MAUROWIE. (Wypędzenie Maurów).

Począwszy od XI w., aż do upadku Grenady w 1492 r. hiszpańscy królowie chrześcijańscy szczodrze darzyli obywatelską swobodą Maurów, którzy przeszli pod ich panowanie. Cieszyli się oni zupełną swobodą sumienia i autonomią obywatelską, z pewnemi małoznacznemi zastrzeżeniami. Być może, iż ta nadmierna tolerancya nie osiągała celu. Poligamia i wschodnie zepsucie obyczajów było groźnym przykładem dla chrześcijan, jak nie mniej również istnienie licznych ognisk życia Maurów Mudejarskich zagrażało ich bezpieczeństwu. W 1266 r. radził Klemens IV pp. Don Jaym'owi Zdobywcy, aby skorzystał z rokoszu Mudejarów Walencyi i wygnał z kraju tych niebezpiecznych wasalów. Nie usłuchano tej rady, ale przyczyniła się ona do oszczędzenia wielu nieszczęść i zbrodni.

Ugodowe punkta, przyznane Maurom Grenady, w niczem się nie różniły od innych tego rodzaju traktatów. W samej Grenadzie ustanowiono stolicę arcybiskupią, a wielka prostota, słodycz charakteru i szlachetność pierwszego arcybiskupa, Hernando de Talavera, pozyskały mu rychło serca Maurów. Na nieszczęście wszakże górscy mieszkańcy Alpuhary i Sierra Vermeja, bardzo liczna ludność wybrzeży hiszpańskich, uchylała się od zbawiennego wpływu arcybiskupa i utrzymywała tajemne stosunki ze swymi braćmi Afrykańskimi. Na dworze królów katolickich utworzyły się dwa stronnictwa. Wszyscy wprawdzie byli zdania, że jedynym sposobem zaradzenia trudnościom i niebezpieczeństwom chwili było wejście Maurów do łona społeczeństwa chrześcijańskiego; tylko że kiedy jedni chcieli wszystkiego oczekiwać od czasu i łagodnego postępowania, inni domagali się odwołania danych Maurom przywilejów i natychmiastowego chrztu tych niewiernych.

Nieumiarkowana gorliwość kardynała Ximenesa, który w swej żarliwości prozelityzmu naruszył przyznane Maurom przywileje, wywołała—stłumiony wprawdzie niebawem — rokosz Maurów Grenady. Za tym rokoszem poszły w krótkich odstępach czasu dwa straszne powstania w Alpuharze i Sierra Vermeja. Wobec tego zaś królowie uważali się -- i przyznać trzeba, że nie bez słuszności — za zwolnionych od przysięgi, a wszyscy Maurowie królestwa Grenady wybierać musieli pomiędzy chrztem a wychodźtwem (1501 r.).

Następnego roku nowy edykt napiętnował pozorne tylko nawrócenie się prawie wszystkich Mudejarów Kastylii, pomimo, że nie poczuwali się oni do żadnego czynu rokoszu, i pomimo usilnych próśb zanoszonych do królowej Izabelli. Znikły wszelkie względy tolerancyi i ludzkości wobec pożądanej jedności katolickiej i błogiej nadziei pozyskania tymi surowymi środkami wielu dusz dla prawdy.

W 1525 r. rozporządzeniem Karola V zniesiono w królestwie Walencyi wykonywanie religii muzułmańskiej; skutkiem czego Maurowie zdecydowali się przyjąć chrzest św., jednakże nie bez pewnych usiłowań zbrojnego oporu przeciw rozporządzeniu królewskiemu.

Od tej chwili znikły wszelkie nadzieje zjednoczenia obu plemion. Ludność muzułmańska była zanadto okrutnie dotknięta w swych wierzeniach religijnych, aby się miała dobrowolnie poddać szlachetnym i bezinteresownym usiłowaniom ludzi dobrej woli. Napróżno rozwijali niezmordowaną działalność tacy gorliwi biskupi, jak Marcin de Ayala i Piotr Guerrero; nieudała się praca nawet tak świętych mężów, jak Tomasz z Villanowa i błog. Jan de Ribera. Napróżno królowie hiszpańscy i inkwizytorowie pomnażali wyroki łaski i przebaczenia na rzecz apostatów; napróżno ci, co z taką surowością występowali przeciw żydującym, największą okazywali łagodność względem Moryskosów; łagodność ta bardziej ich jeszcze umacniała w uporze. Moryskowie bowiem byli pewni, że nawet w razie udowodnionej im apostazyi, unikną tortury, konfiskaty majątku, płomiennego stosu. Napróżno gorliwi misyonarze, jak O. Bleda i O. Vargas, usiłowali do serc tych zepsutych wprowadzić prawdy chrześcijańskie; wszystkie te usiłowania przyjmowali moryskowie z biernym tylko oporem. Słowem, złe stało się nieuleczalnem.

