i pewników historyi naturalnej z największą stanowczością stwierdzali zawsze swą wiarę w jedność gatunku ludzkiego. Do tego obozu należeli w wieku zeszłym: Linneusz i Buffon, w początkach wieku dzisiejszego: Cuvier, Müller, Humboldt, Prichard, a w ostatnich czasach niedawno zmarły Quatrefages, którego śmiało uważać można za księcia antropologów naszych czasów, pomimo źle ukrywanej niechęci, jaką dla jego zanadto prawowiernych zasad okazuje młoda szkoła Broca.
Liberalny protestant, mąż wiedzy przedewszystkiem, którego prawości charakteru nawet przeciwnicy jego hołd składać muszą, de Quatrefages nie może być posądzony o chęć przystosowywania za wszelką jakąbądź cenę faktów naukowych do wierzeń chrześcijańskich. Jeśli jest monogenistą, to dlatego, że zmusza go do tego doświadczenie i obserwacya. I rzeczywiście, nie sądzę, aby ktokolwiek czytał i rozważał jego książkę p. t. L'Unité de l'Espèce humaine (1861), albo choćby tylko poświęcone temuż zagadnieniu stronnice w dwóch później wydanych jego dziełach: L'Espèce humaine (1878) i Introduction à l'étude des races humaines (1887), a nie czuł się zmuszonym do podzielania jego przekonań.
Odpowiedź na zarzuty poligenistów.
Jakież tedy argumenta przytaczają poligeniści przeciw tradycyjnemu przekonaniu? Streszcza je Topinard, od którego je zapożyczamy bez żadnej zmiany z obawy, by nas nie posądzono o chęć łagodzenia takowych argumentów: „bezpłodność między gatunkami nie stanowi cechy gatunku, płodność zaś między białym a murzynką nie dowodzi wcale, aby oni należeli do tegoż samego gatunku. Tęż samą płodność widzimy u niektórych zwierząt: wilk z psem, kozioł z owcą, czeczotka z kanarkiem; niema nawet pewności, aby mieszaniec z osła i z konia, muł, był zawsze bezpłodnym.
„Cechy rasowe są stałe; świadkami żydzi. W szczególności np. cechy murzyna utrzymują się te same we wszystkich klimatach, jakikolwiek byłby rodzaj jego życia. Ta sama barwa jego ciała, te same włosy kędzierzawe, taż sama czaszka. Powiadają, że Portugalczycy, od dwustu lat zamieszkujący wybrzeża zatoki Gwinejskiej, stali się tak samo czarni, jak murzyni; ale to błędne mniemanie; mają oni tę samą barwę ciała, co ich współrodacy na półwyspie iberyjskim. Grenlandczycy i Malajczycy mają tę samą cerę, aczkolwiek jedni żyją w strefie podbiegunowej, a drudzy w strefie gorącej”6.
Jak widać, argument poligenistów polega na dwóch względach: 1-o na zjawiskach rodzenia, 2-o na stałości typów u rozmaitych grup ludzkich. Zbadajmy pokrótce każdy z obu tych zarzutów.
1-o Zjawiska rodzenia.
Powiadają, że „bezpłodność między gatunkami nie jest cechą gatunku.” Zarzut ten zwraca się przeciw tym, którzy za przykładem Cuvier’a. Flourens’a, i Quatrefages'a w płodności krzyżowania między rozmaitemi grupami ludzkiemi, pomiędzy osobnikami naprzykład białymi i czarnymi, upatrują dowód, że grupy te należą do jednego i tego samego gatunku. Jakoż, wspomniani znakomici naturaliści nigdy nie myśleli przeczyć, że krzyżowanie jest możliwe i płodne między dwoma różnymi gatunkami, należącymi do jednego i tego samego rodzaju. Zgadzają się oni w szczególności na płodność krzyżowania pomiędzy wilkiem a psem, pomiędzy kozłem a owcą, osłem a koniem. Co wszakże słusznie twierdzili, to, że płodność ta jest daleko mniejsza od płodności jednostek, należących do tego samego gatunku. Tu bywa ona nieograniczona, wzmaga się nawet w miarę różnicy ras, o ile jej nie stawiają przeszkód środowisko i warunki miejscowe. Uderzający tego przykład widzimy w Hottentotach i Amerykanach. O ile nie bardzo bywa płodne połączenie pomiędzy tuziemcami, o tyle bywa nadzwyczajne w wypadkach krzyżowania pomiędzy białymi z jednej strony, a Hottentotami lub Amerykanami z drugiej.
Toż samo się dzieje wśród zwierząt, gdzie wypadki nieskończenie płodnego krzyżowania między rozmaitemi rasami bywają tak liczne, że nawet niema potrzeby tego zaznaczać. Sztuka hodowców polega raczej na tem, aby krzyżowania unikać, aniżeli na tem, aby je popierać. Przeciwnie zaś krzyżowanie między gatunkami różnymi, jakkolwiek one bliskimi sobie mogłyby się wydawać, ledwie z trudnością osiągać się daje, a gdy się je osiąga, co zresztą nie obchodzi się bez wielu zachodów i czujności, to krzyżowanie nigdy nie bywa w tym stopniu płodne, jak u ras różnych. Osobnik mieszany, z tego krzyżowania pochodzący, albo będzie zupełnie bezpłodny, jak się to stwierdza na mułach, pochodzących od osła i klaczy; albo; też bezpłodność wytwarza się po paru nielicznych generacyach, albo wreszcie następuje powrót do jednego z gatunków poprzednich, tak iż wytworzenie nowego typu staje się niemożliwe.
Długo można było wierzyć z Flourens'em, a niektórzy pisarze jeszcze dziś powtarzają, że płodność nieograniczona jest cechą gatunku, a płodność ograniczona cechą rodzaju. Dziś jednak trzeba już przyznać, że formułka ta jest bardzo niedokładna. Płodność ograniczona spotyka się nie tylko u osobników tegoż samego rodzaju, ale niekiedy także u jednostek rodzajów rozmaitych, lecz należących do jednej i tej samej rodziny. Nadto, co ważniejsza, płodność nie zawsze jest ograniczona między gatunkami różnymi. Najmniejszej niema wątpliwości, że zając i królik nie stanowią dwóch różnych gatunków, a jednak z ich krzyżowania powstaje istota mieszana, leporyda, która się cieszy płodnością nieograniczoną.
