EWANGELIE. (Cuda Ewangelii).

Ewangelia podaje wielką ilość cudownych wydarzeń, z których jedne zostały dokonane przez samego Jezusa Chrystusa, innych zaś dokonał przez wzgląd na Syna Ojciec przedwieczny. (Prw. Hettinger, Apologetik, t. I; str. 355). Cuda te stanowią główny, zasadniczy dowód wiary chrześcijańskiej.

Cuda zdziałane przez Jezusa Chrystusa.

Jedne z tych cudów miały za przedmiot żywioły, a inne ludzi. „Pierwsze, mówi wyżej wspomniany pisarz, są widocznym dowodem władzy Chrystusa nad przyrodą, są zapowiedzią przyszłego uwielbienia wszechświata oraz godłem zbawczej działalności Chrystusa względem dusz w Jego Kościele zostających.”

Do rzędu tych cudów należą: uśmierzenie burzy, chodzenie Zbawcy i Jego uczniów po wodzie, przemienienie wody w wino, tudzież rozmnożenie chlebów i ryb wobec kilkotysięcznej rzeszy.

Cuda zdziałane w ludziach są: cudowne uzdrowienia chorych, uwolnienie opętanych od dyabła i wskrzeszenie umarłych. Z uzdrowień najznakomitsze są: uzdrowienie ślepego od urodzenia, opowiedziane przez św. Jana, uzdrowienie ślepych z Jerycho, niewiasty krwotok cierpiącej, paralityka nad sadzawką Betsaidy i innego paralityka w Galilei, uzdrowienie trędowatego wkrótce po kazaniu na górze, i dziesięciu innych trędowatych, uleczonych później, wreszcie uzdrowienie syna urzędnika królewskiego i sługi setnika.

Najznakomitsze cuda uwolnienia od opętania są: wyrzucenie czartów z dwóch opętanych w krainie Gerazeńczyków, z innego opętanego w synagodze w Kafarnaum, z jednego epileptyka i jednego głuchoniemego, których choroba była sprawą dyabelską... Ewangelia wylicza także trzy wskrzeszenia umarłych: wskrzeszenie syna wdowy z Naim, córki Jaira, przełożonego bóżnicy, i wskrzeszenie Łazarza.

Ewangeliści opowiadają szczegółowo tylko drobną cząstkę cudów, zdziałanych nad ludźmi przez Jezusa; powielekroć zaś powtarzają, iż przyprowadzono do Jezusa wszelkiego rodzaju chorych, a On ich wszystkich uzdrawiał. (Łuk. VI, 19; IX, 2; Mat. IV, 23; XI, 14).

Odpowiedź, dana przez boskiego cudotwórcę dwom posłom Jana Chrzciciela, pozwala wnosić, że więcej było wypadków wskrzeszenia umarłych, aniżeli te trzy, które wymienia Ewangelia. (Mat. XI, 5; Łuk. VII, 22). Gdyż, jeśli to prawda, że poselstwo od św. Jana do Chrystusa wywołane zostało wskrzeszeniem młodzieńca z Naim, to po tem poselstwie nastąpiło wskrzeszenie córki Jaira i Łazarza. Wyrazy bowiem mortui resurgunt (umarli zmartwychwstają) odnoszą się prawdopodobnie do owych wskrzeszeń, których Ewangelie szczegółowo nie wymieniają.

Okazując w ten sposób swoją moc cudotwórczą nad ludźmi, Chrystus, zdaniem Ojców Kościoła, nietylko chciał dawać ludziom dowody swej boskiej opieki, lecz nadto, przez ten cudowny wpływ na ciała, chciał symbolicznie wyrazić swój wpływ na dusze w drodze łaski. Jako Odkupiciel, uwalniał On dusze od niemocy, będących następstwem grzechu, i od niewoli szatana, pierwszego sprawcy grzechu; a tym sposobem przywracał duszom, krwią swoją odkupionym, nadprzyrodzone życie łaski, symbolicznie przez życie ciał wyrażone.

Rzeczywistość omawianych przez nas cudów stwierdzają:

a) odnośnie do większości cudów zgodny opis, podany przez wielu współczesnych opowiadaczy, b) świadectwo ludu, wśród którego one się działy, c) sami nieprzyjaciele Jezusa Chrystusa, d) Jezus osobiście głoszący, iż czyni te dzieła mocą potęgi boskiej, udzielonej sobie przez Ojca, e) liczne zeznania nowożytnych krytyków, nieprzychylnie usposobionych względem cudów Ewangelii.

Przystąpmy do szczegółowego rozbioru powyższych punktów.

a) Krytyka historyczna, powołana do osądzenia przedmiotowej prawdziwości jakiegoś starożytnego faktu, nie waha się z wydaniem przychylnego wyroku, skoro wydarzenie to stwierdzają współcześni wiarogodni mężowie, a zwłaszcza skoro można sprawdzić, że rozmaici historycy, mówiący o danym historycznym fakcie, nie przepisali go jedni od drugich, ani nie zasięgali wiadomości o nim z jednego i tego samego źródła. Otóż tak się rzecz ma z większością cudów Ewangelii. Pisze o nich kilku ewangelistów, niezależnie jeden od drugiego, którzy nawet skutkiem tego różnią się co do niektórych szczegółów i co do sposobu opowiadania faktów. Różnice te wytwarzają niekiedy poważne trudności, nie tyle co do istoty opowiadania, ile co do niektórych pobocznych okoliczności. Tak np. trzej synoptycy (Mateusz, Marek, Łukasz) jednogłośnie twierdzą, że uzdrowienie ślepego odbyło się u bram Jerycha, ale św. Mateusz i św. Marek odnoszą to uzdrowienie do chwili wyjścia Jezusa z miasta, podczas gdy św. Łukasz odnosi je do chwili wejścia do tego miasta.

Prawdziwość cudów, o których opowiada jeden tylko ewangelista, poręczana bywa przez wypróbowaną jego dokładność, ponieważ ten sam ewangelista inne wypadki opowiada z tą samą dokładnością, jednogłośnie z innymi ewangelistami. Wreszcie świadectwo Ewangelistów potwierdza jeszcze św. Piotr, w mowie wygłoszonej do tłumu, po zesłaniu Ducha Świętego. Powołuje się on w tej mowie na cuda Chrystusa temi słowy „Mężowie Izraelscy... Jezusa Nazareńskiego, męża od Boga poświadczonego u was mocami, i cudami, i znakami, które czynił Bóg przezeń między wami, jako i wy wiecie: tego.... zatraciliście.” (Dz. Ap. II, 22—23. Prw. Dz. Ap. X, 38).

b) Cuda Chrystusa działy się publicznie, po większej części wobec licznych tłumów ludu. Naocznymi świadkami większości tych cudów były liczne rzesze, które głośno rozpowiadają fakta i ich cudowne cechy. Tak np. po cudownem rozmnożeniu chlebów, rzesza, która je spożyła, wołała, że Jezus jest prawdziwie tym prorokiem, którego oczekiwano, i dla tego chce Go królem obwołać. Na widok młodzieńca z Naim, przywróconego do życia, świadkowie cudu wykrzykują, że wielki prorok powstał między nimi i Bóg nawiedził lud swój. „Nigdy się tak nie działo w Izraelu,” wołały rzesze, słysząc mowę niemego, którego Jezus uleczył. Cuda te właśnie, tak świetne i tak liczne, ściągają całe rzesze ku Jezusowi, a w uczniach rozbudzają weń wiarę. Do nawróconych w ten sposób należy Nikodem, biegły w zakonie członek sanhedrynu.—„Rabi, rzekł on do Jezusa, wiemy, iżeś przyszedł od Boga Nauczycielem, bo żaden tych znaków czynić nie może, jeśliby z nim Bóg nie był.” (Jan III, 2; Prw. Jan II, 23; VI, XII, 8). — Niepodobna, aby całe rzesze pomyliły się co do faktów tak oczywistych i tak łatwych do sprawdzenia, jak fakta, które opowiada historya ewangeliczna o Zbawcy. Tem bardziej nie można przypuścić podobnej pomyłki u biegłego w prawie faryzeusza.

