PAPIESTWO I RZYM W DZIESIĄTYM WIEKU.
Papiestwo w dziesiątym wieku przedstawia pole, na którem owe luterskie „Odium papae“ — nienawiść do papieża — i stały pomocnik jego kłamliwe dziejopisarstwo zbierało i zbiera dziś jeszcze najobfitsze plony. Same już napisy odnośnych rozdziałów w książkach historycznych, dawniej i dziś jeszcze w Niemczech i indziej używanych, a zwłaszcza w protestanckich podręcznikach historyi kościelnej jaskrawo głoszą, że dowiedzieć się tu można o czemś szczególnie ciekawem i pieprznem o Rzymie i papieżach. Arnold np. w I rozdziale X księgi 1 części swej Ketzergeschichte dzieli rzeczony okres czasu na ośm paragrafów, których napisu słusznie wahamy się tu przytoczyć; Henke oskarża go, że „opisywał zepsucie obyczajów;“ Neander (Allg. Gesch. d. Christl. Religion, IV wyd., str. 6), kładzie ogólny napis: „wiek wielkich występków;“ podczas gdy Kurtz (Lehrb. d. Kirchengesch. für Studirende (!) wyd. VIII, t. I, cz. II, str. 109), poprzedza swe długie wywody o czasach i osobie takiego Sergiusza III i Jana X następującymi pełnymi smaku wyrazami: „Rzymska Pornokracya!“
Weszło w zwyczaj, powiada Hefele (Beiträge zur Kirchengesch. I, 227), nazywać wiek dziesiąty okresem najbardziej ciemnym z całej historyi Kościoła. Tymczasem doświadczenie przekonywa, że człowiek chętnie przedstawia sobie i innym jako ciemny ten okres czasu, o którym najmniej wie, i tym sposobem ciemności własnego umysłu przenosi na czasy historyczne.
Do utrwalenia i rozszerzenia tego poglądu w szczególny sposób przyczynili się Centuryatorzy Magdeburscy. Byli oni zdania, że „skutkiem gniewu bożego zniszczyły Kościół w dziesiątym wieku ludzkie podania, tyrania biskupów i przywódcy tych ostatnich — cezaro-papieże. Kościołem mieli jakoby zarządzać bezbożnicy, przestępcy i bałwochwalcy, a cały świat chrześcijański — jak długi i szeroki — opanowały ciemności. Niezliczone haniebne cechy antychrysta piętnowały tych, co sobie przywłaszczali piękne imiona kierowników i przedstawicieli Kościoła.“ Jak rybacy wyszukują perły w gorzkawo-słonych falach oceanów, tak centuryatorzy szukali w owym okresie czasu najbezwstydniejszych anegdotek i skandalicznych historyi Rzymu. Tem się też tłómaczy, że także i ci historycy późniejszych i dzisiejszych czasów, którzy centuryatorów uważają za swych mistrzów, podobnie jak tamci myślą, piszą i—w dalszym ciągu kłamią.
Jednak i kardynał Baroniusz w Rocznikach swych przedstawia historyę dziesiątego wieku w nadmiernie czarnych barwach. Wiek ten z powodu surowości swej i braku świetlanych i wielkich wypadków Baroniusz nazywa wiekiem żelaznym, z powodu przebierających miarę okropności złego — ołowianym, z powodu zaś braku pisarzy — niemym. Tym więc sposobem Cezar Baroniusz, jak powiada Hefele (op. cit. str. 228), „nadzwyczajnie się przyczynił do rozszerzenia złego imienia dziesiątego wieku. Ponieważ zaś ówczesne stosunki we Włoszech były najsmutniejsze, a on znał je nieskończenie lepiej, aniżeli stosunki wewnętrzne państw innych, łatwo mu przeto było takowe uogólnić i powszechny stan świata jako rozpaczliwy przedstawić. Gdyby Baroniusz znał np. szczegóły ruchliwego życia naukowego klasztorów niemieckich w dziesiątym wieku, zdanie jego w wielu punktach wypadłoby z pewnością przychylniej. Nadto, ma on jeszcze jedną winę, która jednocześnie jedna mu wielką sławę miłośnika prawdy. Jakkolwiek stanowczym jest ultramontaninem i zawsze zbrojnym rycerzem w obronie Stolicy Apostolskiej, to przecież nie tylko zebrał z sumienną dokładnością wszystkie złe wiadomości o papieżach, jakie znalazł w historycznych źródłach, ale nadto okazał się zanadto łatwowiernym i chętniej łamał laskę nad jakimś papieżem. aniżeli zwracał miecz krytyki przeciw nieprzychylnym mu źródłom.“
Ustępstwa Baroniusza z radością pochwycili protestanci i na sposób centuryatorów żarliwie je spożytkowali przeciw Kościołowi katolickiemu. „Napróżno silił się m. im. Mabillon przeciwstawić ciemnym stronom strony jasne,“ powiada protestant Vogel w piśmie swem o Ratherynszu z Werony i o wieku dziesiątym (str. VI). Na podstawie zaś powagi takiego Baroniusza także i katoliccy historycy zgadzali się na sąd ogólnie przyjęty o ciemnocie wieku dziesiątego, tacy np. uczony Möhler1 i taki zazwyczaj rozważny i przebiegły Katerkampf2, wolnomyślny Ritter3. Tym sposobem po obu stronach, u katolików i protestantów, utrwalił się sąd ujemny o wieku dziesiątym. Conclamatum erat!
