KRYTYKA BIBLIJNA U KATOLIKÓW.

Niedowiarkowie i niektórzy protestanci z wielkiem lekceważeniem zwykli mówić o naszych studyach i naukowych pracach nad Pismem świętem. Według ich mniemania studyom tym i pracom brak zupełnie krytyki, to jest rozumowego rozstrząsania przedmiotu. Dla katolików rzymskich, powiadają oni, całem Pismem świętem jest Wulgata łacińska; przyjmują oni wszystkie jej części, nie odróżniając tego co jest apokryficzne od tego co autentyczne; bez żadnego zgłębiania przyjmują tłumaczenie łacińskie nawet w tych miejscach, w których ono wcale nie odtwarza natchnionego tekstu oryginalnego; ze słyszenia tylko znają teksty oryginalne i nie troszczą się wcale o wyjaśnienie tymi tekstami ciemnych i niejasnych miejsc Wulgaty. Wreszcie nieświadomość i niedbalstwo katolików pod tym względem zachodzi, ich zdaniem, tak daleko, że zwykle przywiązują się do jakiegoś powierzchownego sensu wyrażeń, pozornie w nich zawartego, a ginącego zupełnie, skoro się oddzielne wyrazy porówna z całym kontekstem, czyli rozwojem myśli w danych zdaniach. Taki jest w ogólnym zarysie zarzut racyonalistów; zobaczmy więc, czy słuszny.

A najpierw, wykazaliśmy na innem miejscu, że Kościół katolicki, przyjmując za autentyczne wszystkie księgi ze wszystkiemi ich częściami, tak jak się znajdują w starożytnej łacińskiej Wulgacie, zastosował się tylko do apostolskiego podania i że tym sposobem rządził się w tej sprawie wskazówkami najzupełniej zdrowej krytyki. (Ob. art. Kanon Ksiąg świętych).

Co do innych zarzutów, to możnaby je poniekąd odnieść do pewnych ascetycznych pisarzy i do niektórych teologicznych popularyzatorów; ale najwyższą niesprawiedliwością byłoby stawiać je Kościołowi i tym kościelnym doktorom, których katolicy ze czcią zaliczają do mistrzów teologicznej wiedzy. Zresztą sami nawet pisarze ascetyczni, używając tekstów Wulgaty w innem niż w dosłownem znaczeniu, mogą na swe usprawiedliwienie powiedzieć, że w tłómaczeniu swem tekstów biblijnych mają raczej na względzie sens akkomodacyjny, aniżeli dokładny sens świętego pisarza. Wiadomo bowiem, jak wielką doniosłość ma w teologii ascetycznej akkomodacyjny sens pisma świętego. Wyznajemy wszelako, że takie tłumaczenie wcale nie tłómaczy ascetycznych pisarzy, przystosowywa jednak do nich pewne łagodzące okoliczności.

Rozejrzyjmy się teraz w postępowaniu Kościoła i jego nauczycieli. Sobór Trydencki w dekrecie De editione et usu sacrorum librorum łacińską Wulgatę orzekł za autentyczną, to jest, z pomiędzy wszystkich łacińskich przekładów Biblii, jakie w owym czasie były w użyciu, uznał ją za własną, za swój tekst urzędowy, „ten starożytny przekład Wulgaty, który w ciągu tylu wieków, otrzymał był już aprobatę Kościoła.” Wskutek tego Sobór nakazuje, aby „tenże sam dawny przekład... uważano za autentyczny we wszystkich czytaniach, dysputach, kazaniach i wykładach publicznych, jako też zabrania, aby ktokolwiek śmiał go odrzucać pod jakimkolwiek pozorem.”