c) Co większa, najbardziej zacięci nieprzyjaciele Chrystusa, najwyżsi kapłani, uczeni i faryzeusze, aczkolwiek zależało im bardzo na zaprzeczaniu istnienia cudownych czynów Jezusa, sami dają świadectwo przedmiotowej rzeczywistości tych cudów. — „Cóż uczynimy, mówili oni na Wielkiej Radzie, albowiem ten człowiek wiele cudów czyni? Jeśli go tak zaniechamy, wszyscy weń uwierzą.” (Jan XI, 47—48). — Najwyższy kapłan Kaifasz nie znalazł innej odpowiedzi, prócz tej, że trzeba się pozbyć cudotwórcy (tamże 49—50). A kiedy później apostołowie opowiadali Ewangelię w Imię Jezusa i swoje opowiadanie opierali na Jego cudach, członkowie Najwyższej Rady ani na chwilę nie myślą zaprzeczać lub w wątpliwość podawać prawdziwości tych cudów; starają się jedynie zamknąć usta świadkom. Za życia Chrystusa uciekają się do nędznego wykrętu, że Jezus wygania czarty mocą dyabelską, a jedno słowo Zbawcy wystarcza, aby ich przekonać o niedorzeczności ich mowy.

d) Oprócz świadectwa uczniów Chrystusa, narodu żydowskiego i nieprzyjaciół Zbawiciela, mamy jeszcze świadectwo samego Cudotwórcy, świadectwo pierwszorzędnej wagi w sporze pomiędzy racyonalistami a prawowiernymi chrześcijanami.

W oczach najbardziej stanowczych przeciwników wszystkiego co nadprzyrodzone (nie mówimy o rzadkich wyjątkach), Jezus jest co najmniej człowiekiem wielkiej mądrości, nieposzlakowanej uczciwości i świętości, co Go czyni ideałem doskonałości ludzkiej.

Skoro więc taki człowiek obwieszcza, że spełnia swoje cudowne czyny mocą boskiej potęgi, skoro je podnosi jako znaki, wybrane przez Boga dla potwierdzenia posłannictwa swego boskiego Syna, człowiek ten, tak mądry, nie może być ofiarą złudzenia, człowiek ten, tak uczciwy, nie mówi kłamstwa, człowiek ten, tak święty, nie gra roli podłego kuglarza i oszusta, równie bezbożnego jak bezwstydnego. Otóż, niema nic bardziej jasnego w Ewangelii nad to świadectwo, które Jezus oddaje swym własnym czynom. Pewnego razu uzdrowił jakiegoś nieszczęśliwego opętanego, którego dyabelskie opętanie uczyniło głucho-niemym. Lud, zdumiony tym wypadkiem, woła w zachwyceniu: „Nie ten li to Syn Dawidów?” „Nie, odpowiedzieli faryzeusze, ten (człowiek) nie wygania czartów, jedno przez Belzebuba, książęcia czartowskiego.” — Na to odpowiedział Jezus: „Wszelkie królestwo, rozdzielone przeciwko sobie, będzie spustoszone... A jeżeli szatan szatana wyrzuca, przeciwko sobie jest rozdzielony: jakoż tedy ostoi się królestwo jego?... Jeśli ja duchem Bożym wyganiam czarty, tedyć na was przyszło królestwo boże.” (Mat. XII, 22—28). — On też rzekł do paralityka: „Ufaj synu, odpuszczają się grzechy twoje.” Uczeni szemrali i krzyczeli, że zbluźnił, a Chrystus rzekł do nich: „Iżbyście wiedzieli, że moc ma Syn człowieczy na ziemi odpuszczać grzechy,” (tedy rzekł powietrzem ruszonemu): „Wstań, weźmij łoże twe, a idź do domu twego.” „I wstał i poszedł do domu swego.” (Mat. IX, 2—7).

Innym razem powiedział do żydów: „Jeśliż nie czynię spraw Ojca mego, nie wierzcie mi! A jeśli czynię, chociażbyście mnie wierzyć nie chcieli, wierzcież uczynkom, abyście poznali i wierzyli, że Ojciec jest we mnie, a ja w Ojcu.” (Jan X, 37, 38). — Na innem jeszcze miejscu, mówiąc do swych uczniów o niewierności żydów, dodaje: „Bych był między nimi uczynków nie czynił, których żaden inszy nie czynił, nie mieliby grzechu, lecz teraz i widzieli i nienawidzili mnie i Ojca mego.” (Jan XV, 24). — Nakoniec, uzdrowiwszy człowieka od lat trzydziestu ośmiu powietrzem ruszonego, tłómaczy uczonym, że władzę swą bierze od Ojca i mówi wyraźnie: „Same uczynki, które ja czynię, świadczą o mnie, iż mnie Ojciec posłał.” (Jan V, 36).

e) Bardzo też cenne są wyznania przedstawicieli najradykalniejszej krytyki destrukcyjnej o cudach Chrystusa. Lubo Strauss, idąc torem swojego systemu, poczytuje cuda Ewangelii za mity, przyjmuje wszelako niektóre z nich za prawdziwe fakta historyczne, uznaje bowiem, że znieść je wszystkie, znaczyłoby to zerwać całe pasmo historyczne życia Zbawiciela. Oto jego słowa (Streitschriften, III, str. 153): „Jego władza nad duszami, z którą łączyła się może lecznicza siła fizyczna, dokonywała uzdrowień, które staramy się objaśnić w naszych oczach przez podobieństwo z siłą magnetyczną. Odnośnie do wszystkich uzdrowień, umysł nasz wynajduje ich tłómaczenie w podnoszącym się i opadającym do nieobliczonej wysokości wpływie ludzkiego ducha na własny organizm; wychodząc z tego punktu widzenia, mogę sobie w myśli wynaleźć wszystkie możliwe wyjaśnienia nie tylko wypędzania czartów, lecz i uzdrawiania paralityków, ślepych i t. d.” Zdanie to sławnego mitologa źle nam odsłania wewnętrzne jego zakłopotanie. Na teraz wystarcza nam to jego uznanie przedmiotowej rzeczywistości niektórych faktów wypędzenia czartów i niektórych cudownych uzdrowień, dokonanych przez Zbawcę.

Inny racyonalista, Hausrath, przyznaje również rzeczywistość uzdrowień, polegających, według niego, na nerwowych wzruszeniach; Schenkel zaś znajduje wyjaśnienie tych uzdrowień w nadzwyczajnych osobistych przymiotach cudotwórcy. Z francuskich pisarzów przytoczymy tylko słowa Renana (Vie de Jésus illustrée, str. 178): „Prawie wszystkie cuda, jakie Jezus rzekomo zdziałał, zdają się być cudownemi uzdrowieniami... Medycyna naukowa, uprawiana od pięciu wieków w Grecyi, w epoce Jezusa prawie była nieznana żydom palestyńskim. Wobec takiego stopnia rozwoju umysłowego już sama obecność człowieka wyższego, obchodzącego się z chorym łagodnie i dającego mu pewnymi zewnętrznymi znakami zapewnienie uzdrowienia, bywa często stanowczem lekarstwem. Któżby śmiał zaprzeczyć, że w wielu wypadkach, wyjąwszy jakieś szczególne choroby, samo dotknięcie ze strony pożądanej osoby równa się leczniczym środkom aptekarskim. Niekiedy sama przyjemność patrzenia na taką osobę uzdrawia. Daje ona to, co może dać: uśmiech, nadzieję, i to nie bywa daremne.” Już w samych tych słowach widać przyznanie istnienia faktów z usiłowaniem naturalnego ich wytłómaczenia.

Łatwo pojąć, jak niedorzecznem jest to rzekome tłómaczenie cudów Chrystusa za pomocą ukrytych sił fizycznych, działających na system nerwowy chorych. W rzeczy samej bowiem, jeśli niekiedy choroby, mające siedlisko w systemie nerwowym, jak paraliż, epilepsya, dają się uleczyć w jednej chwili przez nadzwyczajne jakieś fizyczne wstrząśnienie, jak np. przy pomocy hypnotyzmu, to rzecz oczywista, że te same siły nie mogą żadną miarą w jednej chwili uleczyć ran trądu, nie mogą przywrócić wzroku ślepemu od urodzenia, ani słuchu głuchoniememu. Tembardziej nie mogą one przywrócić życia trupowi, uległemu już pośmiertnemu rozkładowi. Prawda, że fakta podobne zaliczają racyonaliści do rzędu mitów i legend; lecz taka ich ocena jest zbyt samowolna, i znać aż nadto dobrze, iż wynaleziona została jedynie w celu poparcia z góry postawionego założenia.

Cuda zdziałane przez Boga Ojca na rzecz swego Syna.