Leporydy bywały przedmiotem licznych doświadczeń. Aczkolwiek doświadczeniom tym nie towarzyszyły rękojmie pożądane, to jednak wcale z tego nie wynika, aby leporydy nie mogły się między sobą reprodukować, w sposób bez żadnej wątpliwości nieograniczony. Dwaj amatorowie, Gayot z Côte d'Or, i pewien obywatel z departamentu Niższej-Loary doszli w ten sposób, jeden do pięćdziesięciu, drugi do siedmdziesięciu dwóch pokoleń. Atoli, jeśli pewną jest rzeczą, że płodność ta jest nieograniczona, to niemniej rzecz pewna, że, cokolwiek mówią o tem pewni hodowcy, bardzo często się zdarza powrót do jednego z poprzednich typów, zwłaszcza do typu królika. Aby przeciąć ten ustawiczny powrót, trzebaby nowego od czasu do czasu krzyżowania leporydy z zającem.
Toż samo zauważyć się daje u wszystkich mieszańców. Skoro zatem niedokładnie jest mówić razem z Flourens'em, że płodność ograniczona stanowi cechę gatunku, to można jeszcze nadto dodać, że wytwarzanie przez zwierzęta należące do różnych gatunków, typu nowego i stałemi cechami obdarzonego, jest rzeczą niemożebną. Tymczasem, różne grupy ludzkie przez wzajemne łączenie się z sobą wytwarzają istoty pośrednie, które się utrzymują ze swemi cechami i odrębnemi własnościami; można przeto zawnioskować, że te grupy są rasami, nie zaś gatunkami, a wytwarzające się z ich połączenia jednostki są mieszańcami metysami, nie zaś mieszańcami hybrydami.
Jeśli zaś kto zapyta, które-to są owe grupy pośrednie, owe typy nowe, owe rasy mieszane metysów, pochodzące z krzyżowania ras poprzednich, to dosyć będzie wślad za Quatrefages'em wskazać naprzód niektóre zwierzęta nasze domowe, które są wytworem nie danego jakiegoś środowiska, jak rasy czyste, ale zręcznie prowadzonego krzyżowania, a następnie, co do samego człowieka, to wystarczy wskazać na pewne ludy, które ze swemi odrębnemi cechami powstały w naszych do pewnego stopnia oczach przez krzyżowanie jednostek, należących do ras różnych.
Próżno byłoby się powoływać na liczne wyniki krzyżowania, jakie hodowcy różni otrzymują. Dziś już nie widzi się otrzymywanych tym sposobem nowych ras czyli odmian, zwłaszcza u wołów, koni, owiec i gołębi. Ulegając początkowo pewnym fluktuacyom, które je zbliżały to do jednego to do drugiego typu poprzedniego, nabierają one ostatecznie pewnej stałości w przechowywaniu swych odrębnych rysów, byleby okazów tych nie poddawać nowemu krzyżowaniu z innemi rasami. Stałość ta zachodzi tak daleko, że gdy się tym nowym okazom pozostawi swobodę, lub nawet skrzyżuje z osobnikami typu odmiennego, okazy te zawsze przechowują coś ze swych cech, sztucznie wytworzonych. Pod tym względem przytacza Darwin bardzo ciekawe doświadczenie jednego z hodowców, który skrzyżowawszy swe kury z rasą malajską, po czterdziestu latach usiłowań nie zdołał się pozbyć obcej krwi malajskiej. Jakże tedy dalecy jesteśmy od leporydów i innych mieszańców, które po wielu pokoleniach i wbrew odosobnieniu, jakiem je otoczono, siłą natury powracają do typów poprzednich!
Jeszcze bardziej uderzający przykład tej stałości cech przedstawiają nam rasy zwierząt domowych, które powróciły do życia dzikiego. Psy, porzucone w puszczach amerykańskich przez hiszpańskich zdobywców, tak mało są podobne do szakali, od których prawdopodobnie pochodzą, iż można było między nimi rozpoznać rasy europejskie, które im dały początek. Wieprz, swobodnie pozostawiony w lasach, nigdy się nie staje krwiożerczym, a koń puszczony na wolność, zachowuje zawsze niektóre rysy, nabyte w stanie swego oswojenia.
Ta uporczywość cech rasowych zauważyć się daje nawet u roślin. Drzewa owocowe, wyrwane z ogrodów naszych, nigdy nie tracą w całości tych cech, jakie wytworzyła w nich uprawa lub krzyżowanie. Van Mons rozpoznał w Ardennes w stanie dzikości rozmaite odmiany grusz i jabłoni, sadzonych w Belgii, a Quatrefages powiada, że podobne fakta stwierdził na brzoskwiniach w jakiejś dolinie Cewennów.
Nie mniej również u człowieka rasy metysów, pochodzące z pomieszania ras czystych, nie stanowią żadnej pod tym względem różnicy, byleby poszczególne jednostki nie poddawały się dobrowolnie jakiejś selekcyi i krzyżowaniom, które niekiedy bywają narzucane zwierzętom. Takimi np. mieszańcami jest lud Grikuasów, zwanych dawniej Basterami, lud pochodzący z mieszaniny Holendrów i Hottentotów, od dwóch wieków osiadły nad brzegami rzeki Orange, a do dziś przechowujący rysy odrębne, pośrednie między rysami typów poprzednich. Takimi też są Kafizowie w Brazylii, którzy swe pochodzenie zawdzięczają krzyżowaniu Indyan ze zbiegłymi z europejskich zakładów murzynami. I ci także pod względem kształtu ciała, barwy włosów i skóry zajmują miejsce pośrednie pomiędzy obiema praojcowskiemi rasami, i nie wydaje się, aby musiały kiedyś do którejkolwiek z nich powrócić. Taką jest zwłaszcza ta młoda i silna ludność małej wysepki Pitcairn (ocean Spokojny), która to ludność cała pochodzi od kilku angielskich żeglarzy i jakiegoś może dziesiątka Tahitianek, a której ilość potroiła się w ciągu lat trzydziestu trzech: oczywisty-to dowód, że mieszanie ras wcale nie przeszkadza płodności.
Odnośnie do ras mieszanych zaznaczamy jeszcze: 1-o Papuasów, którzy zdają się pochodzić od Malajczyków o cerze ogorzałej i włosach niekędzierzawych, i od tuziemczych murzynów o włosach wełniastych. 2-o Malajczyków nawet, którzy bez wątpienia są wynikiem mieszanych ludzi białych, żółtych i czarnych, jacy od najdawniejszych czasów zcierali się ze sobą w południowej i wschodniej Azyi. 3-o Zulusów, którzy jak świadczy ich język, pewne fizyczne cechy i pewne nawet tradycye ludowe, pochodzą z mieszaniny murzynów z białymi. 4-o Niektórzy Senegalowie, zawdzięczający, zdaniem Simonnot'a, barwę ciała tuziemczym Murzynom, a siłę fizyczną Maurom.
