KOŚCIÓŁ. (Nietykalność Kościoła).

Od kiedy skończyły się prześladowania Kościoła, kwestya nietykalności kościelnej nie przestała być przyczyną licznych zatargów pomiędzy Kościołem katolickim i państwem. W naszych czasach wielu utrzymuje, że nietykalność ta sprzeciwia się podstawom prawa, na którem oparły się nowożytne społeczeństwa, że nauka i uroszczenia władzy kościelnej w tym przedmiocie są oczywistym dowodem, iż Kościół katolicki się przeżył i nie jest już zdolny stosować się do nowożytnych potrzeb czasu, i tem samem jest on instytucyą ludzką, a nie boską. Rozważmy zbliska ten zarzut i obaczmy, jaką nań katolik dać może odpowiedź. W tym tedy celu powiemy najpierw, co to jest nietykalność kościelna i co o jej pochodzeniu mówi teologia katolicka; następnie objaśnimy, jak ta nietykalność zgadza się z prawem natury i jakie są dzisiejsze wymagania Kościoła; objaśnienie to będzie zarazem usprawiedliwieniem nauki Kościoła i dowodem, że Kościół jest instytucyą boską, zdolną zastosować się do wszelkich potrzeb czasu, których przecież nie należy brać za jedno z błędami i bezprawiami, z namiętności wynikającemi.

I.

Zobaczmy tedy, co to jest ta nietykalność kościelna, czyli inaczej, te przywileje stanu duchownego? Pod imieniem nietykalności kościelnej (Immunitas ecclesiastica) rozumiemy to prawo kościelne, które wyjmuje osoby, miejsca i rzeczy kościelne z pod juryzdykcyi czyli z pod władzy urzędów świeckich. Ważniejsze z tych swobód są—odnośnie do osób duchownych: wyjęcie od obowiązku służby wojskowej i niezależność od sądów świeckich; odnośnie do rzeczy Bogu poświęconych: wolność od ciężarów publicznych oraz zabezpieczenie od gwałtów i zniewag; odnośnie do miejsc świętych: nietykalność kościelna oznacza prawo przytułku. A jakież jest pochodzenie tej nietykalności? Rozmaicie sądzą o tem teologowie.

Niektórzy utrzymują, że nietykalność kościelna pochodzi z ustanowienia ludzkiego, t. j. że postanowił ją Kościół a potwierdziło społeczeństwo świeckie; inni znów nauczają, przeciwnie, że pochodzi ona z ustanowienia boskiego. W myśl tych ostatnich Sobór Lateraneński wyraził się w ten sposób:—„Ponieważ żadna władza nie była udzielona ludziom świeckim nad osobami duchownemi, ani prawem boskiem, ani prawem ludzkiem...” a Sobór Trydencki dodaje: „Nietykalność Kościoła i osób duchownych z rozporządzenia bożego i ustawami kanonicznemi jest postanowiona”1). Trzeba więc przyjąć, że nietykalność kościelna w zasadzie pochodzi z ustanowienia boskiego, i że Kościół określił swemi ustawami poszczególne wypadki, w których osoby i rzeczy kościelne wyjęte są z pod juryzdykcyi świeckiej. Opinia ta zdaje się być prawdziwą.

Jakkolwiek byłoby zresztą, wszyscy autorowie zgadzają się, że świecka społeczność nie może swoją powagą znieść nietykalności kościelnej, i wielu naucza, że nawet Ojciec święty nie ma władzy zniesienia jej ustawą ogólną i wieczystą, rozciągającą się do całego Kościoła.

II.

Pomiędzy tymi przywilejami najważniejszym niezaprzeczenie przywilejem jest wolność od służby wojskowej, przeciwko której to wolności nieprzyjaciele Kościoła we Francyi i indziej walczą dziś z największą zaciekłością; trzeba nam więc przedewszystkiem uzasadnić ten przywilej kościelny. Uzasadnienie to zresztą nie będzie zbyt trudne, na jakiemkolwiek staniemy stanowisku, czy na stanowisku prawa natury, czy na stanowisku prawa świeckiego.

Ze stanowiska kościelnego niema nic pewniejszego nad prawo duchowieństwa do wolności od służby wojskowej. Ustawy bowiem kościelne nie tylko wyraźnie uznają to prawo, ale nadto zabraniają duchownym pod karą klątwy kościelnej noszenia broni i przelewania krwi ludzkiej. Kościół z takim wstrętem odnosi się do zabójstwa, że niegdyś usuwał od stanu duchownego wszystkich, którzy się go dopuścili nawet bez żadnej ze swej strony winy; i dziś jeszcze żołnierze i sędziowie w pewnych wypadkach ściągają na się notę nieprawidłowości (Irregularitas), a nawet opuściwszy swój zawód, nie mogą otrzymać święceń duchownych bez odpowiedniej dyspensy. Krom tego, obowiązki, jakie prawo kościelne wkłada na kapłanów, nie mogą się żadną miarą pogodzić z obowiązkami stanu wojskowego. Życie w koszarach nie usposabia duchownego do świętości, ani niedaje mu czasu potrzebnego do spełnienia należycie świętych obowiązków jego powołania. A przeto z prawa kościelnego duchowni są wolni od służby wojskowej.

