MURZYNI. (Handel Murzynami) i MISSYONARZE.
Nie w tem samem znajdowali się położenia misyonarze wobec afrykańskich murzynów, co wobec niewolnictwa Indyan w Ameryce, o którem mówiliśmy w jednym z poprzedzających artykułów (ob. art. Missyonarze). To właśnie trzeba mieć na względzie, aby należycie ocenić ich postępowanie. W istocie, ze swem przybyciem do Afryki znaleźli tam oni nietylko niewolnictwo, ale nawet legalnie uznawany i upoważniony handel niewolnikami, okrywający się pozorami prawomocności.
Smutne to kupiectwo zrodziło się około połowy XV w., w czasie naukowych podróży, urządzanych przez głośnego księcia Henryka Portugalskiego, zwanego Żeglarzem. Ale szczególnie rozwinęło się ono po odkryciu Ameryki, wówczas gdy Hiszpanie myśleli o zastąpieniu Indyan murzynami w swych plantacyach kolonialnych, a zwłaszcza w kopalniach. Sam nawet gorliwy obrońca Indyan, Las Casas, miał tę myśl nieszczęśliwą, że doradzał tego środka, w którym widział tylko dobro swych protegowanych. Później gorzko to sobie wyrzucał. Jak sam zeznaje, nie zbadał on dosyć tego, jakim sposobem murzyni bywali wyrywani z ziemi ojczystej, i zanadto łatwo wierzył w moralność handlu ludźmi, prowadzonego pod opieką królów portugalskich. „To ksiądz Las Casas, pisze on, pierwszy doradzał, aby udzielano pozwolenia na przenoszenie murzyńskich niewolników do tych krajów (Ameryki), nie zwracając uwagi na niesprawiedliwość, z jaką Portugalczycy ich zabierają i niewolnikami czynią. Gdy się o tem dowiedział, nigdyby za wszystkie skarby świata rady takiej nie udzielił. Zawsze bowiem uważał murzynów jako ludzi niesprawiedliwie i po tyrańsku w niewolę obracanych. Też same bowiem prawa służą tym co tamtym”1. W rzeczywistości zaś, zanim Las Casas wypowiedział swe zdanie, o które się tak pokornie oskarża, to już dwór hiszpański udzielił był pozwolenia na przenoszenie murzyńskich niewolników do Ameryki.
Błąd Las Casas’a podzielało wielu uczonych ludzi w pierwszych czasach handlu murzynami. Nie myślimy wcale bronić tego człowieka, ale mniej surowo sądzić się go będzie, jeśli się z jednej strony przeniesiemy myślą do ówczesnych pojęć o niewolnictwie w ogólności, a z drugiej strony, jeśli zważymy, jak trudno było wówczas być dobrze powiadomionym o działaniach kupców niewolników w Afryce.
Przypuszczano jeszcze wówczas powszechnie, że niewolnictwo (ob. ten art. Niewolnictwo) w pewnych warunkach jest godziwe, z zastrzeżeniem pewnych rękojmi niewolnikowi. Biorąc na uwagę samo tylko prawo natury, wolno człowiekowi sprzedawać się samemu, a władzy państwowej wolno karać pewne zbrodnie wiecznej niewoli; nawet więźniowie w wojnie sprawiedliwej mogli być wówczas, podług prawa narodów, obracani w niewolę. Zaznaczamy tu jednak, że teologowie katoliccy, którzy wówczas tych zdań bronili, na wielu punktach ograniczali ich zastosowanie między chrześcijanami. Nie żeby, ich zadaniem, niewolnictwo stało się pod prawem Ewangelicznem z istoty swej rzeczą niemoralną, ale zdawało im się przeciwnem duchowi braterstwa, jakie chrzest św. i inne sakramenta Kościoła zaprowadzają wśród wiernych. Pomiędzy niewiernymi, którzy nie cieszyli się jeszcze podobnymi przywilejami, zasady prawa natury zachowywały całą swą siłę. Mogło zatem jeszcze bez niesprawiedliwości istnieć między nimi niewolnictwo.
Podług tych zasad kupno czarnych niewolników nie powinno być jeszcze potępiane a priori. Stawało się ono niemoralnem dopiero wtedy, gdy było połączone z pewnym gwałtem albo ze strony sprzedających, albo ze strony kupujących.