Nadto, czemużbyśmy nie mieli przytoczyć tu jeszcze owych milionów metysów, mulatów i innych, stanowiących jednę piątą całej ludności Meksyku i południowej Ameryki? Są oni żyjącym dowodem, naprzód płodności krzyżowania między białymi, murzynami i indyanami, następnie stałości cech odrębnych, jakie z tego połączenia wynikły; nie można bowiem powiedzieć, aby i u tych ludzi zdarzał się powrót do typów poprzednich, chyba żeby albo przewaga jednej krwi albo działanie środowiska występowało zanadto wyraźnie.
Z danych powyższych wyprowadzamy wniosek, że zjawiska rodzenia, cokolwiekby o tem mówiono, przedstawiają zawsze pewien sposób odróżnienia gatunku od rasy. Krzyżowanie między osobnikami ras różnych łatwo otrzymać się daje, bywa zazwyczaj płodne i przy odpowiednich warunkach może wytworzyć typy nowe, wciąż się odtwarzające, czyli typy mieszane. Przeciwnie zaś, osobniki należące do gatunków różnych nie łatwo się łączą; płodność ich, jeśli jest kiedy, ogranicza się zawsze do kilku pokoleń, a jeśli w jednym lub w dwóch jakich wypadkach bywa nieograniczona, wówczas wytwory jej powracają do jednego z typów poprzednich, tak iż w połączeniu gatunków różnych nie wytwarza się żaden typ nowy, któryby stale z pokolenia na pokolenie przechodził, któryby stanowił jakąś rasę mieszaną.
W dzisiejszym przeto stanie nauki wolno wierzyć we względną stałość cech właściwych metysom, gdyż-eśmy widzieli, że utrzymuje się ona w niektórych wypadkach. Zdarzyć się może, iż od czasu do czasu i te rasy w końcu powracają do typów poprzednich, ale zjawiska-to przypadkowe, odosobnione, pewnym osobnikom właściwe i, że tak powiem, chwilowe. Są one wypadkiem jakiegoś atawizmu i nie trzeba ich brać za jedno z powrotem ostatecznym do gatunków poprzednich, stwierdzonym u mieszańców. Pod tym względem można powiedzieć, że atawizm cechuje mieszańców metysów, a powrót mieszańców hybrydów.
Z tego doniosłego wniosku, który grupy ludzkie czyni rasami a nie gatunkami, wynika jeszcze inny nie mniej ważny wniosek. Jeśli rasy już istniejące wydają przez krzyżowanie typy nowe, to inaczej się dzieje z gatunkami. Widzieliśmy, że krzyżowanie ich nie jest zdolne wytworzyć ostatecznie jakiegoś typu nowego. Opowiedziane powyżej fakta, tłómacząc nam pochodzenie ras, jednocześnie głoszą niemożliwość wyjaśnienia drogą naturalną pochodzenia gatunków. I czyż to nie jest już samo przez się potępieniem systemu transformistowskiego i uzasadnieniem za pomocą faktów owej za dowolną uważanej teoryi Izydora Geoffroy Saint-Hilaire o ograniczonej zmienności?
2-o Stałość cech.
Drugi zarzut przeciw jedności pochodzenia ras ludzkich polega na stałości i niezmienności ich cech wyróżniających. I znów zarzut ten dziwnym się wydaje pod piórem transformistów, którzy głoszą nieograniczoną zmienność cech gatunkowych, a w dalszem następstwie przypuszczają, że człowiek pochodzi od małpy, ta zaś od jakiegoś jeszcze mniej rozwiniętego zwierzęcia. Zarzut ten byłby zrozumiały w ustach zwolenników stałości cech i u przeciwników Darwina. Przypuśćmy więc, że odpowiadamy tu tym ostatnim.
Przedewszystkiem odpowiemy, że przeciwnicy jedności pochodzenia ludzi nadmiernie powiększają cechy wyróżniające rasy ludzkie. Boć rzeczywiście, cechy te są daleko słabsze, aniżeli te, jakie spotykamy u naszych ras zwierząt domowych. Weźmy naprzykład psa. Wiemy, jak olbrzymią przedstawia on różnorodność pod względem fizycznego układu ciała, barwy włosa, figury a nawet instynktu. Wielka różnica zachodzi pomiędzy chartem a jamnikiem, pomiędzy Saint-gotardem a buldogiem lub maleńkim szpicem, a jednak nikt się nie waha wszystkie te typy zaliczać do jednego i tegoż samego gatunku i wyprowadzać je z jednego i tego samego pnia.
Wcale też nie mniejszy jest zakres odmian u innych zwierząt domowych, u wołu naprzykład, u konia, owcy lub królika. U dwóch ostatnich tych zwierząt różnice wzrostu są trzy razy większe, aniżeli u gatunku ludzkiego.
Ze wszystkich cech, wyróżniających rasy ludzkie, cechą najbardziej uderzającą jest barwa ich skóry. Pomimo to jednak trzeba sobie powiedzieć, że ten szczegół ma tylko drugorzędne znaczenie. U zwierząt prawie nie zwracamy nań żadnej uwagi, i słusznie, gdyż barwa skóry zależy od wydzielin skórnych, a te zmieniać się mogą względnie do okoliczności; w rzeczywistości zaś skóra murzyna niczem się nie różni od skóry białego. Z tych samych składa się słojów, w tym samym rozłożonych porządku. Ani skóra, ani naskórek najmniejszej nie przedstawiają różnicy. Ciała śluzowate, pomiędzy niemi umieszczone, również niczem się pod względem anatomicznym nie różnią, tylko składające je komórki, w ciałach białych bezbarwne, w innych nabierają barwy brunatnej lub czarnej, skutkiem większej lub mniejszej ilości wydzielanej przez się zabarwiającej je materyi.
Tego samego rodzaju odmiany zauważyć się dają u zwierząt. Skóra u psa, zwykle czarniawa, u pudla jest białą. Mamy kury o skórze białej, żółtej i czarnej. Zdarza się czasem, że w kurnikach raptownie ukazuje się melanizm i utrzymywałby się tam długo może, gdyby zawczasu nie usunięto dotkniętych nim jednostek. Bywa on nawet bardziej rozwinięty u kury aniżeli u człowieka; w pierwszym razie przenika aż do ciała, w drugim ogranicza się do skóry albo raczej do ciałek śluzowatych.