Objaśniając ten dekret, najpoważniejsi teologowie zwracają uwagę, że: 1) Ojcowie soboru wcale nie mówią, aby się powinno Wulgatę stawiać wyżej nad teksty oryginalne, lecz tylko po nad przekłady łacińskie, wówczas w obiegu będące; 2) że orzekając Wulgatę autentyczną, nie mają zamiaru orzekać przez to, aby ona była we wszystkich szczegółach zgodna z oryginałem, lecz tylko, że w Wulgacie nie może być żadnego błędu, żadnej błędnej doktryny w zakresie dogmatu i moralności; 3) że ci ojcowie żadną miarą nie zabraniają porównywać Wulgaty z tekstami oryginalnymi i z innymi przekładami, czy to dawnymi czy nowożytnymi; jako też z porównania tego wyciągać pierwiastki, zdolne sprostować to, co w autentycznym przekładzie Wulgaty może być ciemnego lub niedokładnego; 4) że w ich rozumieniu rzeczy, nie znaczy to odrzucać Wulgaty, lecz raczej poddawać ją ze wszelkiem należnem jej uszanowaniem krytycznemu badaniu. Wnioski powyższe jasno widnieją ze świadectwa teologów, którzy byli obecni na soborze trydenckim, takich np. jak Vega, Titelman, Laynez,—z wyjaśnień, dawanych przez kardynałów legatów, którzy na soborze prezydowali, i wreszcie z korespondencyi tych legatów z kongregacyą, ustanowioną w Rzymie do śledzenia w imieniu papieża za pracami soborowemi. Po tem wszystkiem zaś, niech nam powiedzą przeciwnicy nasi, w czem mógł tamować prace rozsądnej krytyki dekret soborowy o autentyczności Wulgaty?

Zresztą wystarcza przejrzyć dzieła wielkich tłómaczy, napisane od czasu soboru trydenckiego, aby się przekonać, że owe rzekome przeszkody, stawiane jakoby rozumowej krytyce przez dekret soboru, są czczem urojeniem. Tę samą swobodę ruchów względem przekładu urzędowego, znajdujemy u tych pisarzy, co u pisarzy dawnych, poprzedzających sobór trydencki. Czytajmy np. dzieła takiego Maldonata, Patrizzi'ego, Beelen'a i t. d., a przekonamy się z jaką to drobiazgową starannością roztrząsają oni niezgodności Wulgaty z tekstami oryginalnymi i z dawnymi przekładami, opuszczając niekiedy bez skrupułu przekład urzędowy, a przenosząc nadeń przekład inny, który im się zdaje więcej uzasadniony.

Wszak nie od XVI w. dopiero zaznaczają się prace katolików w dziedzinie krytyki biblijnej. Począwszy już od pierwszych wieków chrześcijaństwa utorowali jej szeroką i wspaniałą drogę tacy Augustyni i Hieronimowie. — Augustyn w swym wspaniałym traktacie De Doctrina christiana po mistrzowsku ustala zasady tłómaczenia Biblii; a traktat ten służy pod pewnym względem za podstawę temu wszystkiemu, co od owego czasu pisano w zakresie hermeneutyki świętej. Ten sam doktor Kościoła łączy zasadę z praktyką, zwłaszcza w swych czterech o zgodności ewangelistów, księgach, które od końca do końca są arcydziełem krytyki. Co zaś do Hieronima, to każdy wie dobrze, jak się on odznaczał w rozumnem pojmowaniu Pisma świętego... Cokolwiek miało styczność z Biblią, nie uszło uwagi tego człowieka, zarówno biegłego we wszystkich naukach, jakich wymaga egzegeza, jak obdarzonego niezależnością umysłu i siłą woli, zdolnemi mężnie stawić czoło wszystkim sprzecznościom w obronie prawdy. Nowożytni najgłówniejsi uczeni nie znaleźli nic lepszego i nic zupełniejszego nad zasady przez św. Hieronima użyte przy sprawdzaniu greckiego tekstu podług Siedmdziesięciu i łacińskiego przekładu Nowego Testamentu, jako też przy jego przekładzie Starego Testamentu podług oryginału hebrajskiego. W odleglejszej jeszcze epoce czasu spotykamy zadziwiające prace Orygenesa, poświęcone całe krytyce greckiego tekstu Septuaginty. Również i Kościół grecki szczyci się uczonymi komentarzami, jakie mu pozostawili św. Jan Chryzostom, Teodoret, Teofylakt, Ekumeniusz. Wszyscy ci tłómacze przywiązują się do literalnego znaczenia tekstu świętego i tłómaczą go zazwyczaj z wielką dokładnością. Średniowieczni tłómacze biorą sobie za przewodników w wyjaśnianiu ksiąg świętych św. Augustyna i św. Hieronima: w dobrej więc szkole się obuczają. Główna ich wartość polega na tem, że rozpowszechniają tłómaczenia tych dwu wielkich mistrzów. W naszym wieku po nieszczęsnych przewrotach i prześladowaniach, patrzymy na szczęśliwe przebudzenie się nauk teologicznych. W szczególności zaś studya biblijne rozwijają się bardzo wśród katolickiego duchowieństwa: we Włoszech, w Niemczech, we Francyi, w Belgii i t. d. Duchowieństwo to wydało mnóstwo prac znakomitych zarówno o Biblii w ogólności, jak o poszczególnych jej księgach; w chwili zaś, gdy te wyrazy kreślimy, pewne kółko jezuitów niemieckich zajmuje się wydawnictwem całego kursu Pisma św., skreślonego w języku łacińskim, a obejmującego wszystko, cokolwiek nowożytne nauki dostarczają dla historyi i tłómaczenia ksiąg świętych. Pomnikowe to dzieło przynosi zaszczyt nietylko uczonym swym autorom, ale nadto także Kościołowi, dla chwały którego ci mężowie pracują.