A czy posiadają oni takiż sam przywilej z prawa natury? Trzeba na to pytanie odpowiedzieć twierdząco: prawo natury wymaga, aby duchowni byli wolni od służby wojskowej.

Katolikom, przeciwnie utrzymującym albo powątpiewającym o tej prawdzie, wystarczyłoby w odpowiedzi przytoczyć potępione 33-e zdanie w Syllabusie, dołączonym do encykliki Quanta cura: „Nietykalność osobista, na mocy której duchowni są wolni od wojska, może być zniesiona bez pogwałcenia sprawiedliwości i prawa natury.” Ponieważ zdanie to umieszczono w rzędzie błędów, przeto oczywiście zdanie powyższemu przeciwne będzie prawdziwe. Do takiego też samego wniosku dojdziemy, rozważając rzecz tę samą w sobie.

W rzeczy samej bowiem, prawo, jakie państwo posiada do zniewolenia obywateli do służby wojskowej, rodzi się oczywiście z obowiązku utrzymania porządku na wewnątrz i obrony interesów kraju na zewnątrz. Lecz, jeśli z jednej strony jest rzeczą konieczną, by państwo rozporządzało siłą materyalną, dostateczną do utrzymania porządku na wewnątrz i odpierania nieprzyjaciół na zewnątrz, to z drugiej strony nie mniej jest koniecznem, by zaspokajało religijne potrzeby narodu i dostarczało obywatelom tych środków, bez których nie byliby w stanie ani osiągnąć cnoty, ani dopiąć swego ostatecznego celu. I jedno i drugie jest zarówno konieczne, a jeśli nie godzi się zaniedbywać spraw porządku materyalnego, to tembardziej trzeba mieć staranie o sprawy porządku duchowego. Najpewniejsza to prawda dla wszystkich, co wierzą w istnienie Boga i nieśmiertelność duszy.

Otóż, cnota i osiągnięcie ostatecznego celu są bez religii niemożliwe, przynajmniej dla większości ludzi. Z pewnością nie zaprzeczą nam tego filozofowie deiści, którzy wyjątek pod tym względem sami sobie przyznają. Raz zasadę powyższą przyjąwszy, twierdzimy dalej, że bez duchowieństwa religia jest niemożliwą, przynajmniej dla większości ludzi. Doświadczenie stwierdza, że wszystkie religie utrzymują się i wpływ wywierają przez kapłanów, jako też że tam, gdzie działanie kapłana odczuwać się nie daje, niemasz też i religii. Przypuściwszy nawet, że możnaby sobie wyobrazić religię bez kapłanów, to jednak rzecz pewna, że katolicka religia nie może istnieć bez duchowieństwa, ponieważ bez duchowieństwa niemasz ani Kościoła, ani sakramentów, ani ofiar, ani religijnego nauczania.

Przyjąwszy dwa powyższe punkta, uzasadnić nam trzeba punkt trzeci, a mianowicie, że obowiązki duchowieństwa katolickiego nie dadzą się pogodzić ze służbą wojskową.

Ostatni ten punkt, zarówno jak dwa poprzednie, zaprzeczyć się nie da. W istocie bowiem, kapłan katolicki powinien oddawać się nauce, zanosić do Boga świętą ofiarę, głosić słowo Boże, katechizować, czuwać nad utrzymaniem porządku w świątyni, przebywać wśród wiernych i sakramentów im świętych udzielać; żołnierz znów, ze swej strony, powinien przyswajać sobie sztukę wojenną, hartować się na manewrach; żyć w obozie i walczyć z nieprzyjacielem. Oczywiście, ze jeden i ten sam człowiek nie spełnia tylu i tak różnorodnych obowiązków.

W końcu, — i ten wzgląd jest bardziej przekonywający niż wszystkie inne argumenta, — Kościół uznaje wyraźnie kapłaństwo i stan wojskowy za niedające się z sobą pogodzić i zabrania kapłanom noszenia broni. A przecież, jemu tylko samemu służy prawo określania warunków, wymaganych do sprawowania świętego posłannictwa.

Ale, powiadają niektórzy, czyż to obywatel kraju, poświęcający się stanowi duchownemu, nie mógłby naprzód spłacić dług względem ojczyzny, a potem dopiero zostać kapłanem? Bynajmniej, kapłaństwo bowiem wymaga długiego przygotowywania umysłu i serca, długich teologicznych studyów i ciągłego przynajmniej przez kilka lat ćwiczenia się w cnotach pobożności, łagodności, czystości, których to warunków zachowanie bywa dla żołnierzy moralną niemożliwością. A jeśli niektórym z nich udałoby się obronną ręką wyjść z niebezpieczeństwa, na jakie zawód wojskowy naraża ich cnotę, to liczba tych zwyciężców byłaby bardzo ograniczona, a zresztą i ci nawet, coby pozostali czystymi, nie przynosiliby do świątyni ani nauki, ani nawyknienia do życia kościelnego. Kościół, jedyny właściwy sędzia w tym względzie, oświadcza, że powszechna bez żadnych wyjątków służba wojskowa uniemożliwiłaby moralnie napływ powołań do stanu duchownego.