Dodajmy nadto, że melanizm nie stanowi tak wyłącznej własności właściwie zwanej rasy murzyńskiej, iżby nie mógł niekiedy dobrowolnie się ukazywać u ludzi białych. Owe piegowate plamy na skórze nie są czem innem, tylko umiejscowionym objawem melanizmu. Gdyby te plamy się rozszerzyły pod wpływem gorąca lub innej jakiejkolwiek przyczyny, skóra ta niczemby się nie różniła od skóry murzyna. Jest to najmniejszej niema wątpliwości, że zjawisko to nie wytworzyło się drogą dziedziczenia, ani się nie stało dziedzicznem w pewnych wypadkach. Bywają czarni, którzy wcale nie należą do rasy murzyńskiej, jak np. Biszarysowie na afrykańskiem wybrzeżu morza czerwonego, Maurowie Senegalscy i niektórzy Hindusowie aryjskiej rasy. Wszystkie te fakty fizyczne dowodzą, że plemiona te nic więcej murzyńskiego prócz barwy nie posiadają.
Skądinąd znów, odmiany ras bywają daleko bardziej rozpowszechnione u zwierząt, aniżeli u człowieka. Do jakiejkolwiek należałby grupy, człowiek zawsze posiada ten sam szkielet. Ilość składających go kości nigdy się nie zmienia. Inaczej zaś jest u zwierzęcia. Wielkie rasy psów mają po pięć palców u nóg tylnych, wówczas gdy niektóre rasy maleńkie mają ich zaledwie po cztery. Bywają wieprze, mające również jeden palec dodatkowy, a palce środkowe osłonięte rodzajem trzewika, a przecież nikomu nie przychodzi z tego powodu na myśl czynić z tych okazów oddzielnego gatunku. Ilość kręgów pacierzowych w ogonie jest różna u wielu gatunków, i co ważniejsza, u różnych ras różna bywa ilość samych nawet żeber oraz kręgów grzbietowych i lędźwiowych. Stwierdzono to mianowicie u wołu i u wieprza.
Słowem, daleko mniejsza przestrzeń dzieli rasy ludzkie, aniżeli zwierzęce. Prawda i to, że jakkolwiek byłaby mała, nikt jej przekroczyć nie zdoła. Słusznie nam powtarzają poligeniści, że murzyn nie traci w zupełności swej barwy, gdy zamieszka w krajach północnych, tak samo jak biały nie staje się murzynem, gdy się osiedli w Afryce środkowej. Co gorsza, Egipcyanin nie zmienił się od trzech lub czterech tysięcy lat; jakim jest dziś, takim go widzimy w mumiach i na pomnikach starożytnego Egiptu.
Atoli dziwnie by się mylił, ktoby widział w tych danych poważne zarzuty przeciw założeniu monogenistów. Bo i dla czegóż miałby się zmienić typ egipski, skoro środowisko jego pozostało toż samo? Typ raz ukształtowany, może się zmieniać tylko wskutek krzyżowania albo wskutek zmiany warunków istnienia. W przeciwnym zaś razie umacnia się on raczej i nabiera tej trwałości, która mu dozwala coraz bardziej się opierać przyczynom zmian, jakie z czasem wyniknąć mogą.
Tej właśnie trwałości, nabytej w ciągu całego szeregu pokoleń, przypisać należy owo niezacieranie się typów białych lub czarnych w klimacie, różnym od tego, w którym się typy te wyrabiały. I tu również rasy zwierzęce dają nam miarę tego, co powinno się dziać u człowieka. Doświadczenie stwierdza, że zwierzęta domowe, które powróciły do życia dzikiego i weszły tym sposobem w środowisko, w jakiem żyli ich przodkowie, nigdy nie tracą w zupełności cech, w stanie przyswojenia nabytych, tak dalece te cechy się w nich utrwaliły. A jednak zniknięcie ich o tyle łatwiej wytłómaczyćby można, że u zwierząt byłby to powrót do stanu natury. I przeciwnie, trudno uwierzyć, aby pierwotny typ ludzki nie miał być ani białym typem europejskim, ani czarnym typem afrykańskim. Gdy więc wymagamy, aby sam klimat przerabiał człowieka białego na murzyna i murzyna na białego, wymagamy nie tylko powrotu do stanu pierwotnego, ale nadto i do pewnej, do pewnego stopnia dowolnej, zmiany, której urzeczywistnieniu zawsze przeszkadzać będą pewne zmiany poprzednio nabyte i drogą dziedzictwa umocnione.
Inaczej zaś było w początkach. Typ ludzki po wyjściu z rąk Stwórcy był w pewnem znaczeniu więcej giętki i więcej podatny. Środowisko zatem łatwiej musiało zostawiać na nim swe piętno, gdyż nie doznawało wówczas tego oporu, jaki mu dziś stawiają cechy ustalone przez długi szereg pokoleń. Wiedzą dobrze hodowcy nasi, jak łatwo u gatunków zwierząt domowych znikają cechy, które się świeżo wytworzyły. Tem bardziej musiało to być w samych początkach ludzkości, kiedy jeszcze żadna cecha nie miała czasu się ustalić i kiedy natura ludzka przedstawiała, że tak powiem, tabulam rasam, podatną na wszelkie wrażenia. Łatwo pojąć, że w takich warunkach sama już różność klimatu czyli okoliczność przypadkowa mogła — zwłaszcza przy bezwzględnem odosobnieniu— wystarczać do zmiany cery i rysów twarzy do tego stopnia, że utworzyły się dzisiejsze rasy ze swemi najbardziej odrębnemi cechami. Atoli, trzeba też i to uwzględnić, że to co się stało wówczas, nie mogłoby się stać za dni naszych, warunki bowiem są dziś różne od ówczesnych. Nie tylko że klimat mógł się zmienić, nie tylko że człowiek posiada dziś więcej sposobów zabezpieczenia się od jego działania, wywołującego zmianę rzeczoną, ale nadto człowiek sam nie jest dziś tem, czem był początkowo. Jakimkolwiek on jest, przedstawia przecież już dzisiaj pewną rasą ustaloną. Dziedziczność, która zmierza do utrwalenia cech tej rasy, znajduje się u człowieka dzisiejszego w sprzeczności z nowem środowiskiem, które znów dąży do zmiany tychże cech rasowych, a osiągnięty skutek jest wypadkową tych dwóch sprzecznych sobie wpływów.
Zresztą, nie dość dokładne-to wyrażenie, że środowisko nie zmienia już ras więcej. Dowody takiego zmieniającego działania środowiska znajdujemy zarówno u zwierzęcia jak u człowieka. Pies, przeniesiony w strefę podbiegunową, pokrywa się tam bardzo gęstą sierścią. I przeciwnie, pod równikiem traci wszystkie włosy: dowodem pies gwinejski.