Takimi cudami są cuda poprzedzające narodzenie Jezusa i spełnione w chwili Jego narodzenia, mianowicie: zwiastowanie Jego wcielenia, przyniesione Maryi przez anioła Gabryela, wesoła nowina Jego narodzenia, ogłoszona pasterzom przez chóry anielskie, a mędrcom przez cudowną gwiazdę, niebieskie poselstwo, nakazujące Józefowi ucieczkę do Egiptu, a potem powrót do ziemi żydowskiej. Dalej, do takich cudów należy: zesłanie Ducha Św. na Jezusa i głos Ojca uznający Go po chrzcie za swego Syna; chwalebne przemienienie Jezusa, cuda wzburzonej przyrody w chwili śmierci Jezusa, wreszcie zmartwychwstanie i wniebowstąpienie ze wszystkiemi towarzyszącemi im cudownemi okolicznościami.

Z pomiędzy tych wszystkich cudów najważniejszy jest cud chwalebnego zmartwychwstania Chrystusowego. Chrystus sam się nań powołuje, jako na niezbity dowód swego boskiego postannictwa; to też cud ten najmocniej ze wszystkich cudów został udowodniony, zarówno pod względem rzeczywistości faktu i jego okoliczności, jak i pod względem jego nadprzyrodzonego charakteru dowodowego. Zmartwychwstanie to Chrystusa rozważymy w innym odrębnym artykule.

Cuda spełnione przez Boga Ojca w chwili śmierci Syna, mianowicie: zaćmienie słońca, trzęsienie ziemi, otworzenie się grobów, zrobiły takie wrażenie na obecnych, że setnik, trzymający straż przy krzyżu, wyznał boskość ukrzyżowanego, a tłumy widzów, zniewolonych w siebie, bijąc się w piersi, korzyły się i wyznawały popełnioną zbrodnię.

Przemienienie Jezusa miało za świadków tylko trzech apostołów, i wywarło na nich głębokie wrażenie. W wiele lat potem św. Piotr odwołuje się do tego cudu, jako do świetnego dowodu boskiego posłannictwa i chwalebnego przyjścia swego Mistrza. (II Piotr, 1, 16—18).

Głos Ojca i ukazanie się Ducha Św. przy chrzcie Jezusa były jakby urzędowem rozpoczęciem Jego apostolskiego żywota; dwa te cuda objawiły osobę Messyasza Janowi św.; Jan zaś, dając poznać swemu otoczeniu wysokie przeznaczenie i najwyższą godność Jezusa, dostarczył Temuż pierwszych uczniów Andrzeja i Jana.

Odnośnie do cudów, które zapowiadały przyjście Jezusa na świat, święci ewangeliści Mateusz i Łukasz prawdopodobnie tylko od Najśw. Panny otrzymali o nich wiadomości, gdyż, zdaje się, że Józef umarł w czasie ukrytego życia Jezusa. Atoli to świadectwo Najświętszej Panny, aczkolwiek jedyne tylko, ze wszech miar zasługuje na wiarę tak pod względem szczerości, jak wiadomości świadka, od którego pochodzi.

Nadprzyrodzony charakter główniejszych cudów Zbawcy.

Uśmierzenie burzy i chodzenie po wodzie.

Gdy po raz pierwszy Chrystus rozkazywał morzu, znajdował się w łodzi za swymi uczniami, a inne łodzie płynęły tuż obok po morzu Tyberyackiem. Wzburzone gwałtownym wiatrem fale miotały łódką i groziły jej zatopieniem. Tymczasem Mistrz spał snem głebokim. — Budzą Go więc uczniowie i błagają o pomoc. Jezus wyrzuca im małą wiarę, a następnie mówi morzu: „Malcz, zamilknij!” (Mar. 4, 39). Natychmiast wiatr ustał i zrobiła się cisza wielka. Wszyscy obecni zdjęci przerażeniem zawołali: „Któż, mniemasz, ten jest, że i wiatr i morze są mu posłuszne?” — Nawet silna burza może czasami uspokoić się w dość krótkim czasie, ale żaden zbieg sił przyrodzonych nie może sprowadzić takiego skutku w jednej chwili, na jedno proste słowo człowieka. Uważmy także, iż Jezus nie wybiera przyjaznej chwili dla okazania swej mocy; to uczniowie decydują o tej chwili i budzą Mistrza. Okrzyk ich strapienia: „Panie, zachowaj nas, giniemy!” dowodzi, że w tej chwili z całą wściekłością burza szaleć musiała, więc naturalnym porządkiem rzeczy powinna była czas jakiś trwać jeszcze i stopniowo się uspakajać. Zresztą, bez niegodziwego oszustwa nie mógłby Jezus nakazywać spokoju morzu, gdyby same fale w naturalny sposób łagodniały. A zatem obecni, głosząc cud, potwierdzili tylko rzeczywistość faktu, który zdarzył się przed ich oczami. Strauss wyznaje, że „z samego sposobu, w jaki ewangeliści opowiadają spełnienie się tego faktu, jesteśmy zmuszeni uznać jego cudowność.” (Vie de Jésus, trad. de Littré, t. II, p, 189). Dochodzi on do tego wniosku, obaliwszy uprzednie naturalistyczne tłómaczenia tego faktu, t. j. że Jezus przewidział blizki koniec burzy, że wówczas gorącemi słowy przemówił do apostołów i że wlał do serca ich ufność, iż wielki prorok nie zginie. Powiedziawszy to, Strauss, zgodnie ze swym systemem, ucieka się do tłómaczenia mitycznego: Mojżesz rozdzielał morzu, a zatem trzeba, by tego samego dokonał Messya.

W innym artykule tego Słownika damy odprawę systemowi mitycznemu, odnośnie do faktów ewangelicznych; zbyteczna więc powtarzać ją przy każdym poszczególnym zarzucie.

Innym razem, w nocy, bezpośrednio po cudzie rozmnożenia chlebów, Jezus chodząc po morzu, przybliżył się do Apostołów, i wszedłszy do ich łodzi, w jednej chwili uspokoił wiatr przeciwny, który utrudniał im posuwanie się po wzburzonej fali. Św. Mateusz dopełnia opowiadania św. Marka i św. Jana szczegółem, iż Piotr, usłyszawszy Jezusa mówiącego: „Miejcie ufność, jam jest, nie bójcie się,” odrzekł mu: „Panie, jeśliś ty jest, każ mi przyjść do siebie po wodach.” A Jezus rzekł mu: „Przyjdź.” Piotr wyszedł z łodzi i chodził po wodzie, lecz widząc gwałtowny wiatr, uląkł się i począł tonąć; wówczas to zawołał: „Panie, zachowaj mię.” Jezus ściągnąwszy rękę, uchwycił go, mówiąc: „Małej wiary, czemuś wątpił?” Ciało wyjęte z pod praw ciężkości jest jednem z tych zjawisk, które zdawały się zawsze być przeciwnemi prawom rządzącym materyą. Atoli skutek taki może być wywołany przy pomocy dobrych lub złych aniołów. Przykładów na to dostarcza nam Biblia: anioł dobry przeniósł w powietrzu proroka Habakuka aż do lwiej jamy, do której wrzucono Daniela (Dan. XIV, 35); zły duch poniósł Jezusa na wierzchołek świątyni i na wysoką górę. (Mat. IV, 5, 8).