A jednak, powiada Hefele (op. cit. 228), badania historyczne ostatnich dziesiątków lat rzuciły pewne nowe światło na ciemny dotychczas wiek dziesiąty, a Gams w wydawanej przez się Historyi Kościoła Möhlera (I, 187) powiada: „W najnowszych czasach zaszła pewna zbawienna reakcya w sądach o wieku dziesiątym. Przekonano się, że obaj dworscy biskupi Luidprand z Cremony i Ratheryusz z Werony, na zdaniu których dotychczas bezwzględnie polegano, nie są ani reformatorami, ani uczciwymi, prawdomównymi sprawozdawcami. Zdołano szczęśliwie usprawiedliwić niektórych złośliwie okrzyczanych papieży. Przekonano się, że wyprowadzanie wniosków ze stosunków włoskich o stosunkach całego Kościoła jest błędne. Przekonano się, że stan Kościoła w Niemczech był wówczas lepszy, aniżeli kiedykolwiek przedtem i potem. Poznano i oceniono wpływ i doniosłość moralnego odrodzenia, jakie we wszystkich kierunkach rozchodziło się z Clugny po Europie zachodniej. Nauczono się należycie oceniać obu wielkich angielskich reformatorów: Dunstan'a i Turketal'a. Dostrzeżono, że na ten właśnie wiek przypada nawrócenie znaczniejszych i większych narodów Europy. Odnaleziono pewną ilość nowych historyków i dokumentów historycznych, rzucających jaśniejsze i łagodniejsze światło na ten okres czasu, który odtąd już nie zasługuje na miano wieku żelaznego lub ołowianego. Nauczono się też oceniać treść historyczną wielu żywotów świętych, przypadających na wiek dziesiąty.
„Z katolickich historyków niemieckich następujący uczeni przyczynili się do oczyszczenia sławy poszczególnych, mocno dotąd napadanych papieży owego czasu: Damberger, Döllinger, Hergenröther, Duret, Hefele, Höfler, Alzog, Floss, Gfrörer, Gröne, Gams. Ale i z protestanckich uczonych przyczyniło się wielu, że dziś daleko łagodniej, daleko sprawiedliwiej bywają sądzone owe czasy i większość ich papieży. Do takich protestanckich uczonych należą: Böhmer, Waitz, Dünniges, Jaffé, Giesebrecht, Dümmler, Wattenbach.
Tym też trudniej zrozumieć, czemu zawsze jeszcze toż samo dawne plugactwo, jakie nagromadzili centuryatorzy, z lubością rozgrzebują i przed oczy wierzącej publiczności rzucają niektórzy sui generis literaci po encyklopedyach, podręcznikach, czasopismach. Dla tego samego też musimy tu poruszyć niektóre szczegóły z owych czasów i najbardziej napastowanych papieży, aby przy każdym z nich wykazać, jak na tem zwłaszcza polu kłamstwo historyczne szeroko się rozsiadło.
Prawda, że wiek dziesiąty był to czas bardzo ponury i smutny. Wskutek upadku Karolingów wywiązały się wielkie religijne i polityczne zamieszania. Na północy Włoch walczyli ze sobą o koronę królewską dwaj potężni pretendenci, napady Saracenów prawie cały półwysep czyniły niepewnym, większe miasta, szczególnie sam Rzym, jęczały pod tyranią przemożnych rodów szlacheckich. W Rzymie istniało stronnictwo hrabiego Tuscyi, na którego czele stały trzy osławione kobiety: Teodora Starsza i jej córki: Teodora Młodsza i Marozya, — stronnictwo, które na jakie pięćdziesiąt lat przywłaszczyło sobie nietylko rządy świeckie, ale nadto z największą szkodą Kościoła wdarło się do władzy duchownej, zniszczyło swobodę wyborów kościelnych, a na Stolicę Apostolską wprowadzało tylko swoich zwolenników i swe kreatury. Że znikły wówczas moralność i dobre obyczaje, że występkom otworzono wrota na oścież w urzędy kościelne, a nawet najwyższy urząd — papiestwo dzieję się ludzi niegodni, — wszystko to było koniecznem następstwem takich czasów i okoliczności. Historyk Katerkamp, który, opierając się na Baroniuszu, patrzy jeszcze bardzo ponuro na osoby i wydarzenia owych czasów, podaje następujący godny uwagi ich obraz4: „Aż do końca dziewiątego wieku usiłowali papieże z większą lub mniejszą zasługą i skutkiem złe usuwać albo przynajmniej powstrzymywać; ale w dziesiątym wieku nie oszczędzono samej nawet Stolicy Apostolskiej; musimy tu jednak zauważyć, że zgorszenia owe, na które Kościół rzymski zaczął jakoby niedomagać, rozwijały się nie z wewnątrz Kościoła, lecz z zewnątrz zostały mu narzucone, a mianowicie przez dwór toskański, który już w czasie wojny pomiędzy Berengaryuszem a kr. Ludwikiem zdobył sobie w Rzymie wielką swobodę działania, a po usunięciu Hugona zaczął tam rządzić z nieograniczoną samowolą. Z wyjątkiem jednego tylko bardzo niemoralnego wydarzenia ekshumacyi zwłok Formozego papieża i okaleczenia takowych, dokonanego po wielu gorszących okolicznościach na rozkaz Stefana VII papieża, co zresztą przypisać należy raczej duchowi zemsty politycznej i nierozumowi tego papieża, aniżeli złym jego obyczajom, wszystkie inne zgorszenia dziesiątego wieku pochodzą od tych papieży, których gwałtem narzuciła Kościołowi (bez swobodnych wyborów) samowola możnych, którzy rządzili Rzymem, a szczególnie samowola wyuzdanych i potężnych kobiet dworu toskańskiego; duchowieństwo rzymskie żadnego w tych zgorszeniach nie brało udziału.