Może nam kto zarzuci, że wszystkie te prace są wynikiem prywatnej inicyatywy pewnych katolickich uczonych, ale że chcianoby wiedzieć, co uczyniła najwyższa władza kościelna dla krytyki biblijnej. Czyż ta staranność, z jaką władza kościelna chwali wszystko, co zmierza do wyniesienia kościelnej Wulgaty, i to wrogie usposobienie względem wszelkiego niezgodnego z nią przekładu Biblii (świadkiem jest potępienie przekładu Now. Testamentu Mons'a), czyż to wszystko, powiadam, nie jest dowodem, że Stolica Rzymska krzywem okiem patrzy na niewczesną gorliwość tych swoich zwolenników, którzy się oddają krytycznym studyum nad Pismem Świętem? Czyż poparła kiedy Stolica św. ich prywatne usiłowania, czyż okazała im kiedy coś więcej nad przymusowe tolerancyjne milczenie?

Na każde z tych pytań postaramy się dać wystarczającą odpowiedź. Kościół, przyjmując Wulgatę za swój tekst urzędowy, ma tem samem obowiązek czuwać, aby tekst ten był w należytem poszanowaniu u jego wyznawców. Ponieważ w Wulgacie podaje nam słowo boskie natchnione, słusznie przeto wymaga, aby przekłady Pisma św. nie podawały nam tegoż samego słowa bożego w innej odmiennej formie, lecz przeciwnie, aby były wiernem odbiciem przyjętego przezeń tekstu łacińskiego. — Stosownie do tej bardzo rozumnej zasady, Stolica święta potwierdzając np. tłómaczenie Allioliego, za powód swego przychylnego sądu podaje między innemi zgodność tego przekładu z tekstem Wulgaty; przeciwnie zaś, Nowy Testament Mons'a uległ potępieniu ze strony Rzymu po części dlatego, że w niektórych miejscach zamiast znaczenia Wulgaty podał znaczenie tekstu greckiego. Nie znaczy to bynajmniej, aby Rzym zakazywał przekładu tekstów oryginalnych; przeciwnie, aprobata kościelna upoważniła, naprzykład, tłumaczenie z oryginału hebrajskiego księgi Joba, dokonane przez Le Hir'a, tłómaczenie Psałterza, dokonane przez Patrizzi’ego i Mabire'a; ale Rzym nie mógłby pozwolić, aby przekłady tego rodzaju wydawano jedynie i poprostu jako przedstawiające tekst tych ksiąg natchnionych. Kto chce więc więcej, tylko tłómaczyć Biblię i tłómaczenie swe drukiem ogłaszać, powinien we wszystkiem naśladować Wulgatę, to znaczy tekst Kościoła autentyczny. Kościół tego wymaga i ma prawo wymagać, jeżeli nie chce być ze sobą samym w sprzeczności. Co zaś do innych prac krytycznych, przedsiębranych czyli ogłaszanych drukiem przez katolików w granicach prawomyślności katolickiej, to nie natrafiły one nigdy na najmniejszy nawet opór ze strony Stolicy Apostolskiej. Owszem przeciwnie, już za naszej pamięci Pius IX oddał na usługi O. Vercellone'go wszystkie skarby biblioteki watykańskiej celem dopomożenia mu do ogłoszenia różnych odmiennych czytań tekstu Wulgaty; oraz przyjął łaskawie ofiarowaną