KRYTYKA BIBLIJNA U RACYONALISTÓW.
Krytykę w ogólności można określić w następujący sposób: rozróżnienie prawdy od nieprawdy we wszystkich rzeczach. Pierwsza zasada tak pojętej krytyki jest ta: Nie przyjmować, ani o niczem nie twierdzić bez odpowiednich dowodów. Tak pojmowana krytyka jest bardzo chwalebna, a zgodne z tą pierwszą jej zasadą postępowanie jest najzupełniej rozumne. Gdyby tem tylko była krytyka racyonalistów i gdyby tylko chciała nie wyrokować o czemkolwiek, dopóki nie pozna stosownych dowodów, nie możnaby jej było stawiać żadnego zarzutu. Słusznie mogłaby się ona szczycić chwalebnym tytułem: krytyki naukowej. Lecz zobaczymy niebawem, że wiedza, z jakiej się racyonalistowska krytyka chełpi i do jakiej rości sobie prawo monopolu, jest tylko zwodniczym pozorem, który najmniejsze nawet badania łatwo rozwiać zdołają. Sama nawet podstawa, na której myśli ona osadzić całą budowę swych wniosków, jest wyraźnie antynaukowa i najoczywiściej błędna. Co więcej jeszcze, przypuszczając nawet trwałość tej podstawy, to same już sposoby badania bywają najczęściej zwodnicze i do rozróżnienia prawdy od kłamstwa niezdolne.
Wszystkim swym pracom racyonalista za podstawę daje następującą zasadę: Pierwiastek nadprzyrodzony nie istnieje; jest on niemożliwy. Twierdzenie to stanowi dlań pewnik niezbity; stawia on go przed każdem dalszem swem rozumowaniem; a jeśli takiego racyonalistę zapytamy, co mu daje prawo do wyłączania pierwiastku nadprzyrodzonego z badań naukowych, odpowie nam z pewnem lekceważeniem, że zasada powyższa jest koniecznym i oczywistym wynikiem naukowym. Znakomity mówca w paryskim kościele Notre-Dame, O. Felix, ośmiesza tu na miejscu bezbożną krytykę następującem zarówno ścisłem jak wymownem rozumowaniem: Jak gdyby na przekór tym pięknym frazesom niedowiarków, pierwiastek nadprzyrodzony jest żyjący w ludzkości, cała ludzkość weń wierzy, a wierzy tak głęboko, tak koniecznie, że ile razy próbuje zupełnie się wyzbyć pierwiastku prawdziwie nadprzyrodzonego, to znaczy pierwiastku chrześcijańskiego, ucieka się wtedy do nadprzyrodzoności kłamliwej, zmyślonej, niemożliwej; wtedy fantazmagorye mesmeryzmu lub widzenia spirytyzmu zastępują w wykolejonej próżnej duszy wiarę w prawdziwą nadprzyrodzoność i prawdziwy chrystyanizm! „Wobec tej jak słońce jasnej prawdy, do krytyki należy jasno i ściśle wykazać, że to powszechne i nieustanne dążenie do nadprzyrodzoności jest wiecznem i powszechnem urojeniem: wniosek to, zdaje się, zanadto poważny, aby ludzkość czuła się w obowiązku go udowadniać.” A teraz, pytam tych wszystkich, którzy czytali księgi racyonalistów, albo którzy słyszeli ich rozprawy, gdzie się znajduje to udowodnienie? Co do mnie, wyznam to głośno: szukałem wszędzie po ich księgach karta za kartą dowodu twierdzenia, na punkcie tak stanowczym zadającego uroczyście kłam chrystyanizmowi i ludzkości, i dowodu takiego znaleść nie mogłem: twierdzenia znajdowałem wszędzie, dowodów nigdzie!... Tak, nigdzie, powiadam. Boć jakże mógłbym je znaleść” Krytyka nietylko niczego tu nie dowodzi, ale nawet nie próbuje dowodzić... Wszak sama to głosi, a w tym razie możemy jej wierzyć: „Co do zagadnienia podstawowego, około którego obraca się rzecz o fakcie objawienia i nadprzyrodzoności, to zagadnienia tego nigdy nie dotykam. I czy naprawdę nigdy? I dla czegóż to, szanowny myślicielu, nie dotykasz nigdy tego najwyższej doniosłości zagadnienia? Posłuchajcie, jaką daje on na to odpowiedź: Panowie, zagadnienie to nie może być dla was pouczające: dla tego, że roztrząsanie takiego zagadnienia nie jest naukowe, i „dla tego, że wiedza niezależna już z góry przyjmuje to zagadnienie za rozwiązane.” A więc już rozumiem! Krytyka zdradza przed wami swe tajemnice. Tak więc, jest-to objaw nowej nauki, a ja was pytam, panowie, czy objaw ten jest dosyć pozytywny? Tym tedy sposobem zagadnienie rozstrzygnięte, zagadnienie nad zagadnieniami, krytyka niezależna roztrząsać go nie będzie; ona je z góry uważa za rozstrzygnięte; i to, uważajcie dobrze, dlatego, że jest nauką niezależną, i że z tego powodu rzekomo posiada prawo przypuszczania z góry tego, czego udowodnić nie chce lub nie może. W rzeczywistości takie jest oto naukowe rozumowanie, którego nie znamy i któremu uczeni nasi dziwić się będą mogli do syta!.. Jakto! wszak ośmnaście wieków nauki i geniuszu macie przed sobą i przeciw sobie; za pierwiastkiem nadprzyrodzonym i boskim macie cały legion wielki i świetlany wszystkich mistrzów katolickości; co mówię? macie całą olbrzymią armię naukową, niosącą słowa i sztandar Chrystusa; i wy mówicie: „nie mam się co wdawać w wyjaśnienia z polemistami i teologami, i nigdy z nimi sporów wieść nie będę... Chrześcijanie, pozbawieni światła krytyki, są to umysły ograniczone i gotowe nazawsze takimi pozostać; nie warto sporów wieść z nimi; byłoby to bowiem chcieć przekonać człowieka dzikiego o niedorzeczności jego fetyszyzmu.”