Za naszych czasów niektórzy uczeni starają się zjawiska te sprowadzić do rzędu produkcyi hypnotycznych i nazywają je lewitacyą. Zapewniają, że niektórzy hypnotyzerzy wywołują często lewitacyę w przedmiotach, ich wpływowi poddanych. Nie czas jeszcze po temu, by wydawać sąd o wartości tych twierdzeń i o naturze przyczyn, wywołujących lewitacyę. W każdym jednak razie, jeśli przytaczane dziś fakta są prawdziwe, to wydaje nam się rzeczą bardzo prawdopodobną, jeśli nawet nie pewną, że przyczyną ich jest ukryte działanie dyabelskie. Cokolwiek zresztą wypadnie o tem sądzić, w omawianym przez nas fakcie ewangelicznym niema mowy ani o hypnotyzerach, ani o hypnotyzowanych. Pochyleni nad wiosłami Apostołowie czynią próżne wysiłki, by pokonać wiatr im przeciwny, i wtedy właśnie widzą Jezusa, idącego ku nim po wodzie. Zdaje im się naprzód, że widzą widmo i wydają okrzyk przerażenia; uspakajają się dopiero na głos Mistrza. Wszystko to wskazuje na ich normalny stan psychologiczny. Co się tyczy Piotra, wszystko też jest naturalne, nic nie wskazuje hypnozy. A zatem, jako sposób wytłómaczenia opowiadania ewangelicznego pozostaje sama tylko przyczynowość nadprzyrodzona, t. j. wyższa siła Boga-Człowieka. Szkoła naturalistyczna wpadła na pomysł przetłómaczenia wyrazów περιπατεῖν ἐπὶ τῆς ϑαλάσσης (ambulare super mare—chodzić po morzu) przez przechodzić po brzegu morza, podobnie jak się mówi στρατοπεδεύειν ἐπὶ τῆς ϑαλάσσης (castrametari super mare) obozować nad morzem. Lecz jak dobrze zauważył Strauss, uczniowie byli na pełnem morzu (Mat. XIV, 24), jakżeby więc Jezus zbliżył się ku nim, idąc po wybrzeżu? Zresztą, Piotr, wyszedłszy z łódki, szedł po wodzie i zaczął tonąć; o nim więc chyba już nie można powiedzieć, że szedł ku Mistrzowi po brzegu morza. To też Strauss, nie widząc innego wyjścia, ucieka się znowu do tłómaczenia mitycznego: chodzenie po wodzie jest to tylko idealne do Jezusa zastosowanie przejścia Izraelitów przez morze Czerwone i przez Jordan, z tą różnicą, że w pierwszym wypadku wody cofają się, w drugim zaś tężeją pod stopami wybrańca bożego.

Cud na godach w Kanie Galilejskiej.

Jezus na prośby swej matki rozkazuje sługom godowym napełnić wodą sześć dużych stągwi, zawierających razem kilkanaście hektolitrów płynu. Gdy je napełniono po brzegi, kazał czerpać z tych naczyń i ponieść płyn przełożonemu wesela; a ten skosztowawszy zaświadczył, że jest to wyborne wino. Naturalizm widzi w tem wszystkiem tylko kuglarską sztuczkę. Jezus miał jakoby kazać przywieść to wino bez wiedzy gości i gospodarza, i kazał je podać w krytycznej chwili... Utrzymywać coś podobnego jest to twierdzić, w jaki sposób ktoś mógłby sprawić dowcipną niespodziankę na weselu, ale w twierdzeniu takiem niema ani słowa prawdy, zgodnej z opowiadaniem ewangelicznem. Słudzy czerpali wino z tych samych stągwi, które przed chwilą własnemi rękoma aż do wierzchu napełnili wodą. Nie jest to zatem wino zawczasu przygotowane. Jezus nie dotyka się stągwi; są to duże naczynia kamienne, stale umocowane przy wejściu do sali godowej, i służące do ablucyi praktykowanych u żydów przed przyjmowaniem pokarmów. Żadna naturalna przyczyna nie jest w stanie wyjaśnić tej nagłej przemiany w wino wody, przed chwilą przyniesionej. Utrzymywać, jakoby słudzy i Marya należeli do tej zmowy i jakoby sami tylko goście byli oszukani, jest zniżać Jezusa do roli, niezgodnej z Jego prawdomównością i uwłaczającej powadze Jego charakteru; jest to przypuszczać wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, że św. Jan nie wiedział nigdy, jak się rzeczy działy w Kanie Galilejskiej. Zbytecznie dodawać, że hypoteza ta nie zgadza się z natchnieniem ewangelicznego opowiadania. Lecz ponieważ przeciwnicy cudów nie uznają tego natchnienia bożego, przeto musimy ten argument na razie pominąć.

Mitologowie znowu występują przeciw cudowi w Kanie z zarzutem natury etycznej. Niepodobna przypuścić, mówią niektórzy, by Jezus chciał popierać pijaństwo cudami. Odpowiadamy im na to, że nic nie dowodzi, by w Kanie przekroczono granice umiarkowania, gdyż wyrażenie: cum inebriati fuerint (gdy się napili), użyte przez przełożonego wesela, jest hebraizmem, oznaczającym tylko pewne nasycenie się napojem, jakie następuje zwykle pod koniec uroczystych obiadów. — Co najmniej, mówią oni, cud ten byłby bez pożytku i bez żadnego związku z posłannictwem Chrystusa, gdyż nie odpowiadał żadnej rzeczywistej potrzebie bliźniego i nie przyczyniał się do rozszerzenia królestwa bożego. Czynienie podobnych cudów nie zgadza się z charakterem Chrystusa, to też widzimy, że Chrystus nie czyni cudów na wezwanie złego ducha na puszczy i na wezwanie Heroda podczas swej męki. — Błądzą nowożytni ci faryzeusze, gdy przyganiają Jezusowi ten dowód uprzejmej grzeczności względem niezamożnych nowożeńców i synowskiej uległości względem najbardziej kochającej Go matki; niezdolni są oni pojąć tajemnic królestwa bożego: mistycznych zaślubin Chrystusa z Kościołem, wyraźnego zadatku eucharystycznej przemiany, sakramentalnego małżeństwa uświęconego w owem zjednoczeniu, jakie było figurą Sakramentu małżeństwa. — Wnioskujemy tedy, że dla każdego umysłu, nieopanowanego wstrętem ku rzeczom nadprzyrodzonym, w Kanie Galilejskiej wszystko tak się działo, jak opowiada Jan święty. Pan Jezus, według słów ewangelisty, objawił tam swą chwałę, t. j. swą boską potęgę, a cud zdziałany tam przez Niego, był dostatecznym powodem uwierzenia weń uczniów Jego. (Ob. Jan II, 1—11).

Odwoływanie się do wszystkich cudów Starego Testamentu, gdzie tylko jest wzmianka o wodzie, a to w celu nadania mitycznego znaczenia wypadkom z Kany, jest tak dziwaczne, że samo przez się upada.

Rozmnożenie chlebów i ryb.

Zbawiciel zrobił ten cud dwa razy: naprzód, nakarmiwszy pięć tysięcy ludzi pięciu chlebami i dwiema rybami, a później, nasyciwszy cztery tysiące ludzi siedmiorgiem chlebów i kilku małemi rybkami. Za pierwszym razem ułomki zebrane przez uczniów napełniły dwanaście koszów. O pierwszym z tych cudów opowiadają wszyscy czterej ewangeliści, o drugim tylko św. Mateusz i św. Marek. Jezus sam przypomina dwa te cuda, gdy mówi do uczniów: „Azali nie pamiętacie, gdym pięcioro chleba łamał na pięć tysięcy, wieleście odnieśli koszów pełnych ułomków?.. A gdy siedmioro chleba na cztery tysiące, wielescie koszów zebrali ułomków?” (Mar. VIII). Wobec jednakich prawie okoliczności obu cudów, wystarczy nam wykazać rzeczywistość historyczną pierwszego.

Niema innego faktu ewangelicznego, w którymby wszystkie okoliczności były lepiej określone, jak w cudownym rozmnożeniu chlebów i ryb. Okoliczność czasu określa Jan św. (VI, 4), a mianowicie: na krótko przed Paschą; miejsce cudu — to Galilea, płaska pustynia, rozścielająca się u stóp góry na stronie północno-zachodniej jeziora Genezaret; sposób, w jaki tam przybyły rzesze: pieszo obeszły północny brzeg jeziora, aby połączyć się z Mistrzem który przebył jezioro na łodzi; powód, który sprowadził tam rzesze: były to liczne cuda, któremi Jezus uzdrawiał chorych; liczba słuchaczów najedzonych — pięć tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci; sposób, w jaki stał się cud: liczna rzesza otaczała Jezusa w miejscu pustem; wieczór nadchodził, a nikt jeszcze tego dnia nie przyjmował pokarmu. Dla tego też apostołowie prosili Jezusa, by pozwolił im odejść; na to Jezus odrzekł: „Nie trzeba im odchodzić, dajcie wy im jeść.” A potem zapytał Filipa: „Skąd kupimy chleba, żeby ci jedli?” Filip odpowiedział, że i za dwieście groszy nie starczyłoby chleba dla wszystkich. „A ileż macie chlebów,” pyta wtedy Jezus. Andrzej odpowiada: „Jest-tu jedno pacholę, co ma pięcioro chleba jęczmiennego i dwie ryby, ale co to jest na tak wielu?” Inni, zrobiwszy bezwątpienia poszukiwania, mówią z kolei, że to jest wszystko, co mają pod ręką. Wtedy Jezus, rozkazawszy rzeszom usiąść na trawie, wziął chleb i ryby i, dzięki czyniąc, rozdawał uczniom, a oni rozdawali rzeszy. Pięć tysięcy ludzi jadło do woli, a gdy się nasycili, uczniowie zebrali jeszcze dwanaście koszów ułomków.