Ten sam objaw dostrzega się na wołach europejskich, przeniesionych do krajów zwrotnikowych, tak dalece, że hodowcy tamtejsi nie chcąc, aby ta cecha przeszła w rasowość, zmuszeni są zabijać osobniki, całkowicie pozbawione włosu. Przeciwnie znów, świnie pozostawione w zimnych okolicach Ameryki, nabrały tam z czasem jakiegoś rodzaju wełny ochronnej.
Nawet w tych krajach zauważyć się daje pewne oddziaływanie środowiska. Naprzykład woły polskie, przeniesione na żyzne równiny Loary, po upływie jednego lub dwóch pokoleń nabierają takiej objętości i formy, jakich nie posiadały w swych stronach rodzinnych.
Że człowiek przy zmianie klimatu nie doznaje zmian równie ważnych, dzieje się to skutkiem tego, że rozum jego dostarcza mu sposobów częściowego zabezpieczenia się od wpływów środowiska. Umie on opanować podrównikowe skwary i podbiegunowe mrozy. Przenosi ze sobą razem swe urządzenia, swoje zwyczaje, rodzaj życia, i tym sposobem o połowę znieczula owe modyfikujące działanie klimatu i warunków zewnętrznych.
Myli się wszakże, kto przypuszcza, że człowiek od tego działania uwalnia się zupełnie. To też widzimy, jak za dni naszych tworzą się rasy nowe skutkiem samego tylko działania środowiska. Najznakomitszą z takich ras jest rasa Yankesów. Anglik, przeniesiony do północnej Ameryki, szybko tam zmienia swe rysy, skóra traci barwę, włosy ciemnieją, kości w ciele się przedłużają, głowa traci na objętości, a szyja mocno się wyciąga.
Podobny też objaw dostrzegać się daje na murzynie, przeniesionym z Afryki do Ameryki. Cera szybko blednieje, rysy korzystnie się zmieniają, ów zapach charakterystyczny, jaki murzyn zazwyczaj z siebie wydziela, powoli znika, a nawet sama inteligencya jego się podnosi. „W przeciągu 150 lat, powiada Elizeusz Reclus, murzyn pod względem zewnętrznym przekroczył dobrą czwartą część odległości, jaka go dzieliła od białych... Gdyby inne wpływy nie równoważyły wpływu klimatu, po upływie kilku jakichś wieków wszyscy amerykanie nabraliby barwy swoich tuziemczych przodków, bez względu na to, skąd przybyli przodkowie ich rodzin, czy z Irlandyi, czy z Francji, czy z Kongo. (Revue des Deux Mondes. 1 Sierp. 1859).
W słowach tych jest dużo przesady, jak wykazuje Quatrefages. Jakkolwiek bowiem wielki wpływ mógłby mieć klimat, to nigdy jednak nie będzie on mógł tak dalece zmienić człowieka białego, murzyna i tuziemczego amerykanina, iżby ich aż do niepoznania pomieszał. Ponieważ przeszłość ich nie była jednakowa, przeto i wyniki nie mogłyby być też same. Podlegając jednym i tym samym wpływowm, będą oni mogli bezustannie ku sobie się zbliżać, ale nigdy się nie staną zupełnie jednakowi.
Gdyby jaka rasa Starego Świata miała przejść w typ amerykański, to z pewnością azyatycka rasa żółta, naprzód dla tego, że ona-to ma przedstawiać najlepiej typ pierwotny, jak utrzymuje Quatrefages, a następnie że to ona przeważnie zaludniła Amerykę. To też doświadczenie dowiodło, że ze wszystkich cudzoziemców, osiadłych w Nowym Świecie, najprędzej przyswajają sobie rysy czerwonoskórych Chińczycy. (A. Rambler around the World. 1874).
Mnóstwo innych możnaby przytoczyć zmian, zaszłych pod wpływem klimatu. Stwierdzono np., że im bardziej ku północy, tembardziej cera staje się bielszą, i przeciwnie, ciemnieje w miarę zbliżania się ku równikowi. „Murzyn, powiada Pruner Bey, traci część zaskórnego barwnika, gdy go się przeniesie do krajów północnych.” Europejczyk znowu, przeniesiony pod równik, staje się brunatnym. Dowód-to oczywisty, że słońce gra wielką rolę w barwie ras ludzkich.
Niesłusznie też, celem poparcia swej teoryi, powołują się poligeniści na jednostajność typu żydowskiego. Rysy żydów wcale nie są jedne i te same. Żydzi północni nie mniej się różnią od żydów południowych, aniżeli anglicy od amerykanów, a w Indyach można widzieć żydów o cerze tak brunatnej, iż stanowi ona przejście od cery białej do murzyńskiej. W Abissynii widywano nawet żydów całkowicie czarnych, jak murzyni (Missions catholiques 1877, str. 312); wszelako, naszem zdaniem, wiadomość ta nie jest bezwzględnie pewna, poprzednio już bowiem wiadomość podobna okazała się błędną: żydzi, o których była mowa, byli poprostu murzynami nawróconymi na żydostwo.
Trzeba również brać na uwagę zmiany, wytwarzające się przypadkowo, bez wszelkiego, jak się zdaje, oddziaływania ze strony środowiska i krzyżowania. Jak poprzednie, tak samo i ten objaw zdarza się zarówno u zwierząt jak u ludzi. Przytaczają różne tego przykłady. W 1770 r. urodził się w Paragwaju wół bez rogów; wół ten następnie dał początek licznej rasie, pomimo że amerykanie czynili wszystko, by usunąć tę szczególną cechę, niedogodną głównie z powodu trudności, jakiej doznają przy chwytaniu tych dzikich wołów na lazo, czyli sznur długi skórzany do zarzucania na rogi. Rasy baranów, zwane Ankońską i Mauchamps'ką, zawdzięczają swe pochodzenie również pewnym przypadkowym zboczeniom, z których człowiek umiał skorzystać. Pierwsza ze wspomnianych ras powstała w Massachussets r. 1751, a druga w Mauchamps we Francyi r. 1828. Prawda, że w obu tych wypadkach wdała się sztuka ludzka, odosobniając i zręcznie krzyżując zwierzęta, których właściwości utrwalić chciała, ale pierwsza jednak odmiana była najzupełniej przypadkowa.
