MONIZM.
Mianem monizmu (μονος jeden, jedyny, sam) oznacza się pewną naukę świeżą, z pochodzenia niemiecką, stawiającą sobie za zadanie sprowadzenie wszystkiego co istnieje do jedności, to jest do atomu materyalnego.
W gruncie rzeczy monizm jest tylko pewną odrębną formą materyalizmu, uzupełnieniem nauki o ewolucyi lub transformizmie. Darwin, który spopularyzował transformizm (ob. ten art. Transformizm), nie poruszał zagadnienia o sposobie ukazania się pierwszego bytu żyjącego. Jenajski professor, Haeckel, powiedział sobie, że materyalizm dopóty nie będzie miał nic do powiedzenia, dopóki można było wierzyć w stworzenie jednego, choćby najmniejszego jestestwa. W następstwie też tego zaprzągł się do naukowego, t. j. ze współudziałem samych tylko praw naturalnych, rozwiązania zagadnienia o pochodzeniu życia.
W rzeczywistości zaś system jego żadnej nowej nie zawiera myśli. Przypuszcza on, jak wszyscy zresztą materyaliści, że materya jest wieczna, tak samo jak prawa, które rządzą jej przemianami. Odnośnie do życia, materya miała początek bardzo skromny. Pewnego pięknego poranku, w początkach czasów geologicznych, zapewne w epoce loracyeńskiej, skutkiem wyjątkowo pomyślnych okoliczności zbiegło się razem kilka atomów azotu, węgla, kwasorodu i wodoru w ten sposób, iż utworzyły pierwszy najprostszy organizm, monerę.
Monery, te jestestwa imaginacyjne, których nikt nawet Haeckel nie widział ani mógł widzieć, to, powiada nam z całą powagą rzeczony naturalista, „ciałka bezkształtne, o małych mikroskopijnych rozmiarach. Są one utworzone przez substancyę jednorodną, miękką, białkowatą czyli klejowatą, bez żadnej budowy i bez żadnych organów; nie mniej jednak ciałka te obdarzone są głównemi własnościami życiowemi. Poruszają się, karmią, rozmnażają się przez odpadanie cząstek od całości” (Anthropogenie nie tł. franc. 120—121).
Z monery, stanowiącej pierwszy stopień w organicznym ciągu istot, wyszła amiba, prosta komórka protoplazmiczna, zawierająca w sobie zarodek, ale obdarzona „już wrażliwością i wolą.” Później wiele z tych komórek kojarzy się ze sobą, i wytwarza to, co Haeckel nazywa synamibami. Jest to trzeci stopień rzeczonego szeregu istot. Z kolei znów ta synamiba, której żaden z przedstawicieli nie istnieje dziś w przyrodzie, stała się kolejno poczwarą rzęsowatą, robakiem bezkształtnym, rybą w rodzaju minogów, jaszczurką, małpą niższego gatunku, antropoidą, samym wreszcie człowiekiem. Przytaczamy tu tylko niektóre z dwudziestu dwóch ogniw, jakie, zdaniem Jenajskiego naturalisty, dzielą gatunek ludzki od monery pierwotnej. Zbyteczna dodawać, że cały ten wywód genealogiczny jest najzupełniej zmyślony. Szereg zwierząt, wchodzących w rzeczony szereg istot, nie pozostawiła po sobie żadnych śladów, dlatego poprostu, że nigdy nie istniała. Zresztą, gdyby nawet odnaleziono ich szczątki kopalne w geologicznych pokładach skorupy ziemskich, to jeszcze i wówczas trzebaby było dowieść, że zwierzęta te pochodzą jedne od drugich, udowodnienie zaś tego pochodzenia byłoby trudne, zważywszy, że dzisiejszy stan przyrody nie okazuje nam żadnego w tym rodzaju zjawiska (Ob. art. Transformizm).
Razem z transformizmem nauka Haeckela przypuszcza wieczność materyi oraz samorodztwo, to jest dwie rzeczy jeszcze bardziej niemożliwe. Utrzymywać, że materya jest wieczna, znaczy tyle, co wykraczać przeciw najelementarniejszej zasadzie filozofii, znaczy to bowiem przypuszczać, że może istnieć skutek bez przyczyny. Widoczniejszą jeszcze niemożliwością jest samorodztwo. Nie tylko bowiem sprzeciwia się ono zdrowemu rozumowi, który nie może pojąć, żeby materya mogła sama siebie wytworzyć i zorganizować, ale nadto nie zgadza się ono z nauką, która, na mocy bardzo drobiazgowych poszukiwań, doszła do możliwości wykazania sposobu rodzenia się jestestw, dostrzec się dających, jako też doszła do stwierdzenia, że wszystkie inne jestestwa, zarówno mikroby jak proste pleśni, rodzą się z rodziców lub z zarodków, złożonych przez podobnych do tychże jestestw rodziców. (Ob. art. Samorodztwo).
Odnośne doświadczenia Pasteur'a we Francyi, Tyndall’a w Anglii, są pod tym względem tak stanowcze, że nawet najbardziej zagorzałych sceptyków są zdolne przekonać. Sam nawet Haeckel przyznać musiał, że w naszej epoce żadne nie wytwarza się samorodztwo; ale jednak, ponieważ musi jakoś wytłómaczyć ukazanie się życia na świecie, a znów za żadną cenę nie chce słyszeć o stworzeniu, przeto nie waha się twierdzić, że to, czego nie zdołano stwierdzić za dni naszych, dokonało się jednak kiedyś w ciągu wieków ubiegłych. Przypuszczeniu temu, jak wiemy, sprzeciwia się doświadczenie; ale tego przypuszczenia wymaga materyalistyczne założenie, uczyniono mu przeto ustępstwo. I to się nazywa uprawianiem wiedzy doświadczalnej.
Dziwnie się też zapomniał Haeckel, gdyż monistyczną swą teoryę nazwał genezą naukową; powinien był ją nazwać raczej antynaukową. Nauka bowiem nie tylko żadnego nie daje teoryi tej poparcia, ale nawet na wielu zasadniczych punktach formalnie ją potępia.
Ob. Abbé Arduin, La Réligion en face de la science t. II, str. 270; Duilhé de Saint-Projet, Apologie scientifique de la foi chrétienne ch. XII; (w tłomacz. polskiem. Warsz. 1894). Vigouroux, L’Antigenése de Haeckel, w czasop. Controverse Maj i Czerwiec 1884.
(H.). X. W. S.