W podobny też sposób opisuje te stosunki Döllinger5: „W położeniu tem Stolica Apostolska podobna była do człowieka skrępowanego powrozami, któremu nie można przypisywać tej hańby, jaką cierpieć musi, będąc pozbawionym wolności.“ Prócz tego nie trzeba zapominać, że o czasach tych posiadamy ledwie jakieś wiadomości niedokładne, często niejasne i ze sobą sprzeczne, a przytem mniej lub więcej duchem stronnictw zabarwione, tak, iż wiadomości te powinniśmy przyjmować z największą tylko ostrożnością i z koniecznem niedowierzaniem. Głównym sprawozdawcą najokropniejszych właśnie historyi z owych czasów jest Luidprand, człowiek zostający w służbie cesarskiej, a następnie przez Ottona Wielkiego zrobiony biskupem Cremony. Aby czytelnikowi należycie zcharakteryzować tego kronikarza, pozwolimy sobie tu przytoczyć niektóre o nim sądy ludzi kompetentnych. Hefele, historyk niemiecki pierwszorzędnej powagi, nazywa go „chciwym oszczerstw Luidprandem,“ człowiekiem, pełnym „kłamstw i złych pomówień,“ któremu tenże Hefele udowadnia cały szereg kłamstw historycznych6. Historyk Gröne tak o nim sądzi7: „Kronikarz, który nam pod imieniem Luidpranda skreślił dzieje i czyny swych czasów, okazuje się nam człowiekiem dzikiej i niskiej nienawiści, podobnym raczej do lekkomyślnego, niskiego i plugawego pamflecisty, niż do poważnego dziejopisarza.“ Niehues8 nazywa go „pożądliwym pisarzem,“ który następnie jako „późniejszy przeciwnik“ rodu Teodory usiłował „w historycznem wspomnieniu“ zbrukać pamięć jej i jej córek, a w opowiadaniu jego „z trudnością odróżnić można prawdę od wymysłu, romans od historyi.“ Jak ci katoliccy uczeni, tak samo niepodejrzani protestanccy historycy charakteryzują tego fabrykanta kłamstw historycznych, którego założyciele protestanckiego dziejopisarstwa bez żadnych zastrzeżeń w swych dziełach przepisali byli. Tak np. powiada Schlosser w swojej „Weltgeschichte“ (VI, 163): „Luidprand pojmuje wszystko ze strony najpospolitszej, przyczyn wypadków szuka w najmniejszych i najniższych sprężynach, a najbrudniejsze historye i najnieprzyzwoitsze anegdotki rozpowiada z widocznem zadowoleniem i bez żadnych względów.“ Berliński zaś profesor Wattenbach, znany autor poważnego dzieła Deutschlands Geschichtsquellen im Mittelalter, którego od wszelkiego cienia stronności w tym wypadku zwalnia jego „Historya papieży,“ duchem kulturkampfu rażona, takie wypowiada zdanie o Luidprandzie9: „Cel jaki sobie założył Luidprand w pisaniu niedokończonej przez się historyi swoich czasów polegał przedewszystkiem na tem, aby względnie do zasługi odpłacić tym wszystkim, którzy mu cośkolwiek wyrządzili dobrego lub złego, szczególniej zaś aby dać ujście swej nienawiści względem (króla) Berengaryusza, (którego był poprzednio kanclerzem), wroga cesarza a przyjaciela rządzącej w Rzymie partyi toskańskiej; dlatego też nazywał on swe dzieło księgą odwetu, Antapodosis. Porządnie też napadał w niej na swych nieprzyjaciół... Nie szukać w niej właściwego porządku opowiadania, a chronologiczne następstwo faktów bardzo tam niedokładne. Wogóle nigdzie nie można polegać na nim; jak Widukind, opowiada on tylko podług ustnych wiadomości i nieraz często, zwłaszcza odnośnie do wydarzeń odleglejszych, wpada w błędy bardzo rażące. Ale Widukind wolny jest od namiętności, która zanadto często porywa mściwego Włocha, Luidpranda. W złości swej zatrzymuje się on nieraz zanadto nad niektórymi nic nie znaczącymi wypadkami; lubuje się w podawaniu anegdotek, gdy one zwłaszcza są złośliwe i nieprzyzwoite, w retorycznem odmalo wywaniu wypadków, w ozdobnych a z okolicznościami niezgodnych przemowach. Dzieło jego, wzięte w całości, nie świadczy dobrze o wyższem jego ujęciu, a do dziejopisarstwa.“ Powyższy swój sąd o Luitprandzie Wattenbach wypowiadał ustnie w seminaryach historycznych, gdzie ostrzejszemi jeszcze słowy piętnował charakter kronikarza i odpowiedniemi popierał dowodami.