I te oto umysły ograniczone i gotowe takimi nazawsze pozostać w rozmaitych czasach noszą imiona Orygenesa albo św. Augustyna, Anzelma albo św. Tomasza z Akwinu, Bossueta albo Fenelona. Descartes'a albo Leibniza! Taka to jest owa wspaniała krytyka, która zarzuca religiom a nadewszystko chrystyanizmowi, że się sam wszystkim z góry narzuca; oto krytyka, która właśnie sama się narzuca, bez rozpraw i badania, bez argumentów i udowodnień; taką jest oto owa krytyka zestawiona z nauką, obrana ze wszystkich właściwości i przymiotów wiedzy; oto jest owa krytyka, której wykazano, że jako wnioski naukowe i jako wyniki swych odkryć daje nam tylko próżne hypotezy i uprzedzenia swego nierozumu. I wierzyć tu dopiero po tem wszystkiem, że krytyka jest nauką!1
A teraz, czegóż oczekiwać mamy po budowie stawianej przez racyonalistowską krytykę na tej pierwszorzędnej antynaukowej podstawie? Głęboka i różnorodna erudycya nie omieszka zapewne znieść do tej budowy kamieni artystycznie obrobionych, ale całość zapadnie się niechybnie, zostawiając po sobie tylko zwaliska i szczątki. Odrzuciwszy zresztą te przenośnie, możemy śmiało twierdzić, że przeczenie pierwiastku nadprzyrodzonego panuje wszędzie w badaniach i rozumowaniach krytyki niedowiarczej; tam nawet gdzie przeczenie to zdaje się nie zwracać uwagi na pierwiastek nadprzyrodzony, jeśli się wniknie do głębi rzeczy, pozna się niebawem, że przyczyną całego tego jej postępowania jest jakiś fakt nadprzyrodzony, o którego zatarcie jej chodzi. Tak dalece, że krytyka ta kuleje zawsze na tem, co sama najgoręcej pragnie w innych napiętnować, t. j. na owej ratio dogmatica. Stąd to między innemi woli ona dowody wewnętrzne, aniżeli świadectwa zewnętrzne; dla tego to, że znalazłszy się wobec tłumu świadków, stwierdzających istnienie faktu nadprzyrodzonego, bez względu na wszystko widzi się zmuszoną do jego zaprzeczenia, i wtedy właśnie ucieka się do pewnego rodzaju anatomii literackiej, odkrywa, że się tak wyrażę, w danem piśmie wszystko, co odnaleść pragnie, i zwycięskim okrzykiem woła: „Pomylili się świadkowie albo nas w błąd wprowadzają; dowodzę tego temiż samemi rzeczami, o których oni świadczą. A przeto, nie ufajmy już odtąd świadkom, a zaufajmy własnym tylko badaniom, wejrzyjmy w głąb samych faktów i patrzmy, czy to, co one nam mówią, zgadza się z prawdą.”