Rzecz to więc najzupełniej pewna, że religijne potrzeby obywateli katolickich nie mogłyby być należycie zaspokojone, gdyby duchowieństwo nie było wolne od służby wojskowej.

Zresztą, prawa państwa w przedmiocie służby wojskowej rozciągają się nie dalej nad konieczną obroną kraju na zewnątrz i utrzymanie porządku wewnątrz; nieznaczny zaś przyrost, jakiby armii dostarczyć mogło duchowieństwo, wcale nie jest konieczny do osiągnięcia tego podwójnego państwowego celu. Dostatecznie stwierdzają to wieki ubiegłe i najpotężniejsze dziś państwa militarne. Może zatem państwo aż nadto sprostać jednocześnie wymaganiom porządku materyalnego i potrzebom porządku moralnego, skutkiem czego też obowiązane one przedsiębrać odpowiednie po temu środki, a jednym właśnie z najkonieczniejszych jest wyjęcie duchowieństwa z pod obowiązku służby wojskowej.

Wywody te starczą, zdaje się, do przekonania najbardziej zawziętych przeciwników naszych, byleby tylko byli ludźmi dobrej wiary. Wszelako, nie rozwiązują one upowszechnionego i w oczach wielu najważniejszego zarzutu, opartego na równości wszystkich obywateli wobec prawa. Duchowni, powiadają niektórzy, uczestniczą w korzyściach życia społecznego, a zatem na równi z innymi obywatelami kraju winni życia tego ponosić ciężary.

Oczywiście, wadliwość tego rozumowania pochodzi z przypuszczenia, że duchowni nie ponoszą przypadających na nich i to znacznych ciężarów. Ale przypuszczenie to jest błędne, kapłani bowiem, spełniając swoje obowiązki, oddają społeczeństwu daleko większe usługi, aniżeli żołnierze. Wprawdzie nie zamykają oni w więzieniach zbrodniarzy, ale oczyszczają serca od zarazy występków; nie walczą z zewnętrznymi nieprzyjaciołmi, ale walczą w łonie samego państwa przeciw wrogom daleko straszniejszym, przeciw zepsuciu obyczajów, bezbożności i ciemnocie. Skoro usługi. oddawane społeczeństwu przez nauczyciela, cenione bywają na równi z usługami żołnierza, to czyż usługi kapłana nie są daleko bardziej od powyższych liczne i bardziej jeszcze szacowne?

Ale, powiadają na to, mniej one kosztują kapłana, aniżeli żołnierza. Zarzut ten, gdyby nawet był prawdziwy, niczegoby nie dowodził; ale jest on fałszywy. Ofiara wymagana od kapłana, jest-to ofiara z najpiękniejszych lat jego młodości, spędzonych w pracowitem i surowem zaciszu seminaryjskiem, jest to wieczysta ofiara z wolności, której wyrzeka się on w dniu swoich święceń, ofiara z rozrywek i przyjemności światowych, ofiara z życia rodzinnego, i tysiące innych ofiar, których świat nie rozumie, a które bez porównania są większe, aniżeli wszystkie ofiary żołnierza. To też na jednego młodzieńca, poświęcającego się służbie bożej w kapłaństwie, można znaleść dwudziestu i trzydziestu, którzy nad kapłaństwo przenoszą zawód wojskowy.

A więc, zasady prawa natury domagają się, by duchowieństwo było wolne od służby wojskowej. Jeśli teraz zastanowimy się nad tą sprawą ze stanowiska nowożytnego prawa cywilnego, do takiego samego przyjdziemy wniosku. W rzeczy samej bowiem jedną z najbardziej wychwalanych nowoczesnych zasad jest właśnie zasada wolności wyznań. Tymczasem, jakim-że sposobem wyznanie katolickie byłoby wolne, jeśliby prawa państwa, zobowiązujące duchownych do służby wojskowej, stawiały nieprzezwyciężone przeszkody do pomnażania szeregów duchowieństwa? Oczywiście, zobowiązanie takie równałoby się, odnośnie do religii katolickiej, prawdziwemu prześladowaniu, gdyż bez duchowieństwa niemasz ani ofiary, ani nauczania, ani sakramentów świętych. Jakąż wolność wyznawania swej wiary miałby obywatel katolicki pod takiem prawodawstwem?