Trzej mianowicie papieże ucierpieli najbardziej z powodu jawnie oszczerczego pióra Luidpranda. Pierwszym jest Sergiusz III (904—911), który przez tego niesumiennego kronikarza stanął w historyi pomiędzy papieżami najbardziej oczernianymi: „Jedynie tylko po bezstronnem zbadaniu wszystkich zachodzących okoliczności, powiada historyk Gröne (Papstgesch. I, 413), „musi przyznać historyk, że Sergiusz był lepszy, aniżeli jego sława, lepszy w każdym razie, aniżeli ów pisarz, który mu tę sławę wyrobił.“ Między innemi rzeczami Luidprand opowiada o nim, że on-to właśnie dopuścił się tych nieludzkich czynów na wykopanem z ziemi ciele swego poprzednika Formozego, ale to jest najwyraźniejsze kłamstwo, „albowiem rzecz to najzupełniej pewna, że nie Sergiusz, lecz Stefan VIII był owym papieżem, za którego się stała ta okropna katastrofa“10. Nie mniej też zmyślony jest szczegół, że Sergiusz utrzymywał występny stosunek z Marozyą, żoną Tuskulańskiego hrabiego, Alberyka, i że owoc tego stosunku wstąpił później na Stolicę Apostolską pod imieniem Jana XI. Przeciwnie, wykazuje Damberger na podstawie innych dawnych wiadomości, że Jan XI nie był żadnym synem Sergiusza, lecz prawem dzieckiem hrabiego Alberyka11; toż samo stwierdza Hefele (op. cit. str. 240, not. 2). Do rzucenia w świat tego oszczerstwa wystarczał Luidprandowi fakt, że Sergiusz był spokrewniony z Alberykiem i w bliskich zostawał stosunkach z domem i ze stronnictwem tuskulańskiem, jak również z samym Berengaryuszem. Te i tym podobne kłamstwa tego pisarza odnośnie do papieża Sergiusza zrodziła nienawiść i namiętność stronnicza, co bardziej jeszcze staje się widocznem, skoro się uwzględni fakt, że tegoż samego papieża inni współcześni mu chwalą i wysławiają. Tak powiada np. współczesny Luidprandowi kronikarz, czcigodny Flodoard12 i historyk niemiecki Damberger13: „Na prośby ludu rzymskiego powrócił Sergiusz III z wieloletniego wygnania i przyjął dawno mu przeznaczoną w myśli godność, którą ku radości całego świata piastował dłużej niż lat siedm.“ Stąd słuszny wyprowadzają wniosek Hefele (op. cit. str. 241) i Gröne (op. cit. str. 416), że Sergiusz nie przemocą został wprowadzony przez stronnictwo toskańskie na stolicę papieską, jak to utrzymuje Luidprand i jego naśladowcy, lecz raczej prawidłowo został obrany już w r. 898, a następnie przemocą strącony. Nie mniej również z tego wynika, że Sergiusz był prawym papieżem, a rządy jego nie były dla Kościoła bez korzyści.
Sławi również Sergiusza III rzymski dyakon Jan (ob. Pagi, pod r. 904, n.7) i powiada, że on odbudował kościół Lateraneński, który już od jakiegoś czasu był w ruinie. „Papież, powiada on, który się bardzo smucił z upadku wspaniałej świątyni i nigdzie u ludzi pomocy znaleźć nie mógł, uciekł się do pomocy bożej, na którą zawsze liczył, i ponownie wzniósł kościół od fundamentów.“ Następnie pouczają nas jednozgodnie Flodoard i dawniejszy nagrobek Sergiusza w kościele watykańskim14, że papież ten podcinał sierpem invasores sacrorum, albo pervasores intruzów kościelnych, to znaczy, że przestrzegając ścisłej karności wśród duchowieństwa, wypędził intruzów z miejsc nieprawnie zajętych. Krótko a dobrze powiada o tem Hefele (op. cit. str. 243): „Nie śmiałby tego uczynić człowiek, któryby sam był tak zły, jak Sergiusza przedstawia Luidprand, a my dodajemy, że człowiek tak zły przy całej swej surowości nie mógłby posiadać jednocześnie tej miłości względem całej owczarni, jaką mu przypisuje rzeczony nagrobek w następujących wyrazach: „Amat pastor agmina cuncta simul.“ Wobec takich świadectw, żaden historyk miłujący prawdę nie może się oświadczać na korzyść infamii, rzuconej przez notorycznie oszczerczego Luidpranda15.