Ponieważ chcemy tu przedewszystkiem mówić o krytyce racyonalistowskiej w stosowaniu jej do studyów biblijnych, przeto na kilku przykładach okażemy, jak jest traktowane Pismo św. przez tych uczonych niedowiarków. Szkoła racyonalistowska jednozgodnie zaprzecza autentyczności Pentateuchu, który cała tradycya chrześcijańska i żydowska uważa za dzieło Mojżesza. Jakiż jest prawdziwy powód tego zaprzeczenia? Oto ten: jeśli się przypuści, że Mojżesz napisał Pentateuch, trzeba będzie tem samem przypuścić rzeczywistość faktów przezeń opowiedzianych; ponieważ Mojżesz opowiadał o nich ludowi, który był naocznym ich świadkiem, nie można przeto przypuścić, aby one były opowiedziane inaczej, aniżeli się stały. Otóż, mnóstwo tych faktów było oczywiście nadprzyrodzonych, a tem samem nietylko fałszywych, lecz i niemożebnych. A zatem nie można przypuścić, aby one były opowiedziane przez Mojżesza. — Takie rozumowanie jest w oczach racyonalizmu rozumowaniem ostatecznem i nieodwołalnem; odtąd już tylko idzie o wynalezienie dowodów na potwierdzenie z góry powziętego założenia. Atoli, wszystko co nam pozostało ze starożytnych, jednozgodnie oświadcza się przeciw temu założeniu. Ale to nic nie znaczy; świadectwa te są bez znaczenia; zanadto późne i źle rozumiane; omylił się cały naród żydowski; błąd ogólny podzielał Jezus i Apostołowie; sama tylko krytyka nowoczesna na przekór wszystkim ma słuszność. Tylko ona sama odnalazła to, czego wieki poprzednie nigdy nie przeczuwały, a mianowicie, że autentyczność jakiegoś pisma może być udowodniona tylko wewnętrznemi danemi tegoż pisma. A zatem do dzieła! Pentateuch, badany w samym sobie, powiada rzeczona krytyka, przedstawia się badawczemu oku jako jakaś rapsodya bez związku: a zatem, wielu snać pisarzy składało się na jego układ; znajdują się w nim pewne powtarzania i sprzeczności, nie mogące być dziełem jednego i tego samego pisarza, zwłaszcza nie mogące być dziełem Mojżesza, człowieka rozumnego i względnie wykształconego. Są w tym Pentateuchu pewne wskazówki, które dowodzą, że opowiadane tam wydarzenia należą do epoki bardzo odległej od czasu ułożenia dzieła. Wszystko to przedstawione jest i ułożone, jak gdyby jaka obrona adwokata. Co się zaś tyczy niezliczonych ustępów, które w Pentateuchu namacalnie dowodzą pracy kogoś współczesnego omawianym wypadkom, racyonalista albo ich nie dostrzega, albo je przypisuje oszustwu. „Czyż nie było potrzeba w istocie, aby pisarz podawał się w obec ludzi za wielkiego prawodawcę, żeby dziełu swemu nadać pożądaną doniosłość?”
Zdumiewać się przychodzi na widok owego nadmiaru erudycyi, jaką rozwija szkoła racyonalistowska, by doprowadzić do końca niezdrowe to i zatrute dzieło, którego sposoby wykazaliśmy powyżej; zapewne, że pośród tego chaotycznego nagromadzenia szczegółów nieco pereł zebraćby można, ale dobrze rozważywszy to wszystko, poważny i nieuprzedzony umysł zachwiać się nie da, mówiąc: „Wszystko to niczego nie dowodzi!” i pozostanie nadal bardziej niż kiedykolwiek przekonanym, że Pentateuch nie miał innego autora krom wielkiego prawodawcy Izraelskiego.
Tego samego zupełnie systemu używają racyonaliści do obalenia powagi naszych świętych Ewangelii; w opowiadaniach ewangelicznych wszędzie przed oczyma krytyki racyonalistowskiej staje widmo nadprzyrodzoności. Za wszelką więc cenę usunąć je trzeba; przypuszczają tedy racyonaliści, że cel ten osiągną przez zaprzeczenie, aby te opowiadania były dziełem pisarzy współczesnych wypadkom, o których oni opowiadają; od tej już chwili w marzeniach krytyki racyonalistowskiej staje się rzeczą dowiedzioną, że ewangelie, trzy pierwsze przynajmniej, nie są pismami autentycznemi. A wtedy już, świadkowie starożytności, jakkolwiek byliby wielcy, usuwani bywają przez proste nieuwzględnianie ich świadectwa, spór cały opiera się prawie wyłącznie tylko na dowodach wewnętrznych, a krytyka tryumfuje, wyobrażając sobie w niemądrej swej pysze, iż do gruntu zburzyła niezniszczalne dzieło Syna Bożego..