Sumienie jego nakazuje mu słuchać Mszy świętej, spowiadać się, przystępować do komunii świętej, bywać na kazaniach, a jeśli prawo świeckie pozbawi go kapłanów, znajdzie się on z powodu rozporządzeń państwowych w fizycznej niemożności dopełnienia swych obowiązków religijnych. Nie jestże to prawdziwe prześladowanie, najniebezpieczniejsze ze wszystkich, ponieważ upozorowane legalnością?

Odpowiedzmy teraz na ostatni zarzut. Przyznana duchownym wolność od służby wojskowej może, jak mówią, wyjść na niekorzyść armii, ponieważ wolno biskupom wyświęcać tylu kapłanów, ilu tylko im się podoba. Zarzut ten nie wytrzymuje krytyki dla dwóch przyczyn. Pierwsza, że liczba zgłaszających się kandydatów do święceń duchownych zaledwie wystarcza na najniezbędniejsze potrzeby czci bożej. Druga, że biskupowi nie wolno bez odpowiedzialności wobec Kościoła przeciążać swojej dyecezyi zbyteczną ilością kapłanów, i że, co więcej, musi on dostarczać środków do utrzymania swemu duchowieństwu, przez co z konieczności ilość kapłanów musi być ograniczona.

Ale, powie kto może, czy nie trzeba się obawiać, żeby w dzień wojny wielka ilość młodzi nie schroniła się do seminaryów?

Wcale nie, gdyż nikogo nie przyjmuje się do seminaryum dopóki nie ukończy odpowiednich studyów naukowych; gdyż w podobnych razach zwierzchnicy duchowni z większą bacznością czuwają nad tem, by przyjmować do stanu duchownego tych tylko, których powołanie zdaje się być prawie pewnem; gdyż wreszcie Kościół nie przeszkadza przedsiębraniu zaradczych środków przeciwko temu niebezpieczeństwu, daleko bardziej groźnemu dla Kościoła, niż dla państwa, z powodu mnóstwa sług bożych bez powołania, jacyby tym sposobem weszli do Kościoła.

Ze wszystkich więc dowodów, co dopiero przytoczonych, wynika jasny i niezaprzeczony wniosek, że prawo kościelne, prawo natury i nowożytne prawodawstwa świeckie domagają się, by duchowni byli wolni od służby wojskowej. Trudno przypuścić, ażeby Kościół zrobił kiedykolwiek ofiarę z tego punktu swobód kościelnych; jego nauka i jego w tym przedmiocie prawa opierają się najoczywiściej na rozumnych i słusznych podstawach.

III.

Inny rodzaj swobód kościelnych, nie mniej od poprzedniego ważny, polega na uwolnieniu duchowieństwa z pod jurysdykcyi sądów świeckich. Kilka uwag wstępnych ułatwi nam zrozumienie tej kwestyi. Wiemy, że Kościół stanowi społeczeństwo religijne niezależne i samo sobie wystarczające; ale członkowie, składający to społeczeństwo, są ludźmi i, co za tem idzie, ulegają błędom i namiętnościom; stąd wynika potrzeba sądów i siły przymusowej do utrzymania spokoju między tymi członkami i poszanowania praw dla nich ustanowionych. Właściwość tych sądów ma zatem taki sam zakres, jak i władza Kościoła naukowa, prawodawcza i administracyjna; sam rozum bowiem się domaga, by społeczeństwo, które stanowi prawa, miało też władzę sądzenia wykroczeń przeciw tymże prawom.

Co więcej, ponieważ duchowni znajdują się pod szczególną władzą i niejako w posiadaniu Kościoła, przeto, ze względu na ich święty charakter, jako też dla dobra wolności kościelnej, przyznano im przywilej podlegania jurysdykcyi tylko sądów kościelnych, bez względu na przedmiot ich sprawy sądowej, jak również—przywilej nietykalności karnej, chyba tylko ze strony władzy państwowej, działajacej w imieniu Kościoła. Ten to właśnie przywilej stanowi tak zwaną niezależność od jurysdykcyi świeckiej. Pytamy więc, czy przywilej ten zgadza się z dzisiejszem prawodawstwem świeckiem? Czyż samo już istnienie sądów kościelnych nie sprzeciwia się dzisiejszym konstytucyom państwowym? Jakich pod tym względem ustępstw możnaby się spodziewać ze strony Kościoła? Dajmy na te pytania kilka słów odpowiedzi.

Co się tyczy samego istnienia trybunałów kościelnych, to jest ono logicznem i koniecznem następstwem władzy prawodawczej i niezależności Kościoła. W rzeczy samej bowiem, jeśli Kościół może stanowić prawa, to musi mieć trybunały sądowe dla rozstrzygania sporów, przy zastosowaniu tych praw wynikających. Jeśli np. jeden z małżonków przeczy ważności małżeństwa, jeśli prawność posiadania kanonikatu została w podejrzenie podana lub zaprzeczona, jeśli ważność ślubów zakonnika wątpliwa, to potrzebny jest sąd do wyjaśnienia i ukończenia danej sprawy. Takiego orzeczenia nie mogą wydawać trybunały świeckie, które nie posiadają żadnej władzy w sprawach religijnych i nie działają w imieniu władzy kościelnej, będącej jedynem źródłem prawa, które zostało pogwałcone; konieczna rzecz zatem, by Kościół posiadał swoje odrębne niezależne sądy duchowne. Zresztą, w zasadach nowożytnych konstytucyi nie widzimy nic takiego, coby się sprzeciwiało zachowaniu albo nawet wznowieniu sądów kościelnych.