Gdy w historyi świeckiej spotyka się wypadek, opisany przez kilku współczesnych pisarzy z najdrobniejszymi szczegółami czasu, miejsca i osób, jako też gdy wszystkie opisy, dopełniając się wzajemnie, stanowią całość, w której wszystkie okoliczności doskonale się z sobą zgadzają, gdy nadto wszystkie te okoliczności wiążą się pomiędzy sobą w jeden łańcuch opowiadania i nie zawierają nic nieprawdopodobnego, to żadna poważna krytyka nie będzie się wahała uznać historycznej dokładności tych opisów, i opisany fakt będzie uważała jako fakt rzeczywisty, odbyty w ten sposób, w jaki o nim opowiadają. Otóż wszystkie wymienione warunki ziszczają się najzupełniej w opowiadaniu ewangelicznem o rozmnożeniu chleba. Rzetelna tedy krytyka nie może upatrywać w opowiadaniu czterech ewangelistów ani prostej allegoryi, ani podania, ani mitu. To też rozbierając zbliska argumenta krytyki przeciwników, dochodzimy do wniosku, że ostatecznie nie mogą oni wytłómaczyć faktów za pomocą samych sił naturalnych, i na tę niemożliwość kładziemy nacisk, dodając zarazem, że po za sferą działania sił przyrodzonych jest jeszcze inna potęga, potęga boska Syna Bożego, jednakiego ze swym Ojcem w naturze i w mocy.

Mitologowie w rozmnożeniu chlebów widzą tylko messyaniczne powtórzenie manny na puszczy, a w rozmnożeniu ryb — powtórzenie ukazania się owych przepiórek, które niegdyś uratowały Izraela od głodu —Naturalistyczne zaś wyjaśnienie tego faktu jest jeszcze bardziej dziwaczne. Mniej zamożni wyczerpali, mówią naturaliści, swe zapasy, bogaci zaś zachowali jeszcze coś dla siebie. Ażeby zachęcić tych ostatnich do podzielenia się pożywieniem z biednymi, Jezus zaczął sam dzielić pięć chlebów i dwie ryby, które stanowiły zapas posiłku apostołów. Przykład Mistrza znalazł naśladowców między bogatymi, i tym sposobem każdy głód swój mógł zaspokoić. — Otóż to piękny wytwór bujnej wyobraźni! Tylko zapominają naturaliści, że podług Ewangelii (Jan VI, 13), dwanaście koszów zebranych ułomków po jedzeniu pochodziło z pięciu chlebów jęczmiennych, które przed chwilą rozdzielono. Renan, swoim zwyczajem, zmyśla jakąś legendę, mając za punkt wyjścia nadzwyczajną wstrzemięźliwość rzeszy, spragnionej słuchać swego Mistrza.

Musimy tu jeszcze dorzucić słówko o trudności, jaką nastręcza opowiadanie o podwójnem rozmnożeniu chlebów. Wkrótce po pierwszym cudzie, którego uczniowie byli świadkami i narzędziami, Jezus znalazł się znowu wobec zgłodniałej rzeszy, idącej w ślad za Nim na puszczę, i rzekł do uczniów: „Żal mi rzeszy, albowiem już trzy dni trwają przy mnie, a nie mają, coby jedli; a jeśli je opuszczę głodne do domów ich, ustaną na drodze, bo niektórzy z nich z daleka przyszli.” (Mar. VIII). Uczniowie na to odpowiedzieli, jak za pierwszym razem: „Zkądże ich będzie mógł kto tu na puszczy nakarmić chlebem.” Otóż zarzucają, że uczniowie powinni byli odpowiedzieć: „Mistrzu, nakarm je tak, jak poprzednio.” — Mogliby oni rzeczywiście tak odpowiedzieć, ale czy powinni byli? Nie, bo, naprzód, mogli mówić z Mistrzem o naturalnych środkach zaopatrzenia potrzeb chwilowych. Gdyby Jezus był wskazał miejsce, gdzieby mogli znaleźć żywność, to obowiązkiem ich byłoby pójść po nią. Cześć boża, jaką otaczali swego Mistrza, nie pozwalała im natychmiast żądać cudu od Niego. Wiedzieli z doświadczenia, że Jezus działał cuda z własnej chęci i że tym, co Go prosili o nie bez dostatecżnego powodu, nieraz się wymówił. A zresztą i to rzecz możebna, że Jezus zaczął swą mowę od tych wyrazów: Dajcie im jeść. Ewangeliści są bardzo zwięźli przy opowiadaniu tego powtórnego cudu.

Cudowne uzdrowienia.

Cudotwórcza potęga Zbawcy objawiała się nad rozmaitemi rodzajami chorób: choroby organów ciała, ślepota, głuchota, niemota; choroby nerwowe, epilepsya, paraliż, nadwerężenie członków, chromanie, uschnięcie ręki, choroby wewnętrzne, krwotoki, pomieszanie zmysłów, choroba mlećza pacierzowego i t. d. Raz dokonał uleczenia ślepego stopniowo, niekiedy używał tylko dotknięcia ręki, pomazania śliną lub zwilżoną ziemią; najczęściej zaś wracało zdrowie na jedno słowo Mistrza. Zazwyczaj przyprowadzano Mu chorych, i oni słuchali słów Jego; czasami znowu uzdrowienie dokonywało się na odległość i bez wiedzy chorych; wreszcie czasami choroba znikała, gdy chorzy spełniali zdala od Mistrza czyn jak nieznaczny, który On im nakazał (jak ślepo-urodzonemu, dziesięciu trędowatym i t. p.)

Czyż to proste wyjaśnienie sprawy nie wystarcza do odrzucenia z góry wszelkich teoryi, jakieby mogła wymyślić krytyka racyonalistyczna, dążąca do wytłómaczenia wszystkich uzdrowień sposobem naturalnym, przez zbieg sił naturalnych? Utrzymywano, że Jezus nauczył się w Egipcie trzymanych w tajemnicy sposobów leczenia. Lecz gdzie i kiedy robił on użytek z lekarstw, mogących mieć jakikolwiek związek z dokonanemi uzdrowieniami? Przypuszczano też siłę magnetyczną. Lecz czyż ta siła wyleczyła kiedy w jednej chwili inną jaką chorobę, prócz chorób nerwowych? Trąd, krwotok i t. p., czyż ustąpiły kiedy pod wpływem magnetyzmu lub hypnotyzmu? Jeśli suggestya hypnotyczna mogła niekiedy sprowadzić krwawe odpływy, to ona zawsze wywoływała ten skutek dopiero po pewnym przeciągu czasu i nigdy względem medyum, po raz pierwszy poddanego wpływowi hypnotyzera. Zresztą uzdrowienia z odległości i bez wiedzy chorych (jak uzdrowienie sługi setnika, syna urzędnika królewskiego) nie mogą być zaliczone do uzdrowień hypnotycznych. Twierdzono też, że wyobraźnia chorych grała wielką rolę w ewangelicznych uzdrowieniach. Krytyka wtedy tylko będzie mogła uwzględnić ten argument, gdy wskaże pewne wypadki, w którychby wyobraźnia powróciła wzrok ślepo narodzonemu, lub w jednej chwili zupełne zdrowie ciału, stoczonemu zastarzałymi wrzodami, jakimi były wrzody trędowatego i t. d. Nie! albo trzeba uznać cud w uzdrowieniach, dokonanych przez Jezusa, albo zaprzeczyć samego istnienia tych uzdrowień. Jeśli zaś wybierzemy drugą ostateczność, to natrafimy na nieprzezwyciężone trudności ze strony autentyczności i prawdomówności Ewangelii, tudzież ze strony świadectw całej starożytności, nawet wrogiej społeczeństwu chrześcijańskiemu. A. ponieważ przeciwnicy żądają niekiedy przedstawienia sobie urzędowych dokumentów, możemy im przeto w pewnej mierze zadosyćuczynić. Quadratus, apologeta II w. w apologii przedstawionej cesarzowi Adryanowi oznajmia wyraźnie, że osobiście rozmawiał z chorymi, cudownie przez Chrystusa uleczonymi. Rozpatrzmy teraz niektóre z najsłynniejszych uzdrowień.