A cóż dopiero powiedzieć o egzegezie racyonalistowskiej? Dopóki idzie o rzeczy obojętne dla porządku nadprzyrodzonego, racyonalista i chrześcijanin łatwo zgadzają się z sobą w tłómaczeniu biblijnych tekstów; lecz skoro raz tę granicę przekroczą, natychmiast zaczyna się zaznaczać olbrzymia między nimi różnica. Dla chrześcijanina, albo przynajmniej dla katolika, wszystko w Piśmie św. jest natchnione przez Boga, a tem samem wszystko, co twierdzi pisarz święty, jest nieomylnie prawdziwe; dla tego też katolik nie dopuści nigdy żadnego wykładu, tej prawdomówności biblijnej przeciwnego; racyonalista zaś, przeciwnie, nie przeoczy żadnej sposobności, by posądzić pisarza świętego o błąd lub kłamstwo. Ilekroć naprzykład historyk biblijny będzie w niezgodzie—choćby tylko pozornej—z historykiem świeckim, ten ostatni zawsze będzie miał słuszność w oczach racyonalisty, a historyk święty niechybnie będzie błądził. Jeżeli naprzykład idzie o wyjaśnienie opowiadania cudownego jakiegoś faktu, katolik przyjmie opowiadanie to tak, jak ono opisane jest w Biblii, oraz przypuści nadprzyrodzoną interwencyę bożą; u racyonalisty zaś wyjaśnienie to zazwyczaj zależy od systemu, jaki przyjął odnośnie do autentyczności księgi świętej. Albo więc naruszy tekst święty, aby opowiadany wypadek wydawał się zgodnym z prawami natury, albo też samo opowiadanie biblijne, obrane z czysto-historycznego swego charakteru, będzie dlań mitem lub legendą. Tak naprzykład opowiadanie o upadku pierwszych naszych rodziców w raju jest dla wielu racyonalistowskich krytyków mitem filozoficznym, tłómaczącym początek złego na świecie; aniołowie, zwiastujący pasterzom narodzenie się Odkupiciela, są to kupcy, niosący pochodnie w rękach i śpiewający pieśni celem odstraszenia nieprzyjaciół, zagrażających im w podróży i t. d.
Taka jest oto krytyka racyonalistowska; z chwilą, kiedy staje na gruncie nadprzyrodzoności, widzi wszystko pod kątem samowoli i uprzedzenia. Nie przestraszają jej najdziwaczniejsze teorye i hypotezy, byle jej tylko pomagały do ocalenia swego palladyum: „Żadnej nadprzyrodzoności! nie istnieje ona! jest wprost niemożliwa!” I mimo to sposobami ośmiela się krytyka racyonalistowska przywłaszczać sobie monopol wiedzy biblijnej i przeciw katolikom zwracać te same zarzuty, któreśmy przeciw niej postawili. Wygodnie wam, prawowierni, powiada ona, krzyczeć na uprzedzenia i samowolę, wam, którzy za podstawę waszej krytyki i egzegezy stawiacie zasadę natchnienia i cały ów szereg niezłomnych dogmatów, w obec których wszystko ma się ugiąć, i fakta historyczne, i kontekst biblijny, i paralelizm i t. d. Odzywając się w ten sposób, przeciwnicy nasi nie widzą, albo udają że nie widzą, iż nasza sprawa jest bardzo od ich sprawy różna. Oni odrzucają nadprzyrodzoność à priori, nigdy nie udowadniając swego przeczenia. My zaś, przeciwnie, gdy w badaniach naszych biblijnych opieramy się na zasadzie natchnienia i na zasadzie analogii wiary, wynikającej z całości prawd dogmatycznych, to z góry już udowadniamy — naprzód możliwość nadprzyrodzoności, następnie samo istnienie nadprzyrodzonego faktu boskiego natchnienia Biblii; otrzymujemy od Kościoła i właściwymi argumentami udowadniamy zasady dogmatyczne i moralne, w skarbnicy objawienia zawarte; udowadniamy w szczególności nieomylność kościelnego nauczycielstwa, i właśnie przy świetle tych zasad bezpiecznie posuwamy się naprzód. Ponieważ zaś prawda sama sobie przeczyć nie może, przeto rzecz bardzo jasna, że zarówno w krytyce naszej jak w egzegezie czyli tłómaczeniu Biblii dochodzimy do wniosków, zgodnych z zasadami, które są dla nas udowodnionemi prawdami.
Dzieła do porady: Bacuez et Vigouroux: Manuel biblique t. I, Intr. gen. v. VI, art. II; Histoire Sommaire de l’exégèse chrétienne § III; Exégèse moderne; Ancien Testament, Le Pentateuque, v. 1, art. 111, de l'authenticité du Pentat. Tom III Introd. au Nouveau Testament, v. II. Des systémes rationalistes. Félix, Le progrés par le christianisme. Conférences de Notre Dame de Paris, année 1864, 1-re conf., 1-re partie, 4-e ćonfer. Vigouroux, Les livres saints et la critique rationaliste, t. II, ks. IV, t. III. X. Zaremba, „Biblia wobec nowoczesnej krytyki i egzegezy,” Warszawa, 1891.
(J. Corluy.) Ks. K.
Footnotes
-
Conférences de Notre-Dame, an. 1864, I-re conf., I-re partie. ↩