Drugim papieżem z czasów „pornokracyi,“ na którego Luidprand wylał całą czarę jadu swej oszczerczej nienawiści, jest papież Jan X (914—928). Ten miał jakoby często bywać, jako duchowny Rawennateński, posyłany przez swego arcybiskupa Piotra w sprawach kościelnych do Rzymu i tu miał być uwiedziony przez rzeczoną Teodorę Starszą, niebawem miał być obrany biskupem Bolonii, a wkrótce potem staraniem tej kobiety miał być wprowadzony po śmierci arcybiskupa Piotra na stolicę arcybiskupią Rawennateńską. Niezadługo znów potem (modica vero temporis intercapedine) miał umrzeć papież, który był Jana nieprawidłowo wyświęcił, i Teodora miała zmusić tego jakoby swego ulubieńca, aby go mieć bliżej przy sobie, do porzucenia zanadto odległej od Rzymu Rawenny i do przywłaszczenia sobie najwyższego rzymskiego pontyfikatu! Otóż w całej tej tkaninie faktów niema ani jednego słowa prawdy. O prawdziwości tych danych słusznie powątpiewali już historycy: Amadesi, Muratori i Damberger, a poczęści także protestant Leo. Sam Luidprand zeznaje, że te szczegóły zaczerpnął z biografii Teodory, napisanej przez jakiegoś najgorętszego wroga tej kobiety. Zupełnej kłamliwości tego opowiadania dowiódł Duret z Solothurn w wydawanych przez Kopp'a Geschichtsblätter (t. I, zesz. 8). Wykazuje w nich Duret, że ów Jan, podług świadectwa dokumentów historycznych już w r. 905 był arcybiskupem Rawenny i że zatem wyrażenie modica temporis intercapedine, jak również szczegół, jakoby Jan został następcą tegoż papieża (Sergiusza III), „który go nieprawidłowo wyświęcił,“ są najzupełniej błędne. Mianowicie: w r. 905 był papieżem Sergiusz III, po śmierci którego został papieżem nie Jan, lecz Anastazy III, następnie Lando, a potem dopiero, zaledwie w r. 914, a przeto o całe dziesięć lat później, Jan X. Duret udawadnia dalej, że Luidprandowy arcybiskup rawennateński, Piotr, który miał jakoby często posyłać do Rzymu księdza Jana, wcale nie istniał, że Jan X był nie ulubieńcem, lecz krewnym, prawdopodobnie synowcem Teodory. Wreszcie wykazuje tenże Duret, że podług źródłowych dowodów, Jan jako arcybiskup rawennateński okazał się bardzo dzielnym pasterzem i że wbrew oszczerstwom Luidpranda inne źródła historyczne nie szczędzą Janowi wielkich pochwał, jak np. taki Flodoard (u Pagi'ego pod r. 928, n. 2)16, lub nieznany jakiś panegirysta Berengaryusza17, który go wychwala jako „pasterza pełnego mądrości i szczególnej obowiązkowości.“18
Silny dowód przeciw oskarżeniom Luidpranda, stanowi wreszcie uwielbiana przez współczesnych i błogosławiona działalność Jana X, jaką nam przekazały dzieje. Między innemi bowiem nietylko obronił on Włochy i Rzym od rozbójniczych napadów Saraceńskich, ale nadto, zawarłszy przymierze z Hugonem, królem Longobardów, usiłował wyrwać Rzym i papiestwo z poniżającej je niewoli stronnictwa szlacheckiego. Ubiegło go jednak to ostatnie, gdy Marozya wznieciła powstanie, przyczem papieża uwięziono i w r. 928 prawdopodobnie w więzieniu uduszono.
Papencordt-Höfler, po ostrożnem zbadaniu źródeł, nazywa Jana X „mężem rozumnym i dzielnym“19; historyk Niehues20 uznaje to jako fakt historycznie pewny, że Jan X „okazał się dzielnym i energicznym rządcą, który umiał raz jeszcze zjednoczyć Rzym stronnictwami zorany i przez czternaście lat szczęśliwie panować;“ wreszcie historyk Weiss21 wynosi go poprostu jako „największego papieża dziesiątego wieku.“ Przyznać trzeba, że sąd podobny jest wręcz przeciwny sądowi Luidpranda. Ale podług tego, co się wyżej rzekło, trudno wątpić już o tem, który z obu tych sądów jest sprawiedliwy, — pierwszy, czy też sąd Luidpranda, tego oszczerczego i, podług własnego jego zeznania, stronniczego Włocha.
Trzeci jeszcze papież musi podlegać całej złości kronikarzy cesarskich. Jest nim Jan XII (956—964), syn Alberyka i wnuk Marozyi, którego jako dziewiętnastoletniego młodzieńca stronnictwo toskańskie wprowadziło na Stolicę Apostolską. Jan nie był papieżem, jakim być powinien, co widać z kroniki mnicha Benedykta z klasztoru Andrzeja na Monte Soracte (Pertz., Monum. Germ. V, 717). Wniósł on niestety na Stolicę Piotrową błędy swego czasu, swego stanu, swego wychowania, swej wreszcie młodości, ale znów nie był takim potworem, jak go Luidprand przedstawia. Wprowadzony w błąd przez swych złych doradców, złamał przymierze z Ottonem W. zawarte i połączył się z jego wrogami, skutkiem czego cesarz nadciągnął z wojskiem do Rzymu, papieża wypędził z miasta i zwołał pod swem przewodnictwem synod, który miał rozpatrzeć rzekome występki papieża i wydać sąd o nim. Podług opowiadania Luidpranda22, który był w orszaku cesarza osobiście na synodzie obecny, okropne oskarżenia miano rzucać przeciw nieobecnemu papieżowi: że miał on, jak mówili jego wrogowie, odprawiać Mszę św. bez przyjmowania przy niej Komunii św., że miał wyświęcić jakiegoś dyakona w stajni końskiej, że miał dziesięcioletniego chłopca konsekrować na biskupa Todi, że miał ogień podkładać, że w pełnem uzbrojeniu miał procesye odprawiać, pić dyabelski napój miłosny, przy grze w kości wzywać na pomoce Jowisza, Wenerę i innych szatanów, że miał nietylko nie odmawiać jutrzni i godzin kanonicznych, ale nawet krzyżem się świętym nie żegnać, i że wreszcie miał popełnić mnóstwo haniebnych czynów niemoralnych, których tu nawet z imienia wspominać niepodobna. Poczem papieża, który aczkolwiek powołany przed synod, nie stanął jednak, papieża nieprzesłuchanego i niebronionego, osądzono i z godności złożono, a na jego miejsce wprowadzono na Stolicę Piotrową człowieka świeckiego pod imieniem Leona VIII.