Sługa setnika i syn urzędnika królewskiego z Kafarnaum. — Dwa te uzdrowienia mają tę wspólną cechę, że stały się zdala i bez wiedzy chorych. Inne zaś okoliczności są tak dalece odmienne, że łatwo pojąć, jak wielka była praca Straussa, który napisał długą rozprawę dla rozstrzygnięcia pytania; czy trzy opisy: Mateusza (VIII, 5), Łukasza (VII, 1) i Jana (IV, 46) odnoszą się do jednego, czy też do dwóch lub trzech zupełnie odrębnych wypadków. Zostawmy to próżne pytanie bez odpowiedzi i powiedzmy kilka słów o pozornej sprzeczności między św. Mateuszem a św. Łukaszem, opisującymi cud uczyniony przez Zbawiciela na prośbę setnika. Przytaczamy oba opisy. Mateusz tak mówi: „A gdy wszedł do Kafarnaum, przystąpił do Niego setnik, prosząc Go i mówiąc: Panie, sługa mój leży w domu powietrzem ruszony i ciężko trapiony jest. I rzekł mu Jezus: Ja przyjdę i uzdrowię go. I odpowiadając setnik rzekł: Panie nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój: ale tylko rzecz słowem, a będzie uzdrowion sługa mój. Bo i ja jestem człowiek pod władzą postawiony.” Łukasz zaś tak opowiada: „Wszedł do Kafarnaum. A niektórego rotmistrza sługa źle się mając miał umrzeć, który u niego był drogi. A usłyszawszy o Jezusie, posłał do niego starsze żydowskie prosząc Go, aby przyszedł i uzdrowił sługę jego. A oni przyszedłszy do Jezusa, prosili Go z pilnością, mówiąc Mu: Iz godzien jest, abyś mu to uczynił... A Jezus szedł z nimi. Gdy już niedaleko był od domu, posłał do Niego rotmistrz przyjacioły, mówiąc. Panie, nie trudź się, bom nie jest godzien, abyś wszedł pod dach mój. Przetożem się i sam nie miał za godnego, abym miał przyjść do Ciebie; ale rzeknij słowem, a uzdrowion będzie sługa mój. Bom i ja jest człowiek pod władzą postawiony...” Odpowiedź Jezusa jest jednakowa w obu Ewangeliach: „Zaprawdę powiadam. wam, nie znalazłem tak wielkiej wiary ani w Izraelu.”

Jeśli się trzymać zechcemy dosłownego znaczenia wyrazów, to według opowiadania św. Mateusza, setnik sam rozmawiał z Jezusem, a według św. Łukasza, przeciwnie, rotmistrz wcale nie wyszedł na spotkanie Zbawiciela, lecz rozmowa zajść miała pomiędzy Jezusem a przyjaciółmi rotmistrza. Św. Augustyn zauważył tę trudność i takie daje jej wyjaśnienie. Wszystko odbyło się podług opowiadania św. Łukasza, a św. Mateusz, chcąc skrócić opowiadanie, przypisał setnikowi samemu wszystko, co jego przyjaciele mówili lub czynili w jego imieniu. Jest-to sposób mówienia pospolicie w rozmowie przyjęty, i nikt go nie uważa za błędny. Ewangeliści zaś, którym Duch święty pozostawia swobodę w tem, co teologowie nazywają verbum materiale, w doborze wyrazów, w sposobie wyrażenia myśli i t. d., stosują sie zwykle do sposobu mówienia przyjętego w życiu codziennem.

W obu tych wypadkach prawda historyczna pozostaje ponad wszelkimi zarzutami. Opowiadania są podane ze wszystkimi szczegółami, miejscowy koloryt najdokładniej zachowany. Z jednej strony setnik, oficer rzymski, jakich było wielu w kraju opanowanym przez Rzymian; z drugiej strony Basileus (królik) nazwa oznaczająca oficera pałacowego, w obecnym więc wypadku, dworzanin Heroda, tetrarchy Galilei. Droga z Kany do Kafarnaum jest nazwaną stroma, takie też jest w rzeczywistości ukształtowanie powierzchni gruntu tej okolicy. Sługa, idący naprzeciw swego pana, by mu oznajmić dobrą nowinę, wiara ojca, wzmocniona widokiem cudu, wszystko to jest naturalne i wcale nie zakrawa na allegoryę. Wstawiennictwo starszych synagogi za poganinem, szczerze życzliwym dla narodu Izraelskiego, jest też bardzo prawdopodobne. Nie mniej prawdopodobne również ze strony setnika, człowieka prawego i uczciwego, to wysokie poszanowanie potęgi Jezusa, i pełna czci bojaźń, która skłania go do użycia pośredników przed wszechpotężnym nauczycielem; jakżeby on, poganin, śmiał stanąć przed wielkim nauczycielem? — Racyonaliści uważają za niedokładny opis św. Łukasza, że sługa setnika umierał, gdyż paraliż, ich zdaniem, nie jest chorobą śmiertelną. Ale czyż nie jest śmiertelny paraliż, pochodzący z ataku apoplektycznego? A nawet, chociażby i z innych chorób pochodził, czyż nieraz nie kończy się on śmiercią? — Zarzucają również, że w opowiadaniu św. Łukasza nie ma związku: setnik uprasza Jezusa, aby przyszedł uzdrowić jego sługę, a gdy Jezus się zbliża, setnik ogłasza się niegodnym przyjąć Go w dom swój. Przeciwnie, my widzimy w jego postępowaniu bardzo naturalny objaw bojaźliwego uszanowania, zwiększającego się jeszcze wobec zbliżenia się Syna Bożego.

Widoczna tedy, że w obu tych uzdrowieniach żadna przyczyna naturalna nie przyszła z pomocą; nie znajdziesz tu żadnego moralnego wpływu uzdrowiciela na chorych, ani zbawczego działania wyobraźni chorych względem samych siebie. Chorzy nie wiedzieli nic o tem, co się zdala od nich działo. — I magnetyzm zwierzęcy nie miał też tu zastosowania. Jezus nigdy nie widział obu chorych, nie mógł więc wpłynąć na nich siłą hypnotyczną, chociażby nawet było rzeczą udowodnioną, że możliwe i łatwe bywa działanie zdaleka na medyum, poprzednio poddawane władzy hypnotyzera. W obu zatem rzeczonych wypadkach widzimy nadprzyrodzone i boskie działanie, jedynie zdolne wyjaśnić osiągnięte skutki.

Szkoła Strauss'a sądzi, iż wypowiedziała ostatnie słowo o tych uzdrowieniach z odległości, upatrzywszy jakieś podobieństwo pomiędzy temi uzdrowieniami, a uzdrowieniem Naamana, Syryjczyka, dokonanem przez Elizeusza, który również nie widział chorego. Nieufność Naamana powtórzyła się w zganionem przez Chrystusa niedowierzaniu oficera królewskiego; wysłańcy setnika wyobrażają sługę, posłanego przez Elizeusza. Może to i dowcipne wyjaśnienie, ale najnieprawdopodobniejsze i nie zgoła nie wyjaśniające.

Paralityk z Galilei i paralityk Betsaidy.

Zbawiciel uzdrowił znaczną ilość paralityków. Najznakomitsze z nich są dwa uzdrowienia: jedno, ponieważ zdziałane zostało na potwierdzenie boskiej władzy Zbawiciela, drugie, ponieważ stało się w dzień szabatowy i było powodem do zawziętego prześladowania Chrystusa ze strony przełożonych synagogi.