Raptowne odmiany, dostrzegane od czasu do czasu u zwierząt, zauważyć się dają niekiedy również u rodzaju ludzkiego. W 1717 r. urodził się w Anglii człowiek, Edward Lambert, którego ciało pokrywał częściowo rodzaj popękanej skorupy żółwia, co mu zjednało nazwę „człowieka-żółwia.” Edward Lambert przekazał tę dziwną własność sześciorgu swych dzieci i dwojgu wnuków, aczkolwiek jego żona i synowa najmniejszego śladu podobnej własności nie miały. Przytaczają jeszcze wypadek w rodzinie Colburn, która w ciągu czterech pokoleń liczyła po sześć palców u każdej ręki. Niema najmniejszej wątpliwości, że w obu tych wypadkach, gdyby się wdała selekcja czyli dobór sztuczny przez odosobnienie jednostek i łączenie się wyłącznie z osobnikami, przedstawiającymi te dziwne anomalie, otrzymanoby jedną rasę o skorupie skórnej, a drugą o sześciu palcach u ręki. Ale człowiek, choć lubi praktykować dobór sztuczny względem zwierząt i roślin, sam niechętnie się doborowi takiemu poddaje.
Do czego może dojść w tym względzie wytrwałość, dowodzi kaprys dwóch królów pruskich: Fryderyka Wilhelma i Fryderyka I. Obaj ci panowie, żeniąc olbrzymów swej gwardyi z najwyższemi kobietami swego królestwa, wytworzyli rasę olbrzymów, których resztki istnieją jeszcze w Poczdamie i jego okolicach.
Teraz już możemy mieć pojęcie, jak musiały powstawać rasy ludzkie. Odmiany tego rodzaju albo nastąpiły nieznacznie skutkiem ciągłego oddziaływania środowiska, które, działając na natury młode i wrażliwe, bez ustalonych jeszcze przez czas i dziedziczność, cech odrębnych, już-to rozwinęło nadmiernie barwnik zaskórny, będący jedyną przyczyną barwności skóry, już-to, przeciwnie, zatrzymało wydzielanie się takowego. Albo też typy najbardziej odrębne powstały raptownie w rodzinach odosobnionych, w których utrwaliły się przez szereg pokoleń. Na podstawie stwierdzonych dziś faktów możemy dowolnie wybierać pomiędzy jedną a drugą hypotezą; ale jakakolwiek była rzeczywista przyczyna utworzenia się ras ludzkich, to przecież niema wątpliwości, że początek tych ras sięga samych początków ludzkości — epoki czasu, kiedy odosobnienie było łatwiejsze i kiedy ludzie łatwiej podlegali oddziaływaniu klimatu i całego ogółu warunków, które stanowiły ich środowisko.
Nie można się też dziwić, że ani tradycya ani dzieje nie wspominają o zjawisku takiej doniosłości, jak wytworzenie się ras ludzkich. Być może zresztą, że milczenie to nie jest tak bezwzględne, jakby się zdawało. Gdy nam księga Rodzaju powiada, że Pan położył piętno na Kainie, zabójcy swego brata Abla, i gdy nam mówi, że błąkał się on po ziemi zdala od swoich, chce może nam przez to powiedzieć, że on pierwszy został dotknięty czarną barwą skóry, cechującą rasę murzyńską. I rzeczywiście, dla zapoczątkowania nowego typu służyły mu najlepsze warunki, łączył bowiem w sobie trzy wielkie przyczyny odmian fizycznych: młodość krwi, jako pierworodny Adama, odosobnienie, na jakie go skazywała zbrodnia, i raptowna zmiana środowiska, bez dzisiejszych wszakże środków zrównoważenia jego oddziaływania.
A zatem, zarzuty poligenistów nie mają żadnego znaczenia. Różnice, jakie uwydatniają rasy ludzkie, są daleko mniejsze od różnic, dostrzeganych u ras zwierzęcych, a dostatecznem tego wyjaśnieniem są fakta, jakie się dzieją przed naszemi oczyma. Wszelako, prócz powyższych argumentów negatywnych mamy coś lepszego do przeciwstawienia poligenizmowi, posiadamy daleko prostszy sposób zwalczenia go, i o tym sposobie musimy tu powiedzieć słów kilka.
Dowody monogenizmu.
Większość naturalistów jest zdania, że dwa rysy cechują gatunek: podobieństwo i pochodzenie. Dwa podobne do siebie i od jednego ojca pochodzące jestestwa uważane są jako należące do jednego i tego samego gatunku. Stąd pochodzi następujące przez Quatrefages'a dane określenie gatunku: „Jest-to, powiada uczony ten przyrodnik „ogół osobników, więcej lub mniej do siebie podobnych, które można uważać za pochodzące od jednej jedynej pary pierwotnej drogą nieprzerwanego rodzinnego następstwa.”
Zachodzi tedy pytanie, czy określeniu temu odpowiadają ludzie, do jakiejkolwiek należeliby rasy? Odpowiadamy: tak. Pod każdym względem podobni są oni do siebie bardziej, aniżeli rasy jednego i tego samego gatunku zwierzęcego, a jeśli przedstawiają jakie odmiany, to jakeśmy widzieli, odmiany te wytłómaczyć się dają środowiskiem i krzyżowaniem. Nie tylko układ fizyczny wszystkich ludzi jest jednakowy, nie tylko że kształty ciała przedstawiają różnice bardzo nieznaczne, ale co ważniejsza, we wszystkich rasach, nawet najbardziej upośledzonych, znajdujemy tę intelligencyę albo raczej rozum, który stanowi rzeczywistą wyższość natury naszej, a o którym świadczy mowa oraz moralne i religijne poczucie. (Ob. art. Człowiek).
Bardziej jeszcze charakterystyczne jest pojęcie pochodzenia. Najróżnorodniejsze rasy z największą łączą się łatwością, a byle klimat był zdrowy, związki ich małżeńskie, zarówno jak związki pochodzących od nich mieszańców, bywają dziwnie płodne. Tymczasem, jakeśmy rzekli, przeciwny temu objaw dostrzega się u zwierzęcia różnych gatunków. Krzyżowanie w tym razie następuje tylko pod naciskiem woli człowieka, płodność tego krzyżowania bywa prawie żadna, a pochodzące od niego osobniki prędzej lub później powracają do jednego z pierwotnych gatunków.
Zresztą, nie tak wymownie nie przemawia za monogenizmem, jak owa trudność, jakiej doznają poligeniści w oznaczaniu ilości rzekomych gatunków ludzkich. Prawie dwóch zdań zgodnych ze sobą nie widać. Tam gdzie Virey widział tylko dwa gatunki, Bory de Saint-Vincent dopatrywał ich piętnaście, a Desmoulins szesnaście. Dalej jeszcze poszli poligeniści amerykańscy; twierdzą oni w ślad za Agassizem, że ludzie ujrzeli światło dzienne oddzielnemi narodami; tym sposobem stosują do ludzkości naukę o centrach stworzenia, którą dotychczas stosowano tylko do zwierząt.