Ale nie dość sądzić, trzeba nadto wyroki sądowe w wykonanie wprowadzać, a ponieważ nie wszyscy chrześcijanie są święci, przeto też zachodzi nieraz potrzeba użycia siły. Ma przeto Kościół prawo używania siły; nauczają tego wszyscy teologowie, a papież publicznie to ogłosił, potępiając XXIV propozycyę w Syllabusie. Lecz jak pogodzić wykonanie tego prawa z nowożytnemi konstytucyami, które użycie siły powierzają wyłącznie władzom świeckim?

Miałżeby mieć Kościół dziś, jak miał dawnemi czasy. swych żołnierzy i swoje więzienia?... Lecz prawo świeckie sprzeciwia się temu, gdyż nie dopuszcza ono w państwie żadnej innej siły militarnej, prócz swojej państwowej. Czy Kościół ma żądać od państwa, by wprowadzało w wykonanie wyroki sądów kościelnych? Lecz niektóre rządy nie uznają tych sądów i co więcej, związane są zasadą wolności sumienia.

A zatem Kościół nie ma możności wykonania swego prawa; może wydawać wyroki sądowe, ale one mają znaczenie tylko dla katolików dobrej woli. To też poddaje się Kościół tej konieczności bez wielkiego żalu, ponieważ w obecnych czasach, biorąc pod uwagę usposobienie ogółu ludzi, użycie siły przez władzę kościelną byłoby prawie wszędzie moralnie, i fizycznie niemożliwe: niemożliwe moralnie, ponieważ przymus, dokonany w imię religii, zamiast pociągać, odpychałby dusze; niemożliwe fizycznie, ponieważ ludy nie zniosłyby przymusu.

Jednakże Kościół pragnie wykonywać prawo przymusu w pewnych wypadkach, mianowicie, kiedy jakaś osoba stanu duchownego opiera się prawu kościelnemu.

W konkordacie, zawartym w r. 1855 pomiędzy Stolicą Apostolską i Austryą, postanowiono artykułem 16, że rząd udzieli poparcia Kościołowi dla wykonania wyroków biskupich, wydanych przeciw winnym i nieposłusznym duchownym. Ten artykuł był powodem reklamacyi. powstawano nań w imię wolności sumienia i w imię godności państwa; tymczasem nie obrażał on ani sumienia, ani państwa.

Jakiem prawem bowiem nieposłuszny duchowny mógłby się skarżyć na przymus, względem niego zastosowany? Wszak wchodząc do Kościoła, obiecał spełniać jego prawa i z góry poddał się karom, naznaczanym na przestępców. Jeśli więc gwałci pewne prawo i jeśli tem ściąga na się pewne kary kościelne, to słusznie zostaje karany; a skoro się opiera, to trzeba, by Kościół go zmusił w imię już samego poszanowania prawa. Nie może nikogo obwiniać, chyba siebie samego, jeśli dopuści do użycia przeciw sobie gwałtownych środków.

Pod tym względem duchowny podobny jest do żołnierza, który wstępując do wojska, przyjmuje na siebie wszystkie przepisy karności wojskowej zarówno przyjazne jak nieprzyjazne. Ta jednak zachodzi między nimi różnica, że duchowny wstępuje do służby bożej dobrowolnie i bez przymusu, podczas gdy żołnierz idzie pod sztandary przeważnie znaglony rygorem prawa. Nikt nie twierdzi, żeby żołnierz bywał pokrzywdzony w swoich osobistych prawach, gdy przeciw jego wykroczeniom dyscyplinarnym bywa zastosowana kara; czemuż więc Kościół nie mógłby względem osób duchownych użyć tych samych praw, jakie państwo stosuje względem żołnierzy?

Inni znów powiadali, że państwo ubliżałoby sobie, gdyby oddawało swe siły na usługi Kościołowi. Coprawda, to nie widzimy, w czemby mógł znaleźć tę sobie ujmę państwo, gdyby czemkolwiek służyło Kościołowi. Czyż ubliża sobie monarcha, gdy niesie pomoc orężną swemu sprzymierzeńcowi, nie mogącemu dla swej słabości obronić praw swoich? I nie wolno mówić, że rząd taki czyniłby się niewolnikiem klerykalnej nietolerancyi. Boć czyż to można nietolerancyą nazwać zmuszanie kogokolwiek do wypełniania obowiązków dobrowolnie i świadomie na się przyjętych?