Pierwsze z tych uzdrowień tak opisują ewangeliści Mateusz, Marek i Łukasz: Stawiono przed Jezusem paralityka na łożu, niesionem przez czterech mężów. Ponieważ nie mogli oni wnijść do wnętrza domu, gdzie znajdował się Jezus, z powodu tłumu, który ten dom otaczał, zanieśli przeto chorego na dach, i tam zrobiwszy otwór, spuścili chorego do stóp Jezusa. Jezus widząc wielką ich wiarę rzekł do paralityka: „Ufaj synu, - odpuszczają się tobie grzechy twoje.” Było zaś tam kilku nauczycieli zakonu i faryzeuszów, którzy myśleli w duszy: „Któż jest ten, co mówi „bluźnierstwa? Któż może odpuścić grzechy, jeno sam Bóg?” Lecz Jezus, znając ich myśli, rzekł do nich: „Czemu to myślicie w sercach waszych? Cóż jest łacniej, rzec powietrzem ruszonemu: Odpuszczają się tobie grzechy; czyli rzec: Wstań, weźmij łóżko twe, a chodź. A iżbyście wiedzieli, iż moc ma Syn człowieczy na ziemi odpuszczać grzechy, tedy rzekł powietrzem ruszonemu: Wstań, weźmij łoże twe, a idź do domu twego.” Chory natychmiast wstał, a wziąwszy łoże, wyszedł przed wszystkimi, tak iż się wszyscy dziwowali i chwalili Boga mówiąc: „Iżeśmy nigdy nic takiego nie widzieli.”

Opowiadacz, jak to widać, nie pomija żadnego szczegółu; a zatem jest tu mowa o fakcie określonym, wybornie znanym, nie zaś o jakiemś zdarzeniu niepewnem i nieokreślonem. Co większa, środek do jakiego się uciekają, by chorego stawić przed Jezusem, jest zupełnie zgodny ze zwyczajami Palestyny, gdyż domy tam mają dach płaski, na który wchodzi się po schodach zewnętrznych, i który łączy się przez otwór z wnętrzem budynku. Ponieważ zaś otwór ten był za wązki, by objąć chorego z łóżkiem, tragarze przeto musieli go rozszerzyć, wyjmując kilka cegieł (per tegulas). Zbawiciel mówiąc naprzód paralitykowi: „Odpuszczają się tobie grzechy” każe się domyślać, że choroba tego człowieka była karą za grzechy. Ta zasada powinowactwa grzechu z chorobami ciała jest często wzmiankowana w Piśmie św. Starego Testamentu (Lev. XXVI, 14; Deut., XXVIII, 15; II par. XXI, 15, 18 i t. d), tak też była znana żydom współczesnym Jezusowi, iż sądzili, jakoby każda choroba miała swe źródło w grzechu uczynkowym. Dla tego to Jezus prostuje na tym punkcie przesadne pojęcia swych uczniów (Jan. LX, 1—3). Dla uzupełnienia dowodów historycznej rzeczywistości tego uzdrowienia dodajmy nadto, że stało się ono wobec licznej rzeszy widzów, z których niejedni, bezwątpienia, żyli jeszcze, gdy ewangeliści pisali Ewangelie. A nakoniec weźmy na uwagę i to, że cud jest opowiedziany przez trzech historyków, którzy nie przecząc sobie w niczem, dorzucają każdy swą własną wiązankę szczegółów. Poniżej nieco roztrząśniemy również cudowną cechę tego uzdrowienia.

Drugi cud, o którym wyżej nadmieniliśmy, opisuje sam tylko Jan święty. Była u bramy owczej w Jerozolimie, sadzawka, zwana Betsaidą, z pięciu krużgankami, w których leżało mnóstwo chorych, ślepych, chromych, z uschłemi członkami ciała. Otóż Anioł Pański od czasu do czasu zstępował do sadzawki i poruszał wodę; wówczas ten pierwszy po poruszeniu wody zstąpił do sadzawki, bez względu na rodzaj choroby, odzyskiwał zdrowie zupełne. Był tam także człowiek ciężko chory od lat już trzydziestu ośmiu. Jezus rzekł do niego: „Chcesz być uzdrowion?” Człowiek ten, nie domyślając się zamiarów Jezusa, odpowiada mu: „Panie, nie mam człowieka, żeby mię wpuścił do sadzawki, gdy bywa poruszona woda: bo gdy ja przychodzę, inny zstępuje przedemną.” I rzekł mu Jezus: „Wstań, weźmij łoże twe, a chodź!” I natychmiast został uzdrowiony ów człowiek, wziął łoże swe i chodził.

Dokonane publicznie nagłe to uzdrowienie tak dalece uderzyło wszystkich, że dało początek nienawiści członków Sanhedrynu przeciw Zbawicielowi, ponieważ Jezus kazał owemu człowiekowi nieść łóżko w dzień szabatu. Od tej chwili Sanhedryn knuje przeciw cudotwórcy cały szereg intryg i prześladowań, które miały się zakończyć krwawym dramatem na Kalwaryi. (Ob. Jan V, 16; VII, 1, 20, 21). Wypadek ten zajmuje przeto wybitne stanowisko w życiu Zbawiciela. Sam Strauss uznaje go za fakt rzeczywisty, podobnie jak i uzdrowienie paralityka, o którym mówiliśmy wyżej.

Nie chcemy bynajmniej ukrywać, że ze wszystkich cudownych uzdrowień uzdrowienia paraliżu nadają się właśnie najwięcej do naturalistycznego tłómaczenia przez racyonalistyczną krytykę. Pewna rzecz, że paraliże mogą być uleczone w jednej chwili pod wpływem silnego wstrząśnienia moralnego, a jeszcze łacniej u osób o systemie nerwowym szczególnie rozwiniętym. U histeryków najmniejsze wzruszenie sprowadza paraliż kataleptyczny, który ustępuje natychmiast, skoro się przyprowadzi chorego do stanu normalnego. U osób poddanych wpływowi hypnotyzera hypnotyzm sprowadza lub usuwa, podług jego woli, paraliże drogą prostej suggestyi. Sławny hypnotyzer Rochas tak pisze w tej materyi (Revue scientifique 12 Fevrier 1887): „Pewną kobietę, dotkniętą tego rodzaju paraplegią, siłą wyprowadzono z łóżka, w którem oddawna nieruchomo leżała, potem postawiono ją na nogach i powiedziano: „Chodź,” i od tego czasu chodzi. I uczony ten dodaje: „Oto wzór cudownego uzdrowienia, który wyjaśnia wiele innych cudów.” Czyby nie można w podobny sposób tłómaczyć uzdrowień paralityków, dokonanych przez Jezusa, a osobliwie dwóch ostatnich, o których przed chwilą była mowa?

Odpowiadamy naprzód, że uzdrowienie paralityka z nad sadzawki Betsaidy nie ma żadnego podobieństwa do uzdrowienia hypnotycznego. Chory nigdy przedtem nie spotykał Jezusa, nie znał Go nawet i po wyzdrowieniu, (Jan, V, 12, 13); nie mógł więc odczuwać żadnego hypnotycznego wpływu Jezusa na siebie. Nie było też żadnego powodu, dla któregoby słowo Jezusa wywierać na nim miało silne wstrząśnienie moralne, gdyż nie domyślał się on nawet, że znajduje się wobec uzdrowiciela; dowodem jest odpowiedź, dana na pytanie: „Chcesz być uzdrowion.” Nigdy żaden hypnotyzer nie dokonał i nie dokona uzdrowienia w podobnych warunkach.

Łatwiejby już było pojąć silny wpływ moralny Mistrza na drugiego paralityka, którego ufność rzeczywiście musiała być nadzwyczajna. Jednakże charakter Jezusa nawet i w tym wypadku nie pozwala nam stosować naturalnego wyjaśnienia. Jezus, którego uczciwość i szczerość są wyższe ponad wszelkie zarzuty, uzdrawia tego chorego, by dowieść swej boskiej władzy odpuszczania grzechów. A byłby to żaden dowód, gdyby uzdrowienie było skutkiem przyczyn naturalnych; a zatem Jezus wiedział, iż działa mocą potęgi boskiej. Tak również rozumiały to uzdrowienie obecne cudowi rzesze, gdyż oddały zań chwałę Bogu. — Pozostaje jeszcze jeden wykręt tłómaczenia naturalnego, to jest, że Jezus sam podzielał ogólne złudzenie tłumów, gdy przypisywał boskiej mocy swą magnetyczną siłę i ten urok, jaki niezaprzeczenie posiadał. — Ale hypoteza ta nie tylko nie tłómaczy owej znajomości najskrytszych rzeczy, którą Ewangelie wskazują w Jezusie, lecz nadto nie jest ona zdolna utrzymać się wobec wielu innych cudów, które widocznie przewyższają siły natury. Skoro inne cuda są nadprzyrodzone, to dlaczegożby same tylko uzdrowienia paralityków, posiadające równie cudowne cechy, jak inne cuda, miały być wyjątkiem? Podobieństwo to zmusza nas zatem do uważania tych cudów na równi z innymi za nadprzyrodzone.