Próżno byłoby dodawać, że wszystkie te podziały są najzupełniej dowolne. Jakakolwiek byłaby ilość przypuszczalnych wśród ludzkości gatunków, niepodobna będzie nigdy ściśle ich oznaczyć i przeprowadzić między nimi ścisłej linii demarkacyjnej.
Będą zawsze między nimi typy nieokreślone, których niewiadomo będzie do jakiej grupy zaliczyć. A czyż-to nie najwyraźniejszy dowód, że grupy te nie są gatunkami, lecz poprostu rasami? Bo czyż istnieje w świecie zwierzęcym lub roślinnym jaki gatunek, któryby nie miał cech dosyć wyraźnych na to, by go bez wielkiej trudności można było odróżnić od gatunków pokrewnych?
Przeciwnie zaś, u człowieka przejście od jednej grupy ludzkiej do drugiej jest stanowczo nieznaczne. Pomiędzy białą i żółtą grupą ludzi znajduje się naprzykład Finn, który ma cerę pierwszej grupy, Hindus, który posiada mowę, i Tatar, który ma rysy grupy drugiej. Tenże sam typ biały przechodzi nieznacznie w typ murzyński przez Arabów i Abissyńczyków, którzy z pochodzeniem wyraźnie semickiem i z rysami europejskiemi łączą cerę brunatną, a może nawet prawie czarną. Na innym znów punkcie kuli ziemskiej Malajczycy przedstawiają przejście pomiędzy azyatycką rasą żółtą a rasą czarną, zamieszkałą na Oceanie Indyjskim oraz na wyspach Moluckich i Filipińskich. Wobec takiego poplątania cech poligeniści znaleźliby się w prawdziwym kłopocie, gdyby nam chcieli odpowiedzieć, gdzie się kończy jeden gatunek, a gdzie się zaczyna drugi.
Inny znów z ważniejszych nieco zarzutów, jaki możnaby postawić tym, którzy dowolnie zwiększają ilość gatunków ludzkich, zasadza się na fakcie pokrewieństwa języków. Tym naprzykład, którzy nam powiadają, że ludzie zostali stworzeni narodami, można powiedzieć, że filologia porównawcza udowodniła wspólność pochodzenia mnóstwa ludów bardzo od siebie odległych. Któżby dziś bowiem śmiał przeczyć, że starodawne ludy indyjskie, perskie, armeńskie pochodzą od tegoż samego ojca, co ludy Francyi, Anglii, Włoch, Niemiec, Polski, to znaczy olbrzymia większość mieszkańców Europy? Właśnie, ścisłe-to pokrewieństwo języków tej indo-europejskiej grupy jest dowodem jedności pochodzenia tych ludów, które nimi mówią.
Bywają wprawdzie wypadki, w których ta zasada byłaby błędna. Fenicyanie np. jakkolwiek mówili językiem Semitów, niemniej wszakże należeli do rasy chamitów; wypadek ten jednak stanowi wyjątek, który w niczem nie osłabia wyżej wyrażonej zasady ogólnej.
Prawda, że aczkolwiek rzeczone pokrewieństwo łatwo stwierdzić się daje w językach jednej i tej samej grupy, to przecież nie z tą samą łatwością dostrzedz się daje, gdy się te grupy wzajem ze sobą zestawi. Większość filologów nie chce uznać najmniejszego pokrewieństwa pomiędzy językami jednozgłoskowymi; jakimi są języki chiński, annamicki, tybetański, i t. d., które przedstawiają najdawniejszą formę mowy, a pomiędzy językami, zwanymi wiązanymi, to jest językiem japońskim, tureckim, baskijskim, które przedstawiają drugi okres kształtowania się języków. Przeczą oni również wszelkiej łączności pomiędzy językami wiązanymi, a grupą języków odmianowych, ze wszystkich trzech grup najbardziej wyrobionych, a obejmujących większą część narzeczy, używanych w Europie i w Azyi Zachodniej. Takie zaś jest odosobnienie tych trzech grup językowych w oczach Renana, że mógł on o nich powiedzieć, iż: „Jeśli planety są zaludnione istotami, tak jak my zorganizowanemi, to można twierdzić, że dzieje i języki tych planet nie więcej się różnią od dziejów i języków naszych, aniżeli język chiński różni się od semickiego.” (Hist. des langues sémitiques, str. 467).
Trzeba zauważyć jednak, ze Renan nie zawsze przemawiał tak stanowczo. W 1878 r., pisał on tak: „czyżbyśmy z tego faktu, że żyjące dziś na kuli ziemskiej języki dzielą się na rodziny zupełnie odrębne, mieli prawo wyprowadzać jakieś wnioski etnograficzne i mówić naprzykład, że gatunek ludzki ukazał się na różnych punktach kuli ziemskiej, że istniał jeden lub więcej aktów stworzenia gatunku ludzkiego?... Na to zapytanie trzeba odpowiedzieć: nie. Z podziału języków na rodziny nie można wcale wnioskować o podziale rodu ludzkiego. Czy ród ludzki pochodzi od jednego aktu stworzenia, czy od wielu aktów stworzenia, — zagadnieniem tem wcale się nie zajmuję, nie należy ono bowiem wcale do filologii; i owszem, czego chcę dowieść, to tego właśnie, że filologia nic nam o tem nie mówi.” (Revue politique et littéraire z dn. 16 Marca 1878 r.).
Przedewszystkiem pytamy, czy to prawda, że rodziny językowe są tak odrębne, iż, jak-to niektórzy utrzymują, niemasz między niemi żadnej łączności i żadnego stosunku? Otóż, wolno nam o tem mocno powątpiewać. Gdyby tego zdania była większość lingwistów naszych czasów, moglibyśmy podejrzywać w nich zanadto wielkie lekceważenie etymologii. Szukają oni pokrewieństwa języków prawie wyłącznie w gramatyce; tymczasem, mamy dwie wielkie grupy językowe, jedno-zgłoskowe i wiązane, które, że tak powiem, wcale gramatyki nie posiadają. Należało zatem poczekać, czy ktoś nie stwierdzi między tymi językami jakiegoś stosunku i związków pokrewieństwa?
Jakoż, nowożytna lingwistyka nie omieszkała wykazać tego pokrewieństwa pomiędzy setkami języków, używanych przez ludy pogrążone jeszcze w barbarzyństwie, a pomiędzy językami narodów cywilizowanych. Metoda, prowadząca do możliwego wyodrębniania narzeczy, może budzić pewną nieufność. Kto za dużo dowodzi, niczego nie dowodzi. Wolno nam przeto zwrócić się do etymologii, rozumie się nie do owej fantastycznej etymologii, z której słusznie wyśmiewa się Wolter, lecz do etymologii naukowej i rozumnej, odnoszącej się do wyrazów pierwotnych albo do ich pierwiastków.