Duchowni mogą zasłużyć na karę za wykroczenia przeciw prawom kościelnym, i z tego powodu potrzebne są trybunały kościelne, lecz także mogą oni stać się winnymi pogwałcenia praw państwa. Otóż, w tym wypadku, prawo kanoniczne usuwa ich sprawę od kompetencji sądów świeckich; ale stąd nowa rodzi się trudność. Wszelako nie znaczy to bynajmniej, aby Kościół odmawiał społeczeństwu świeckiemu władzy prawodawczej w porządku rzeczy doczesnych odnośnie do księży i do zakonników.

„Ewangelia Chrystusowa, mówi Jan Złotousty, nie niszczy praw politycznych, i dla tego też nawet kapłani i zakonnicy obowiązani je zachowywać.” I słynny kardynał Bellarmin, oparty na nieprzerwanej tradycyi Kościoła, naucza: „Duchowni obowiązani zachowywać prawa świeckie, nie sprzeciwiające się świętym kanonom i obowiązkom stanu duchownego,” duchowni bowiem, oprócz tego, że są duchownymi, są nadto jeszcze obywatelami państwa i stanowią cząstkę społeczeństwa świeckiego. Jako tacy, powinni żyć zgodnie z prawami świeckiemi. Zresztą, gdyby duchowni nie zachowywali praw świeckich w życiu prywatnem i obywatelskiem, powstałby z tego dla Kościoła wielki niepokój i wielkie zamieszanie”2. Katolicka nauka w niczem nie uwłacza prawowitej władzy państwowej.

Aby można sądzić o prawności wyłączenia z pod jurysdykcji świeckiej osób duchownych, oskarżonych o naruszenie prawa cywilnego, trzeba koniecznie poznać zasady prawa naturalnego i prawa boskiego w danym przedmiocie. Prawo natury dostarcza nam prawie jednakowych dowodów na poparcie żądań Kościoła i na poparcie żądań państwa. Z jednej bowiem strony, duchowni wykraczają przeciwko prawom świeckim nie jako duchowni, ale jako ludzie; wypada zatem, aby w tym razie sądzeni byli przez prawa ludzkie, naturalna rzecz również, aby ta władza, która stanowi prawa i przestrzega ich zachowywania, sądziła i karała takie wykroczenia. Można więc powiedzieć, że z natury rzeczy władza świecka ma prawo sądzić sprawy niekoscielne wszystkich duchownych.

Co do pochodzenia prawa nietykalności kościelnej, niezgadzają się na jedno teologowie. „Przyznaję, mówi Natalis Aleksander3, że nietykalność kościelna odnośnie do spraw duchownych i czysto kościelnych pochodzi z prawa boskiego, lecz odnośnie do spraw doczesnych i świeckich, jakiemi są: płacenie długów, karanie popełnianych przez osoby duchowne występków, nie jako osób duchownych, ale jako ludzi występnych, np. kradzieże, zabójstwa, świętokradztwa i t. d., odnośnie do spraw tego rodzaju nie mogę się zgodzić, by nietykalność ich opierała się na prawie boskiem.” Wszelako ogólnie przyjęta opinia naucza, że nietykalność ta, jeśli nie jest pochodzenia boskiego, to przynajmniej opiera się na prawie boskiem.

Cokolwiekby się zresztą sądziło o tej sprawie, to pewna, że teologowie jednomyslnie zgadzają się na to, iż papież w poszczególnych wypadkach może zawiesić prawo nietykalności kościelnej, albo przez jej całkowite zniesienie, jeśli ona jest z prawa kościelnego, albo też, w razie jeśli ona pochodzi z prawa bożego — przez orzeczenie, że w danych warunkach prawo boże nie obowiązuje.

Pytamy zaś, jak daleko iść mogą w tej sprawie ustępstwa ze strony Stolicy Apostolskiej? Nie łatwa na to odpowiedź; wszelako przewidywać można, że papież nigdy nie będzie stawiał tej nietykalności jako niezbędny warunek pojednania społeczności świeckiej ze społecznością kościelną.

W konkordacie, zawartym z Austryą, wyraźnie powiedziano, że: „ze względu na trudne okoliczności Jego Świątobliwość zgadza się na to, by czysto świeckie sprawy osób duchownych, jak to: kontrakty ugodowe, długi, sukcesye testamentowe lub rodzinne były rozpoznawane i rozstrzygane przez sędziów świeckich. Z tegoż samego powodu Jego Świątobliwość nie sprzeciwia się, by sprawy duchownych w przedmiocie zbrodni i występków, karanych prawami państwowemi, były wnoszone przed sędziów świeckich4.

Te same ustępstwa bądź to wyraźnie bądź milcząco poczyniono Francyi, Belgii i prawie wszystkim innym krajom katolickim; i niema żadnych ze strony Kościoła danych, aby tenże Kościół chciał na przyszłość obstawać za zachowaniem praw kanonicznych w tej materyi. We Francyi szczególniej, od czasu konkordatu kapłani na równi z innymi obywatelami kraju bywają sądzeni przez trybunały świeckie, a przecież taki stan rzeczy nigdy nie spowodował zatargu między rządem i episkopatem lub Stolicą świętą.