Praktycznie biorąc, wiemy dziś, że gwałty te bywały rzeczą zwyczajną, ale początkowo nie można było o tem wiedzieć; była to kwestya do zbadania na miejscu, gdzie się te rzeczy odbywały. Powiemy zaraz, jak się zmieniał język teologów, gdy się dowiedzieli od missyonarzy, w jaki sposób szły rzeczy na rynkach niewolników2. Ale przedmiot ten wymaga, abyśmy tu przypomnieli pewien szczegół z historyi missyi afrykańskich. Odkrycie zachodnich i wschodnich wybrzeży afrykańskich, rozpoczęte w XIV w. przez żeglarzy rozmaitych narodowości, ukończyli w pierwszej części w. XVI Portugalczycy. O pierwszych missyonarzach, jacy poszli w ślad za badaczami, nie posiadamy dokładnych wiadomości. Ale wiadomo, że począwszy od r. 1486, głoszono Ewangelię tubylecom Kongo, w pobliżu ujścia wielkiej rzeki Zaire, którą zbadał niedawno Stanley. W 1491 r. ukazało się w tym kraju pięciu Dominikanów, pomiędzy którymi był spowiednik króla portugalskiego, Jana II, i ochrzciło króla, królowę, następcę tronu i wielu bardzo poddanych. Podług relacyi nadsyłanych do Generała Zakonu Kaznodziejskiego w 1495 r. i przechowywanych w archiwach tego zakonu, jak świadczy kronikarz jego, O. Fontana, missya założona przez tych pięciu apostołów trwała lat 160 i wydała obfite owoce dla Kościoła. Powstało tam niebawem wielkie „chrześcijańskie królestwo Kongo.” Jednym ze skutków wcielenia tego barbarzyńskiego kraju do Kościoła było zniesienie niewolnictwa, które w pogańskiem Kongo tak samo, jak w państwach murzyńskich, stanowiło część instytucyi publicznych.
„Ea hoc regno (Congi), pisze Molina pod koniec XVI w., „quum omnes christiani sint nemo in servitutem asportatur aut propter delicta servituti subjiciatur.”
Missye pomiędzy murzynami nabrały nowego życia w połowie XVI w. Najczynniejszy udział wzięli w nich jezuici, a tym sposobem zarówno w Afryce jak w Ameryce byli oni głównymi apostołami dzikich, albo przynajmniej tymi, którzy się w największej liczbie ich zbawieniu poświęcili. W początkach XVII w. ewangelizowali jednocześnie tuziemców Gwinei północnej (Gambia. Cap-Vert, Sierra-Leone), Kongo (od r. 1547), Angoli (od r. 1558), oraz wnętrza Afryki południowej (brzegi r. Zambesi i Monomotopa, od roku 1561). Kapucyni włoscy, którzy przybyli do Kongo i do krajów Angola około połowy XVII w., rozszerzyli tam bardziej jeszcze pole działalności missyjnej. Również i Dominikanie gorliwie i z powodzeniem pracowali w znacznej części obszernych krain, wchodzących w skład porzecza rz. Zambezi.
Pomimo to jednak, nie można zaprzeczyć, że działalność missyonarzy w Afryce była daleko mniej rozległa i głęboka, aniżeli w Azyi i w Ameryce. Przyczyną tego były odrębne trudności, jakie spotyka działalność apostolska na czarnym kontynencie. Są tam takie trudności, których ani poświęcenie ani zaparcie siebie nie zawsze może pokonać. Są to trudności powstające z klimatu. Gdy się widzi, do jakiego stopnia Afryka podzwrotnikowa jeszcze dziś jest zabójcza dla Europejczyków, słusznie stawiać sobie można pytanie, czy to rzecz możliwa utrzymywać stałe missye w tych opłakanych krajach. Iluż badaczy nie pożarły one po kilku zaledwie latach pobytu. A wszak missyonarz katolicki jest zawsze w warunkach mniej pomyślnych, aniżeli podróżnik. Missyonarzowi nie wolno szybko przebiedz niezdrowego kraju; dla swych apostolskich podróży nie może on wybierać odpowiedniej pory roku i dnia godziny; wreszcie, środki zapobiegawcze, jakie mu nauka przedstawia, bywają zazwyczaj trudne do pogodzenia z wymaganiami jego misyjnego zadania. Zdawało się też wielokrotnie, że z liczby trzech lub czterech misyonarzy, posyłanych razem w te strony, ledwie jeden po kilku miesiącach zostawał. Oto dla czego dawni misyonarze nie mogli osiąść na stałe w właściwej Afryce Środkowej i po okropnych doświadczeniach musieli się wyrzec posiadania stałych domów misyjnych w pewnej odległości od brzegów.