W 1568 niezręcznie przedsięwzięte przez władzę środki surowości w Grenadzie wywołały okropne powstanie w Alpuharze. W ciągu tego opłakanego roku tłumy zrozpaczonych Moryskosów wyczerpały przeciwko księżom i dawnym chrześcijanom, którzy wpadli w ich ręce, wszelkie najokropniejsze środki męczeństwa, jakie tylko mogła wynaleść przerażająca w tym kierunku płodność wschodniej wyobraźni. Rozumie się, że represya bywała nieraz surowa i okrutna, a wszystkie te wybryki miewały ten skutek, że zadanie pojednania i nawrócenia, podejmowane przez duchowieństwo hiszpańskie, czyniły niemożliwem i niewykonalnem. Wszelkie nowe ze strony tegoż duchowieństwa usiłowania pobudzały tylko złość Moryskosów i pogrążały ich bardziej jeszcze w niewierze. W królestwie Walencyi i Katalonii utrzymywali tajemne stosunki z afrykańskimi piratami i z okrętami tureckimi, którym sprzedawali chrześcijan jako niewolników. W Kastylii moryskowie, przeniesieni z okolic Alpuhary do środkowych prowincyi Hiszpanii dopuszczali się wszelkiego rodzaju zuchwalstw, świętokradztw i morderstw. Gorszy jeszcze stan rzeczy był w Aragonii; w 1581 r. wykryto tajemny spisek w Saragossie, co spowodowało tak liczne krwawe walki pomiędzy dawnymi i świeżymi chrześcijanami w rozmaitych miejscowościach kraju, że położeniu temu nadano znamienną nazwę „małej wojny.” Wreszcie w 1609 roku dowiedział się książę Lerme, że Moryskowie Walencyi znajdują się w przededniu rokoszu, który wzniecić mają przy pomocy państw niechrześcijańskich. To już ostatecznie przepełniło miarę; pierwszy minister państwa wygotował dekret wygnania, podpisany przez Filipa III. Królewskie to pismo wyjaśniało, że Maurowie, wbrew żarliwości biskupów i czujności Inkwizycyi, okazali się upornymi w niewierze, i że skutkiem ich tajemnego porozumiewania się z sułtanem Konstantynopolitańskim, z sułtanem Marokańskim, z heretykami i z książętami, wrogo usposobionymi dla Hiszpanii, srodze zagrażali bezpieczeństwu tego królestwa. Skutkiem czego, przekonani o apostazyę i zdradę państwa, zasługiwali na kary najsurowsze.

Zachodzi teraz pytanie, co należy sądzić o surowych środkach, przedsięwziętych przeciw Maurom przez Filipa III?

Przedewszystkiem, bardzo uwzględniając rozmaite okoliczności, wypada nam zganić wszelkie owe spiski, które z konieczności wywołały represyę, a następnie zganić trzeba nieroztropną gorliwość Ximenesa i nietolerancyjną politykę królów hiszpańskich: Ferdynanda i Izabelli, Karola V i Filipa II. Wszak dane jakieś królestwo wtedy nawet może się cieszyć nieoszacowanem dobrodziejstwem jedności katolickiej, gdy udziela gościnności pewnej grupie ludności innowierczej. Gdyby, było inaczej, to trzebaby twierdzić, że w Państwie Kościelnem i w Hrabstwie Venaiśńskiem, zostających pod rządami papieży, nie było jedności katolickiej, gdyż i w Rzymie i w Avignonie były dzielnice żydowskie. Jedynym warunkiem, wymaganym w tym razie do istnienia jedności katolickiej w państwie jest ten, aby ludność innowiercza była obcego pochodzenia, aby nie łączyła się z ludnością katolicką i aby używała tolerancyi czysto cywilnej, pro sola humanitate, jak-to, mówiąc o żydach, wyraził się III Sobór Lateraneński. Tymczasem królowie hiszpańscy chcieli nadać swemu państwu jedność katolicką materyalną, pragnęli widzieć pomiędzy swymi poddanymi same tylko jednostki ochrzczone; by cel ten osiągnąć, okazali się nie dosyć wiernymi swym obietnicom i uciekli się do takich środków prozelityzmu, jakie Kościół odrzuca. Boć wiadomo, że Kościół w stosunku swym do niewiernych, prócz łaski bożej, nie używa innej broni nad broń słowa, przekonywania i dobrodziejstwa.