Nauka więc i praktyka Kościoła w przedmiocie tej nietykalności kościelnej jest bardzo rozumne i nadzwyczaj roztropne.

IV.

O nietykalności rzeczowej, t. j. o nietykalności, jaką posiadały niegdyś rzeczy poświęcone Bogu, nie wiele mamy do powiedzenia. Głównie rodzaje tej nietykalności były następujące: odnośnie do miejsc świętych: prawo przytułku (ius asyli); odnośnie do dóbr kościelnych: wolność od podatków i prawo nieprzedawalności (inalienabilitas).

U wszystkich prawie narodów świątynie korzystały z prawa przytułku. W starożytności poganie, podobnie jak i żydzi, uważali miejsca i budynki poświęcone Bogu za niedostępne dla siły zbrojnej nawet wtedy, kiedy ona występowała w imię sprawiedliwości; nie chciano, by tam płynęła inna krew, prócz krwi ofiarnej, poświęconej na cześć bóstwa. W ich oczach świętokradztwem był wszelki akt władzy wykonawczej w domu bożym, jako też ściągnięcie ręki na winnego, który udał się pod opiekę Boga, pozwalającego mu ukrywać się w jego świątyni. Toż samo uczucie poszanowania miejsc świętych skłoniło chrześcijan do podobnegoż postępowania, i od pierwszych wieków Kościoła widzimy prawo przytułku, zapewnione miejscom świętym zarówno przez prawo kanoniczne, jak przez prawo państwowe.

Okrom uczucia czci należnej Bogu inne jeszcze pobudki skłaniały starożytnych prawodawców do zachowania i rozszerzenia prawa przytułku, a mianowicie: brak osobistego bezpieczeństwa, bezsilność ówczesnej sprawiedliwości, wreszcie dzikość obyczajów, co wszystko bezustannie wystawiało na wielkie niebezpieczeństwo życie człowieka. Było więc pożytecznie dla dobra społeczeństwa świeckiego, by owa gwałtowna w przodkach naszych krewkość znalazła wędzilo w uczuciu religijnem, od wszelkich innych pobudek mocniejszem.

W dzisiejszych czasach Kościoły nigdzie w Europie nie posiadają prawa przytułku, i pewnie długo jeszcze nie będą go posiadały. I niema co tak bardzo żałować tego prawa ze względu na panujące dziś osłabienie wiary, osobiste bezpieczeństwo, jakie każdy dziś ma zapewnione, ze względu na niezmierne nadużycia, jakieby się z pewnością wyrodziły z prawa przytułku. Jakież to bowiem profanacye miejsc świętych, jakie zamieszanie we wzajemnych stosunkach obywateli państwa, jakież niebezpieczeństwa dla spokoju publicznego sprowadziłaby dziś dla każdego niemal kraju podobna instytucya!

Dla tego też-to Kościół w ugodach z państwami świeckiemi strzeże się bardzo nalegać na ten punkt karności kościelnej; w konkordacie austryackim, który najlepiej ze wszystkich urzeczywistnia w naszej epoce zgodę państwa z Kościołem, było po prostu zastrzeżone, aby „nietykalność miejsc świętych była szanowana o tyle, o ile na to pozwala sprawiedliwość i bezpieczeństwo publiczne,” co w praktyce redukuje się prawie do zera. Co najwięcej, to pod tym względem żądać możemy, aby sprawiedliwość ludzka, wkraczając na miejsca Bogu poświęcone, nie zapominała o poszanowaniu należnem Temu, który jest samą sprawiedliwością, i od którego wszelka prawdziwa sprawiedliwość pochodzi.

Z tąż samą roztropnością odstąpił Kościół od należnych sobie niegdyś swobód w przedmiocie podatków. W oczach naszych przodków dobra kościelne były dobrami Boga samego, a tem samem już były całkowicie wyjęte z pod władzy panujących, i wolne od wszelkich ciężarów państwowych. Surowe kary kościelne nadawały sankcyę tej nietykalności, i pomimo pewnego oporu, społeczność świecka ją uznawała.

Przeglądając dzieje świata, dziwimy się niekiedy owemu zapałowi, z jakim Kościół bronił ustawicznie tego przywileju. Niesprawiedliwością byłoby przypisywać ten zapał chciwości duchowieństwa; papieże i biskupi kierowali się innemi pobudkami, daleko szlachetniejszemi, niż miłość dóbr tego świata. W istocie bowiem, majątek kościelny służył nietylko do zaopatrywania potrzeb i zabezpieczania niezależności duchowieństwa, ale nadto miał on zaspokajać potrzeby ubogich i kalek, których ciężar spadał podówczas na Kościół. Duchowieństwo walczyło przeto nietylko w swojej sprawie, ale i w sprawie biednych, których było, że tak powiem, ekonomem.