Przypuściwszy, że podana przez Luidpranda wiadomość o tym synodzie jest prawdziwa, to jednak przeciw prawdziwości tych okropnych oskarżeń przemawiają następujące dane: 1-o. Sama ich niedorzeczność. Są one bowiem zanadto wielkie, zanadto przesadne, i przez to już samo nieprawdopodobne, tak, iż sam nawet Gibbon, wolteryanin, żadnej nie daje im wiary („If it be true, jeśli to prawda*“ powiada on w swej History of Decline etc. q. 175), a dziejopis Ottonów, biskup Otto von Freisingen (De gestis Friderici I, lib. IV, cap. ult. ad. ann. 1148), zapewnia, że trudno dać wiarę tym oskarżeniom. 2-o. Podnoszący te oskarżenia i przedstawiciele ich na synodzie byli to dobrowolni lub przymusowi przyjaciele cesarza a najbardziej zaciekli wrogowie papieża, których prawdomówność okaże się nam jeszcze mniejszą, skoro zważymy, że owi skarżący się na Jana XII biskupi już przed osądzeniem papieża zachowali się niegodnie względem niego, który przecież był ich zwierzchnikiem, i że biskupi ci tak byli niesumienni, iż przez niesprawiedliwe złożenie z godności papieża i ustanowienie antypapieża odważyli się w najbrutalniejszy sposób przekroczyć prawo kościelne. Kto zaś jest tak niesumienny, ten bez skrupułu w razie potrzeby uciec się umie do oszczerstwa i kłamstwa. 3-o. Dokonane przez opozycyjne stronnictwo złożenie papieża z godności było czynem niesłychanym, przeto też równie niesłychane musiały być jego pobudki, t. zn. musiano przed oczy świata wytoczyć najokropniejsze zbrodnie papieża, aby i siebie i cesarza z powodu takiego gwałtu wobec świata usprawiedliwić. 4-o. Wnioskując z opowiadania samego Luidpranda, sam nawet cesarz Otto nie wierzył tym oskarżeniom, przynajmniej odezwał się on początkowo: „Zdarza się często, jak to z własnego wiemy doświadczenia, że wysoko postawione osoby bywają przez zazdrosnych wyszydzane. I to właśnie jest powodem, dlaczego wydaje się nam wątpliwem to oskarżenie, które kardynał-dyakon Benedykt przeciw papieżowi przed chwilą przeczytał i razem z wami podniósł, albowiem jeszcze powątpiewamy, czy te oskarżenia pochodzą z gorliwości o prawo, czy też z bezbożnej niechęci.“ Następnie cesarz długo się ociągał ze zgodzeniem się na niesłychane i niczem usprawiedliwić się nie dające żądania synodu złożenia papieża z godności, a gdy wreszcie uległ burzliwym naleganiom synodu, to oparł się nie na tych ciężkich zarzutach, lecz zaledwie na jakiemś politycznem wykroczeniu i niewierności papieża względem cesarza23. 5-o. Najbardziej zaś uderzającą jest ta okoliczność, że na synodzie, jaki zebrał Jan XII po swym powrocie do kościoła św. Piotra w r. 964, większość głosujących byli-to członkowie owego pseudo-synodu, a między innymi obecny był także główny oskarżyciel papieża, kardynał-dyakon Benedykt; ci wszyscy z najzupełniejszej sprzeczności z poprzedniem swem zachowaniem się, powzięli teraz wręcz przeciwne tamtym uchwały, a mianowicie: orzekli ów pseudo-synod za haniebny, wszystkie zaś jego działania za żadne, antypapieża strącili, konsekratora jego zdegradowali, a wszystkie dokonane przezeń święcenia i czynności duchowne uznali za nieważne. (Akta tego synodu znajdują się u Baroniusza, Annales pod r. 964).