Krótki ten rys historyi misyi afrykańskich aż nadto wystarcza, by dać zrozumieć, że misyonarze nie wiele mogli zrobić dla stłumienia handlu murzynami. Główne pola niegodziwości bywały usunięte z pod ich wpływów, gdyż okrutni handlarze ludzi w środkowych częściach kraju zaopatrywali się w towar. Wszystko, co mogli zrobić misyonarze, to było przedewszystkiem przypominać władzom kolonii i metropolii ich obowiązki, i pobudzać je do zapobiegania i tłumienia tych gwałtów; a następnie nieść swe miłosierdzie na usługi ubogich murzynów, aby przynajmniej ich cierpienia osładzać i zapewniać im dobrodziejstwa chrześcijańskiej wiary. To też i jedno i drugie jak najżarliwiej spełniali.
Wiemy wszyscy, z jakiem to poświęceniem taki Piotr Claver († 1654) oddawał się na usługi niewolników, których kupiectwo tysiącami porzucało w Kartaginie. Poprzedzali go inni też w tem dziele bohaterskiej miłości, a inni w samej Afryce czynili to, co on czynił w Ameryce południowej. Od r. 1604 widzimy Jezuitów z gorliwym O. Baltazarem Barreira na czele sprawujących posługi religijne i doczesne pomiędzy murzyńskimi niewolnikami na wyspie Santiago naprzeciw Cap Vert, będącego jakoby olbrzymim magazynem handlu towarem ludzkim.
O. Barreira i jego towarzysze nie ograniczali się na czynieniu dobrze tym nieszczęśliwym, a przy sposobności, na głoszeniu im zgadzania się z losem; walczyli oni w swe ręce o obronę ich praw pogwałconych; zjednali sędziów dla nich, którzy badali, w jaki sposób zostali ze swego kraju wyciągnięci, i wreszcie udało im się przywrócić wolność wielkiej liczbie murzynów. Innych jeszcze moglibyśmy przytoczyć nie mniej żarliwych obrońców wolności afrykańskich tuziemców, jak np. O. Antoniego Veras, który około roku 1660 ewangelizował i ochrzcił potężnego murzyńskiego władcę Cassangi we wnętrzu prowincyi Angola.
Powiedzieliśmy wyżej, że niektórzy teologowie średniowieczni przypuszczali, że z pewnemi zastrzeżeniami mógł istnieć uprawniony handel niewolnikami w krajach niewiernych. Ale począwszy od XVI w. najznakomitsi teologowie, zwłaszcza najpoważniejsi moraliści z zakonów, do których należeli missyonarze afrykańscy, stanowczo potępili handel murzynami.
Otóż się więc stało? Ani na chwilę nie można wątpić, że opinia, która nadała taką jednomyślność doktorom katolickim w XVII w., urobiła się pod wpływem misyonarzy.