Jakoż, poszukiwania tego rodzaju wydały cenne rezultaty dla tych, którzy niemi nie gardzili. Tym sposobem Aleksander Humboldt w pewnej ilości języków amerykańskich stwierdził obecność 170 wyrazów, „których pierwiastki zdają się być jedne i te same. Łatwo się przytem przekonać, dodaje ten uczony naturalista, że analogia ta nie jest wcale przypadkowa, gdyż nie polega wyłącznie na łudzącej jednodźwięczności wyrazów. Z owych 170 wyrazów, analogicznie do siebie podobnych, trzy piąte podobne są do mandżurskiego, celtyckiego, biskajskiego, koptyjskiego albo kongo.”
Skoro zaś do tego odkrycia zastosujemy zasadę Jung'a, według której obecność ośmiu identycznych wyrazów w dwóch różnych językach dowodzi, że z pewnością twierdzić można, iż podobieństwo to nie jest skutkiem jakiegoś przypadku, natenczas nie wolno będzie wątpić dłużej o tem, że języki nowożytne pochodzą od języków starego świata. Jeśli zaś tak się rzeczy mają z językami, to oczywiście nie inaczej też musi być z samymi narodami.
Studya podobne, zastosowane do innych narzeczy, doprowadziłyby prawdopodobnie do tych samych wyników; jednakże gdyby było inaczej, gdyby udowodniono, że żaden cień jakiegoś stosunku nie istnieje, naprzykład, pomiędzy narzeczami chińskimi a semickimi, jak to twierdzi Renan, to i wówczas jeszcze nie byłoby dostatecznego powodu zaprzeczać wspólności pochodzenia tych języków, zważywszy zwłaszcza owe przemiany, jakim one w ciągu wieków z konieczności uledz musiały.
Przypuściwszy tedy z Maxem Müllerem i przeważną większością nowożytnych lingwistów, że język pierwotny był jedno-syllabowy, jak język chiński, syamski i birmański, łatwo zrozumieć dzisiejszy stan języków. Nie mógł się dokonywać ich rozwój, nie mogły one przechodzić od monosyllabizmu do powiązania i od powiązania do odmianowej formy dzisiejszej bez narażenia się w samych nawet wyrazach na bardzo poważne zmiany. O ile nieznacznym tylko zmianom podlegają języki raz ustalone w piśmie i w użyciu narodu cywilizowanego, jakim bez wątpienia był od początku naród chiński, o tyle dat zmianom ulegają języki w mowie tylko żyjące, zwłaszcza gdy języki te ograniczają się do niewielkiej ilości wyrazów, jak-to bywa u ludów niecywilizowanych.
Opowiadają missyonarze katoliccy i podróżnik Cook, że niektóre dzikie plemiona w ciągu bardzo krótkiego czasu, w ciągu najwyżej lat dwudziestu, całkowicie zmieniły język. Dodają przytem ciż sami missyonarze, iż dwa sąsiednie plemiona wskutek tej raptownej zmiany mowy znalazły się w niemożności wzajemnego porozumienia się. Można z tego wnioskować, co się dziać musiało w początkach, wówczas kiedy mowa ludzka była jeszcze bardziej pierwotna, jako mowa jednosyllabowa, podczas gdy narzecza używane przez dzisiejsze dzikie plemiona należą w ogólności do drugiej z rzędu formy urabiania się języków, do formy wiązanej.
Stąd też, nie uciekając się nawet do cudu pomieszania języków przy wieży Babel, łatwo zrozumieć możemy, że przemiana języków była aż nadto całkowita, by zatrzeć wszelkie ślady wspólnego ich pochodzenia. Świadom jest tego Renan i dla tego przyznaje, że filologia porównawcza nie jest zdolna wykazać wielości początków ras ludzkich.
Prawdą zaś jest to, że nauka ta, wykazując pokrewieństwo pewnej ilości języków, używanych przez ludy, nie mające pozornie nic wspólnego ze sobą, wzmacnia odwieczne tradycyjne przekonanie o pochodzeniu ludzkości, i żadne jej negatywne twierdzenia przekonania tego wywrócić nie mogą. Wyznaje to sławny lingwista a przytem poligenista, Pott, professor na Uniw. w Halli: „Jakkolwiek niechętnie, muszę jednak oświadczyć, że filologia w niczem nie sprzeciwia się temu, aby wszyscy ludzie pochodzili od jednej pierwotnej pary, i przeciwnie ze strony tejże lingwistyki nic nie stoi na przeszkodzie widokom udowodnienia kiedyś argumentami stanowczymi jedności tegoż pochodzenia.”
Na potwierdzenie zresztą monogenizmu czyli, właściwie mówiąc, jedności pochodzenia ludzkości, moglibyśmy jeszcze przytoczyć zwyczaje i tradycye różnych narodów, literaturę ich ustną i ludową, co w ostatnich czasach nazwano folk-lore. Nie bardziej uderzającego i bardziej charakterystycznego nad analogię i podobieństwo, napotykane w tych rzeczach. Przykłady tego rodzaju zaprowadziłyby nas zanadto daleko. Pewni zresztą jesteśmy, żeśmy dosyć powiedzieli, by przekonać ludzi najbardziej niedowierzających, iż poligenizm jest doktryną anti-naukową, potępianą przez zdrowe i pewne dane historyi naturalnej, przystosowanej do ludzkości.
Dzieła do porady:
De Quatrefages, Unité de l’espèce humaine, 1861; — L’espèce humaine, 1878; — Introduction à l'étude des races humaines, 1887, t. I; — Pozzi, La Terre et le récit biblique, str. 489—563; — Mgr. Meignan, Le Monde et l'homme primitif, str. 195—289; — Moigno, Splendeur de la foi, t. II, str. 511 —601; — Vigouroux, De l'unité de l’espèce humaine, w czasop. Science catholique, Grudz. 1886, Marzec 1887. (Hamard). X. W. S.
Footnotes
-
Le Monde et l’homme primitif selon la Bible 1869, str. 270. ↩
-
Hist. naturelle du genre humain. 1801. ↩
-
Dict. d'hist. natur. Deterville'a, 1825. ↩
-
Hist. naturelle des races humaines. 1826. ↩
-
Histoire du peuple d'Iszail. 1837, t. I, str. 1. ↩
-
Topinard, Éléments d'anthropologie générale. 1885, str. 80. ↩