Tak się przedstawia ta sprawa, jeśli opowiadanie Luidpranda przyjmiemy za przedmiotowo prawdziwe. Jednakże nasuwają się tu bardzo poważne trudności. Historyk ten bowiem, który, jak-to sam powiada na początku trzeciej „Księgi odwetu,“ pisał te dzieje, aby się zemścić na pewnych osobach i ich przyjaciołach, przez których czuł się być obrażonym, i aby wysławiać innych jako świętych i błogosławionych za to, że mu coś dobrego uczynili, człowiek, który indziej pisał najgrubsze kłamstwa na swych przeciwników, z trudnością też chyba mówić będzie prawdę w „Księdze o czynach cesarza Ottona Wielkiego,“ w której właśnie znajduje się opowieść o owym synodzie rzymskim i rzekomych wykroczeniach Jana XII, zwłaszcza, że ten ostatni był przeciwnikiem cesarskiego jego dobroczyńcy i krewnym hrabiów toskańskich, z jego nieprzyjacielem Berengaryuszem związanych. Tak też o „Księdze“ owej mówi Wattenbach (op. cit. str. 343): „Ponieważ Luidprand pisał swą księgę z najwyższego polecenia i pod okiem cesarza, przeto opowiadanie jego żadną miarą nie jest bezstronne; przemilcza on niektóre szczegóły, a nie trzeba zapominać, że to pozornie czysto przedmiotowe i na źródłach oparte opowiadanie jest przecież tylko pismem stronniczem, że mianowicie woli on nie wspominać niektórych wypadków i okoliczności.“ Ten sam uczony, wypowiadając podobnyż sąd o tej sprawie na dwadzieścia z górą lat przedtem, już wówczas zwrócił uwagę na pewien szczegół, który ma tu dla nas szczególne znaczenie. W przedmowie do tłómaczenia dzieł Luidpranda, dokonanego przez Freiherrn v. d. Osten - Sacken'a (Lipsk, 1853, str. XII), powiada co następuje: „Rozmyślność tego opowiadania pokazuje się najlepiej z tego, że Luidprand ani jednem słowem nie wspomina o zgromadzeniu kościelnem, jakie odbył Jan XII po swem ponownem zajęciu Rzymu; tu całe postępowanie przeciw niemu (Janowi) uznano za nieważne, a na zebraniu tem znalazło się dwunastu biskupów takich, którzy niedawno przedtem zgodzili się na złożenie papieża z godności. O tem zaś zamilcza Luidprand, osłabiłoby to bowiem wrażenie poprzedniego zebrania,“ czyli powiedzmy raczej, okazałoby całą niewiarogodność opowiadania o tem zebraniu. I to jeszcze dodać musimy, że kontynuator kronikarza Regino z Prüm (pod r. 964, Pertz, I, 626 nst.), który skądinąd okazuje się być dobrze powiadomionym o wypadkach, nic nie wie o tych okropnych oskarżeniach, wymierzonych przeciw papieżowi24 i jako powód tego złożenia z godności podaje tylko związek z wrogami cesarza, tak, iż bardziej jeszcze wierzyć możemy, że opowiadanie Luidpranda jest całkowicie lub częściowo zmyślone. Zresztą obojętna to rzecz dla nas, czy za twórców owych oszczerczych infamii, rzucanych przeciw papieżowi, uważać trzeba samego Luidpranda, czy pseudo-synod cesarski, czy też obu razem, z uwzględnieniem tego, że Luidprand w piśmie swem niemożliwie powiększył zarzuty biskupów pseudo-synodu; nam tu wystarcza udowodnić, że zarzuty te są zanadto przesadne, i wykazać, że Jan XII przecież nie był takim znów potworem, jakim go kłamliwy kronikarz przedstawia.
Podaliśmy z umysłu nieco obszerniej i szczegółowiej powyższe wywody, gdyż chcieliśmy okazać, w jak przesadnych barwach, ba nawet przeciw wszelkiej prawdzie i poprostu w kłamliwy sposób wrogie nam dziejopisarstwo przedstawia same nawet rzeczywiście smutne chwile dziejów Kościoła i mniej lub więcej niegodnych przedstawicieli papiestwa. Wreszcie, aby być sprawiedliwymi, musimy jeszcze uwzględnić jedną okoliczność, o której wspomnieliśmy na początku, a którą oskarżyciele dziesiątego wieku zazwyczaj pomijają. Odnośną uwagę pomieścił już w r. 1831 Möhler w swej recenzyi czwartej części Historyi Kościoła Katerkampa, drukowanej w Tb. Theol. Quartalschrift: „Wiek dziesiąty miał właściwe sobie wykroczenia, ale też miał on właściwą sobie pobożność, na której przedstawienie historycy nasi nie wiele zadają sobie trudu.“ Zaiste, z ciemni owych czasów świeci nam jakaś jaśniejsza, lepszą przyszłość obiecująca gwiazda. Tak np. liczni papieże dziesiątego wieku, w przeciwstawieniu do niewielu wprowadzonych na Stolicę Apostolską przez panujące stronnictwo szlacheckie, byli to ludzie czcigodni i dzielni, owszem nawet świątobliwi mężowie. We Francyi kwitło Clugny, jako przykład klasztornej karności i nauki, podczas gdy indziej nieśmiertelne zasługi w przedmiocie reformy karności klasztornej i kształcenia ludu zdobywali sobie: w Niemczech sławny opat Wilhelm, w Górnej Burgundyi opat Bero, w Belgii św. Gerold, w Anglii św. Dunstan. I właśnie nauka cieszyła się w tym czasie i w bezpośrednio po nim następującym wieku nadzwyczajnym i niespodziewanym wzrostem, o czem świadczą choćby same tylko imiona takiego Lanfranka, Anzelma, Fulberta z Chartres, Notkera Labeo, Abbo'na z Fleury, Brunona z Kolonii, Piotra Damiani, a zatem — mężów, pochodzących ze wszystkich krajów ówczesnej oświeconej Europy. Wreszcie i na to zwracamy uwagę czytelnika, że pomimo smutnych i wstrząsających okoliczności w Rzymie, pomimo braku wolności wyboru papieży, pomimo niegodności takich jak Jana XII i pożałowania godnych czynów niektórych innych papieży tego wieku, duchowa przecież powaga papiestwa i w tym i w następnym czasie pozostała cała i nienaruszona, czego niezliczone dowody mamy ze strony wszystkich chrześcijańskich narodów, ze strony cesarzów i królów, ze strony synodów, biskupów i uczonych25.