Jednym z pierwszych teologów, którzy roztrząsali to zagadnienie, jest sławny Molina; rozwinął on tu znakomitą szerokość poglądu i zasadniczość zdania3. Rozpoczyna od szczegółów nadzwyczajnie ciekawych o pochodzeniu niewolników, stanowiących przedmiot handlu, o sposobie ich nabywania przez kupców: w szczególności zaś zaznacza niegodziwe obchodzenie się z tymi nieszczęśliwymi. Oświadcza wyraźnie, że szczegóły te posiada od misyonarzy, zwłaszcza jezuickich. Mając zaś wydać swe zdanie, robi uwagę, że już wielu doktorów, nie należących do jego zakonu, potępiło ten handel jako grzech śmiertelny. Co zaś tyczy jego samego, to zdanie jego jest takie: „Co do mnie, pisze on, uważam, że najprawdopodobniej ten handel niewolnikami, kupionymi od niewiernych (w Afryce i stąd przeprowadzonymi gdzieindziej), jest niesprawiedliwy i niegodziwy, i że wszyscy ci, co go prowadzą, grzeszą śmiertelnie, i znajdują się w stanie potępienia wiecznego, chyba że ten lub ów znajdowałby wymówkę w jakiejś niepokonalnej niewiadomości, o którą zresztą nie śmiałbym żadnego z nich posądzać.” W skutek czego, dodaje tenże Molina, zarówno król Portugalski i jego ministrowie, jak biskupi i spowiednicy handlarzy niewolnikami, są obowiązani badać tych ludzi i obmyślać sposoby skutecznego stłumienia tej niesprawiedliwości, przyczyna zaś tego wniosku jest ta, że podług znanych wypadków słusznie domyślać się trzeba, iż wszyscy albo prawie wszyscy murzyni, porywani przez handlarzy, niesłusznie bywają zamieniani w niewolników. Taka jest oto nauka O. Moliny o handlu niewolnikami. A to dodać trzeba, że wygłaszał ją z pierwszorzędnej katedry uniwersytetu w Evora, w Portugalii, i że książka, w której tę naukę powtórzył, była również ogłoszona w kraju, który ten bezwstydny handel zapoczątkował i który jeszcze w owym czasie trzymał przeważnie jego monopol w swem ręku i ciągnął zeń olbrzymie zyski.
Też same wnioski stawiał z niemniejszą stanowczością i siłą inny profesor teologii, portugalczyk i jezuita, O. Fernan Rebello, w początkach XVII w.4. Później nieco O. Thomas Sanchez, sławny moralista hiszpański, wypowiada w tem samem znaczeniu większą jeszcze stanowczość5. Wreszcie, autorowie ci powołują się na zdanie najpoważniejszych moralistów swego czasu, takich jak Ledesma, Soto, Navarro, Mercado, Fr. Garcia i inni.
W owym czasie teologiczne orzeczenia teologów nie były wcale głuchymi głosami, powstającymi w dziedzinie teoryi. I owszem, potężnie wpływały one na opinię publiczną i kierowały częstokroć postępowaniem ministrów i panujących. W Portugalii, a także i w Hiszpanii powoływano teologów do rady królewskiej celem wypracowywania instrukcyi dla gubernatorów i wojskowych naczelników Kolonii. O. Molina powiada naprzykład, że widział instrukcye wysyłane do generałów, którym powierzono dwie wyprawy wojenne w kraju Angola i w krajach rz. Zambesi. Świadczy on, że instrukcye te, wypracowane przy współudziale duchownych radców korony, zawierały wszystko, co było potrzeba dla zachowania praw sprawiedliwości i dzikich tubylców.
Footnotes
-
„Historia de las Indias” t. III, c. 6, 101 przytocz. u Helps, „The Spanish Conquest in America”, vol. 2, p. 18, Wyd. r. 1855. ↩
-
Powiemy tu mimochodem, że przy pomocy zasad powyższych łatwo się wyjaśniają dwie bulle papieskie, w których Mikołaj V pp. przyznaje królowi portugalskiemu, Alfonsowi V, prawo podbicia niewiernych Afryki i obrócenia ich nawet w niewolę. Przywilej ten, jak każdy inny podobny, udzielony został pod warunkiem, że wojna przeciw niewiernym rozpoczęta będzie sprawiedliwie. Zresztą, niewierni, o których mowa w tych dwóch dokumentach, nie są to Indianie murzyńscy, o których wówczas (w 1450 i 1455) miano słabe zaledwie pojęcie, lecz byli to muzułmanie afrykańscy. To właśnie wynika z osnowy tych dokumentów. ↩
-
De justitia et jure, tract. 2, disp. 24 i 35. ↩
-
F. Rebello, Opus de Obligationibus justitiae, lib. I, qu. 10 (Lugduni 1608: approbata portugalska z r. 1606). ↩
-
Th. Sanchez. Consilia moralia, lib. I, cap., dub. 4. ↩