Ale gdy królowie hiszpańscy raz już postawili te przerażające przesłanki, to czyż następca ich Filip III miał jeszcze możność niewyprowadzania z nich wniosku? Na jednej ziemi mieszkały dwa plemiona, pomiędzy któremi głęboką wykopały przepaść odrębności narodowościowe, religijne, obyczajowe, odwieczne wojny, z obu stron popełniane względem siebie gwałty. Zwyciężeni zagrażali stanowisku, mieczem zdobytemu przez plemię zwycięskie; zawierali przymierza z nieprzyjaciołmi Hiszpanii, na każdą chwilę grozili bezpieczeństwu publicznemu. I czyżby rządy niemieckie, angielskie, amerykańskie, jakikolwiek rząd, który należałoby w podobnych okolicznościach postawić, postąpił inaczej? Czy należało siłą zasymilować Moryskosów z resztą ludności hiszpańskiej, jak dziś np. usiłują Prusy germanizować Alzacyę i Lotaryngię, Szlezwik lub W. Księstwo Poźnańskie? Czy należało wtedy zastosować do nich takie uprzejmości rządu, jakim np. uległa Irlandya ze strony liberalnej Anglii, albo też, czy należało ich tak radykalnie tępić, jak wytępili Amerykanie Indyan? Otóż Hiszpanie XVII wieku uważali za rzecz bardziej naturalną i mniej barbarzyńską wygnać ze swego terytoryum obcokrajowców, których na to terytoryum wprowadziły zwycięstwa, a którzy do nowego rządu zastosować się nie chcieli. Ale czyż mamy tu opłakiwać los nieszczęśliwych Moryskosów? Nie. W tem, w tym razie zgadzają się katolicy z Watson'em, Prescott'em i Rochau'em, byleby tylko nasi przeciwnicy zachowali nieco swych łez na opłakiwanie losu Alzatczyków, Polaków i Duńczyków, którym rząd protestancki usiłuje wyrwać mowę i narodowość, — na opłakiwanie losu Indyan, wygnanych ze swych stepów myśliwskich, prześladowanych, tępionych, — na opłakiwanie Irlandczyków wywłaszczanych, głodzonych, męczonych, zmuszanych do opuszczania własnego rodzinnego kraju.

Co się zaś tyczy postępowania Kościoła w tej sprawie, to trzeba je należycie rozumieć. W chwili właśnie, gdy książę Lermeński dawał do podpisu Filipowi III edykt wygnania, arcybiskup Walencyi na wyraźny rozkaz papieża posyłał do Madrytu memoryał, napisany przez zdolnych teologów, a wykazujący najlepsze sposoby dojścia do rzeczywistego nawrócenia Moryskosów. Wprawdzie już po przedstawieniu tego memoryału arcybiskupa, Wielki Inkwizytor na Radzie Kastylii oświadczył się za wygnaniem Maurów; ale to oświadczenie się Wielkiego Inkwizytora tak samo nie obowiązuje Kościoła w tej sprawie, jak w wojnie trzydziestoletniej naprzykład wstawiennictwo dwóch kardynałów, Richelieu'go i Mazarini'ego, na korzyść protestantów niemieckich. Zresztą i to dodać trzeba, że osobiste zdanie O. Ribera i wielkiego inkwizytora było wówczas zdaniem ludzi najbardziej oświeconych i od przesądów wolnych, takich ludzi naprzykład, jak Cervantes, który w jednym ze swych utworów (Dialogo de los perros) otwarcie broni edyktu wygnania. Chciał wprawdzie rząd hiszpański otrzymać od papieża bullę jakąś, któraby pochwalała takie postępowanie rządu, ale wszelkie usiłowania w tym kierunku okazały się bezpłodnemi; Rzym zostawił Hiszpanii całą odpowiedzialność za akt czysto politycznej natury.

Prw. Marmol Carvajal, Rebelion y castigo de los Moriscos del reino de Granada. — Hurtado de Mendoza, Guerra de Granada contra los Moriscos - Damian Fonseca, Justa expulsion de los Moriscos de Espana, Roma, 1612. — De Circourt, Histoire des Maures mudejares et des Morisques d'Espagne, 3 vol. Paris, 1846. Florencio Janer, Condicion social de los Moriscos de Espana, Madrid. 1857.

(Jules Souben).