Słusznie przeto rozumowania i wywody poświęcone o wieku dziesiątym, a w szczególności o czasie t. zw. pornokracyi, możemy zakończyć myślą, którą wypowiadamy w art. Papiestwo w ogólności. Baroniusz w przedmowie do historyi dziesiątego wieku, w której-to historyi ze skrupulatną sumiennością pomieszcza wszystko złe, o jakiem wspominają źródła, a nawet sam Luidprand, upomina swych czytelników, że nie powinni się gorszyć okropnością spustoszenia, jakie tu na miejscu świętem dostrzegą. Wówczas właśnie okazuje się Kościół szczególniejszem dziełem bożem, kiedy zginęłoby ono napewno przy wzrastającym do nieskończoności zalewie zepsucia, kiedy łódź Piotrowa całkowicie musiałaby się pogrążyć, gdyby jej nie broniła, podług obietnicy Chrystusa, najwyższa siła. Dla okazania właśnie, że Kościół nie jest dziełem ludzi, lecz Boga, musiał Bóg przed oczyma świata udowodnić, że Kościół żadną miarą nie może być wywrócony i zburzony przez złych swoich zwierzchników, jak-to nastąpiłoby niechybnie w podobnych warunkach z najlepiej nawet zorganizowanem państwem i instytucyą ludzką. Wierzący tedy katolik ma tę pociechę, że choćby nawet spał Chrystus, to śpi On w łodzi Kościoła św., a w czasie właściwym się rozbudzi i wiatrom i morzu nakaże uspokojenie. Tylko bezbożni nowatorowie, którzy Ewangelię wyznają, lecz jej nie znają, na widok piętrzących się fal, łódź piotrową przepełniających, bluźnią, że Chrystusa w łodzi tej niemasz.
(X. W. S.).
Footnotes
-
Phillips, Kirchenrecht III, 256; Alzog, Kirchengesch. 10 wyd. not. 2. W. Wartens, Das Vaticanum und Bonifaz VIII. München 1888; Scheeben, Die Bulle Unam Sanctam u. ihr. neuester Gegner (monachijski starokatolicki professor Berchtold). „Katholik,“ Maj i Czerw. 1888, str. 449-561. ↩
-
Kirchengesch. wyd. Gams'a I, 180. ↩
-
Kirchengesch. IV abth. 472. ↩
-
Handbuch. d. Kirchengesch. I, 426. ↩
-
Kirchengesch. IV Abth. 475 nst. ↩
-
Lehrbuch d. Kirchengesch. X, 2-gie wyd. Regensb. 1843, I, 425. ↩
-
Beiträge zur Kirchengesch. I, 240. ↩
-
Papstgesch. I, 413. ↩
-
Geschichte d. Verhältnisses zwischen Kaiserthum und Papstthum Münster 1877, II, 470. ↩
-
Deutsch. Geschichtsquellen, 4-te wyd. I, 341. ↩
-
Op. cit. str. 415. Niehues op. cit. 461. ↩
-
Krytyka Dambergera do IV tomu jego Synchronistische Kirchengeschichte, str. 200 nst. ↩
-
Ob. Pagi. Critica ann. 904, n. ↩
-
Synchr. Kirchengesch. Kritikheft do IV tomu, str. 123 nst. ↩
-
Pagi pod r. 904, n. 5, i pod r. 910, n. 1. ↩
-
Ob. Pertz. Monum. German. VI, 208. ↩
-
Prw. Hefele. Beiträge zur Kirchengesch. t. I, str. 245. ↩
-
Gesch. d. Stadt Rom im Mittelalter. str. 172. ↩
-
Op. cit. str. 478. ↩
-
Weltgeschichte t. II, 2, str. 793. ↩
-
Lib. de reb. gestis Ottonis M. imp. Ob. u Pertz'a Monum. German. II, 340 nst. ↩
-
Prw. Hefele op. cit. str. 444; Gröne op. cit. 448. ↩
-
Ten i inni współcześni kronikarze nie wiedzą nic również o tragi-komicznej anegdocie Luidpranda, że dyabeł uderzył w skroń Jana XII momento adulterii eius, i że wskutek tego papież umarł w tydzień potem bez Sakramentów św. Kronikarze ci powiadają tylko, że Jan XII umarł skutkiem apopleksyi d. 14 Maja 964 r. Wprawdzie historyk Giesebrecht (Gesch. d. Kaiserzeit, t. I, 445) podaje ową bajkę o dyable, ale wprost zaprzecza o nieprzyjęciu Sakramentów świętych, co nie raz jeden powiada Luidprand. Niektórzy młodzi historycy, jak Bower np. (Gesch. d. Päpste, VI, str. 307) i Gfrörer, gdy był jeszcze protestantem (Kirchengesch. III, 1 57), przekształcili owego Luidprandowego dyabła w obrażonego i mszczącego się męża (Prw. Gröne, op. cit. str. 266). I dziwnym sposobem tak samo sądzi nawet Weiss (Weltgesch. II, 2, str. 80). ↩
-
Ob. Gröne op. cit. str. 436 nst. — Möhler. Kirchengeschichte, t. I, str. 184. ↩
-
Ob. Gröne op. cit. str. 436 nst. — Möhler. Kirchengeschichte, t. I, str. 184. ↩