sobie dedykacyę tego dzieła. Co więcej, tenże papież dozwolił protestantowi Tischendorfowi skopiować Kodeks Watykański, rozmawiał całą godzinę z tym znakomitym uczonym; ten zaś ze swej strony w jednej ze swych przedmów złożył należny hołd wspaniałemu obejściu się z nim wielkiego papieża, a nawet posunął się do tego, że dedykował mu jedną ze swych krytycznych prac nad Nowym Testamentem. Ten sam wspomniany O. Vercellone ogłosił w Rzymie rozprawę, w której tak śmiałe wydaje zdanie o autentyczności niektórych części Wulgaty, że Franzelin uważał się w obowiązku jawnie odeprzeć takowe; a przecież jednak Vercellone nie był za to potępiony przez władzę kościelną i papież nie przestał darzyć go swą życzliwością. Franzelin znów zawdzięcza swą kardynalską purpurę uczonym swym pracom teologicznym. A przecież ani jednego nie znajdujemy między autorami teologii dogmatycznej, któryby tak daleko jak on posunął krytykę tekstów biblijnych przy udowadnianiu tez dogmatycznych. Również i sławny nasz papież Leon XIII niczego nie zaniedbuje, aby zachęcić duchowieństwo do poważnych studyów, a wie on z pewnością dobrze, iż w duchownych seminaryach dobrze urządzonych pierwsze miejsce zajmuje studyum Pisma św., i że wszystkie zdobycze nowoczesnej wiedzy bywają wyzyskiwane na korzyść tej nauki. W ostatnich czasach wielki nacisk położył na konieczność studyów biblijnych w sławnej encyklice Providentissimus Deus. Wnioskujemy przeto z tego wszystkiego, że uczona krytyka biblijna nietylko nie znajduje przeszkody w Kościele katolickim, lecz owszem zawsze ma w nim wszelką opiekę i pomoc.

Lecz zdaje się, że to nie wystarcza naszym przeciwnikom; skarżą się oni na nadużycia, jakie w skutek braku krytyki ustawicznie napotykają u katolickich pisarzy, profesorów, kaznodziejów, —nadużycia, które Kościół, jak mówią, swoją pobłażliwością a nawet zachętą osłania, udziela bowiem bezustannie aprobatę kościelną książkom, w których teksty Pisma św. są źle przytaczane i bez dostatecznego zrozumienia ich stosowane.

Na ten zarzut taką dajemy odpowiedź: Kościół wogóle potępia wszelkiego rodzaju nadużycia; ale ma zwyczaj bardzo umiarkowanie używać swej władzy karnej w poszczególnych wypadkach; Kościół jest matką, a jako matka pragnie, aby nad rządami jego panowała słodycz i łagodność. Dla tego też, chociaż z nieubłaganą gorliwością i stanowczością karci to wszystko, co narusza jego wiarę i moralność, to jednak pobłażliwie toleruje niektóre nieszkodliwe jakieś zboczenia, w jakie dzieci jego w dobrą wiarą wciągnąć się dały. Udzielana przezeń approbata książek pobożnych lub teologicznych bynajmniej nie oznacza zgody jego na pojęcie głoszone w tych książkach; poręcza on tylko ich naukową prawowierność.

(J. Corluy). Ks. K.