Ten właśnie wzgląd na pożyteczność majątku kościelnego, przeznaczonego na wydatki kultu publicznego, na utrzymanie szpitali i wszelkich dobroczynnych instytucyi, zarówno jak na utrzymanie duchowieństwa, tłómaczy nam, dla czego ta nietykalność wydawała się niegdyś tak naturalną. Co się zaś tyczy nietykalności, jaką się cieszyły osobiste majątki duchownych, to wzięła ona początek ze wspaniałomyślności panujących. I jedna i druga znikły dziś przeważnie i Kościół też zrzeka się ich z łatwością. Wolność od podatków miała niegdyś wysoką wartość z powodu chciwości i wszechwładzy książąt, którzy przez podatki, podzielone bardzo nierównomiernie, mogli w pewnych okolicznościach doprowadzić Kościół i instytucye dobroczynne do zupełnej nędzy. Dziśtakie niebezpieczeństwo Kościołowi nie zagraża. Wreszcie i pobór podatków jest prawidłowy i mądrzej niż w owe czasy rozłożony.

Dodajmy do tego, że dziś Kościół obficiej niż wówczas korzysta z dochodów publicznych. Prawie wszędzie państwo przyczynia się przynajmniej w części do budowy i utrzymania świątyń, seminaryów, sług ołtarza, ma pieczę nad szkołami i nad pewną częścią ubogich, podczas gdy niegdyś wszystkie te obowiązki ciążyły wyłącznie na Kościele. Dziś, dzięki zasobom skarbów państwowych, bezpieczeństwo publiczne lepiej zapewnione, drogi wygodniejsze, stosunki bez porównania łatwiejsze. Z dobrodziejstw tych korzysta Kościół na równi z osobami prywatnemi; naturalna rzecz przeto, aby i on przyczyniał się w miarę możności do udogodnienia warunków ludzkiego życia? Oto przyczyny, dla których Kościół okazuje się tak łatwym w układach co do tego punktu; płaci on podatki we Francyi, w Belgii, w Austryi, we Włoszech, w całej niemal Europie, a nigdzie przecież nie uskarża się na nie, nigdzie nie żąda wznowienia swej dawnej nietykalności.

Z tych samych również powodów prawo kościelne de non alienandis rebus ecclesiasticis jest tylko częściowo zachowywane. Miało ono za podstawę cześć należną Bogu i wszystkiemu, co się do Boga odnosi; dobra kościelne uważano jako dobra Boga samego, i jako takie, mówili nasi przodkowie, in hominum commercio versari non possunt. Co raz zostało poświęcone Bogu, nie powinno już nigdy tracić charakteru świętego, nie powinno zostawać na nowo własnością ludzi i służyć do celów świeckich.

Oczywiście, że taka delikatność uczucia religijnego byłaby dziś niezrozumiałą. Lecz przywilej nietykalności z innego jeszcze powodu był bardziej pozytywnego znaczenia, a mianowicie z powodu swej pożyteczności. Dobra, nadane Kościołowi, bywały zazwyczaj obciążane pewnymi ciężarami wieczystymi na rzecz ogółu, a mianowicie na rzecz ubogich; jeśliby prawa kościelne i świeckie dozwalały kapłanom a nawet i biskupom, stosownie do ich uznania, sprzedawać dobra kościelne, wystawiałyby na niebezpieczeństwo majątek ogółu i ubogich; nierzadko bowiem najlepsi kapłani i najlepsi biskupi najgorszymi bywają administratorami w rzeczach doczesnych. Musiało zatem niebezpieczeństwu temu radzić prawo nieprzedawalności, utrzymujące wszystkie Kościoły partykularne pod opieką Stolicy Apostolskiej.

Nietykalność ta dzisiaj z wielką trudnością dałaby się pogodzić z prawami świeckiemi o wywłaszczeniu dla dobra publicznego, i ani skarb, ani wierzyciele nie zgodziliby się czekać na pozwolenie z Rzymu dla uzyskania prawomocności swych żądań, skoroby było rzeczą konieczną sprzedać jakieś dobra kościelne, aby ich zaspokoić. Kościół więc zrobił ofiarę i z tej nietykalności.

Otóż wyczerpaliśmy całą seryę główniejszych zarzutów, czynionych Kościołowi w kwestyi nietykalności kościełnej. Każdy człowiek dobrej woli przyzna, że nauka Kościoła w tej materyi ze wszech miar jest rozumna, i że postępowanie Kościoła jest nowym dowodem jego zdolności zastosowania się do potrzeb wszystkich czasów.

Footnotes

  1. Sess. 25, cap. 20, de Reform.

  2. De Clericis, l. 1 cap. 26.

  3. Hist. eccl. saecul. XV et XVI, in schol. ad art. 2.

  4. Art. XIII i XIV.