Uzdrowienie trędowatych.

Jezus Chrystus uleczył wielu trędowatych; niema w tem nic dziwnego, gdyż trąd był bardzo pospolitą chorobą wśród żydów. Ewangelia szczegółowo opowiada o dwóch takich uzdrowieniach; o jednem, którego Jezus dokonał nad pewnym chorym wkrótce po swem kazaniu na górze, i o drugiem, zdziałanem nieco później nad dziesięciu trędowatymi. O pierwszem mówią trzej pierwsi ewangeliści z jednemi i temi samemi okolicznościami, drugie znane nam jest tylko z opowiadania św. Łukasza.

Pewien trędowaty rzucił się do nóg Jezusa, mówiąc: „Jeśli chcesz, możesz mię oczyścić!” A Jezus ściągnął rękę swą i dotknąwszy się go, rzekł mu: „Chcę, bądź oczyszczon.” I został natychmiast oczyszczony, to jest uleczony trąd jego. Rzekł mu tedy Jezus: „Patrz, abyś nikomu nie powiadał, ale idź, ukaż się kapłanom.”

W czasie ostatniej podróży do Jerozolimy, gdy Jezus szedł środkiem Samaryi, zabieżało mu drogę dziesięciu trędowatych, którzy stojąc zdaleka wołali: „Jezusie, nauczycielu, zmiłuj się nad nami.” Jezus, ujrzawszy ich, rzekł: „Idźcie, okażcie się kapłanom.” I stało się, gdy szli byli oczyszczeni. Jeden z nich, samarytanin, przyszedł podziękować Zbawcy, a Jezus uskarżał się na niewdzięczność dziewięciu pozostałych.

W tem drugiem opowiadaniu niektórzy racyonaliści chcieli widzieć przypowieść, gdyż celem jego zdaje się być zalecenie wdzięczności za doznane dobrodziejstwa i podniesienie w oczach żydów narodu samarytańskiego. Lecz chociażby nawet z pewnego jakiegoś faktu wypływała jakaś nauka moralna, to czyż tem samem ma to być powodem do jego zaprzeczenia albo do powątpiewania o jego historycznej rzeczywistości, jeśli wszystko w tem opowiadaniu wskazuje, że wypadek zaszedł rzeczywiście? W pierwszem opowiadaniu niema żadnego pretekstu do powątpiewania o rzeczywistości faktu. To też starano się dziwacznemi przypuszczeniami, niekiedy nawet z opowiadaniem niezgodnemi, odjąć temu uzdrowieniu wszelką cechę cudowności, i mówiono, że uleczenie to jest tylko zwyczajnem zapewnieniem o zdrowiu na przyszłość. Ale daremne to usiłowanie! Prostota i jasność opowiadania obalają tę zmyśloną hypotezę i w niczem nienaruszają pewności, że w pierwszym razie Pan Jezus dotknięciem i słowem w jednej chwili wrócił zdrowie człowiekowi okrytemu trądem (Łuk. V, 12), a w drugim wypadku, że zdziałał podobny cud odrazu nad dziesięciu mężami, i to zdaleka, podczas, gdy oni szli do kapłanów dla stwierdzenia przez nich uleczenia choroby.

Strauss o podobnych wypadkach takie wygłasza zdanie (tłóm. Littre’go, t. II, str. 74): „Trąd, w skutek głębokiego zepsucia soków ciała, jest najoporniejszem i najzłośliwszem ze wszystkich owrzodzeń. Stąd wrócić w jednej chwili, samem słowem tylko i samem dotknięciem, przejętej chorobą skórze pierwotną zdrowotność i czystość, jest rzeczą całkiem niemożliwą, gdyż niepodobna dokonać bezpośrednio i natychmiastowo tego, coby się urzeczywistnić mogło, wymaga długiego szeregu pośrednich operacyi.” Z naszej zaś strony dodamy, iż rzecz ta łatwo da się pojąć, skoro się przypuści nadprzyrodzoną interwencyę, będącą ze względu na charakter osoby, której została udzieloną, prawdziwym cudem.

Uzdrowienie ślepego od urodzenia.

Któż nie zna prawdziwie pięknego opowiadania św. Jana o tym cudzie? Nie w ten sposób zaiste bywają fabrykowane zmyślenia. Nie będziemy się nawet zatrzymywali nad roztrząsaniem śmiesznych hypotez szkoły naturalistycznej, uważającej za jakąś chirurgiczną operacyę owo przyłożenie przez Jezusa wilgotnej ziemi do oczu chorego. Gdyby hypotezy te miały jakiekolwiek prawdopodobieństwo, to z pewnością niektóre z nich przynajmniej byłyby przyszły na myśl faryzeuszom przy szczegółowem śledztwie, jakie prowadzili z powodu tego cudownego uleczenia. Od uzdrowionego otrzymali oni kategoryczną odpowiedź: „Uczynił błoto i pomazał oczy me, a rzekł mi: Idź do sadzawki Siloe a umyj się; i szedłem, umyłem się, a widzę.”

Nie mając nic do nadmienienia wobec tych, tak treściwych wyrazów, nie mogąc zaprzeczyć cudownej cechy uzdrowienia, podstępni ci faryzeuszowscy uczeni nie znajdują innego wyjścia, prócz poddania w wątpliwość poprzedniej ślepoty tego człowieka. Ale i to napróżno. Znające go oddawna rzesze i właśni jego rodzice zaświadczają o tem, iż urodził się ślepym. Nakoniec, uprzedzając niejako postępowanie racyonalistów, żydowscy owi uczeni chcą skłonić ślepo-narodzonego do wyznania, że uzdrowienie jego nie może być skutkiem nadnaturalnej pomocy boskiej. Ale zamyka im usta jedno słowo cudownie uzdrowionego. Wtedy, w braku argumentów, wybuchają faryzeusze złorzeczeniami i wyrzucają go z synagogi. Mimo to wszystko, sława cudu nie upadła.

W jakiś czas bowiem, żydzi, to jest ci sami starsi ludu, którzy prowadzili śledztwo w sprawie uzdrowienia, widząc Jezusa płaczącego nad śmiercią Łazarza, mówili między sobą: „Nie mógł ten, który otworzył oczy ślepo-narodzonego, uczynić, aby ten nie umarł.” (Jan. XI, 37).

Strauss, starannie rozpatrzywszy te wszystkie szczegóły cudu celem naturalnego ich wytłómaczenia, kończy temi słowy: „Naturalne wyjaśnienie stawia nas i tu także w kłopotliwem położeniu, przeto powstrzymujemy się od wydania sądu o ślepo-narodzonym, którego Chrystus cudownie uzdrowił.” (Ob. cit. str. 97). Ale i sam ten uczony mitolog nie o wiele jest szczęśliwszy, gdy chce wyrugować to uzdrowienie z dziedziny historyi na mocy tego, że trzej pierwsi ewangeliści nie o nim nie mówią, autor zaś czwartej Ewangelii źle wytłómaczył pochodzenie wyrazu Ξιλοάμ. Żaden z tych dwóch dowodów nie ma znaczenia, gdyż, po pierwsze, trzej pierwsi ewangeliści nie opowiadają faktów działalności apostolskiej Jezusa w Jerozolimie, a powtóre, prawdziwa nazwa sadzawki była Sziloach, co właśnie znaczy posłany. (Jan IX, 7).

Uzdrowienia opętanych.

W oczach racyonalistowskiej krytyki czarty są istotami imaginacyjnemi, opętani zaś — po prostu obłąkanymi. W początkach tego wieku uczony katolicki biblista, Dr. J. Jahn, nie zaprzeczając istnienia dyabłów, okazał się przychylnym opinii, która uważała opętanych—nawet tych, o których mówi Ewangelia, za chorych dotkniętych obłąkaniem. Żydzi, zdaniem tego uczonego, byli niewątpliwie przekonani, że przyczyną obłędu było opętanie dyabelskie. „Dyabelstwo ma” i „szaleje” są u nich wyrażenia jednoznaczne. Dla tego też żydzi, słysząc jak Jezus głosił, iż posiada moc najwyższą nad życiem i śmiercią, wołali: „Dyabelstwo ma i szaleje. Czemu go słuchacie?” (Jan, X, 20). Oprócz obłąkania bywały inne choroby przypisywane działaniu czartowskiemu. Ojciec pewnego epileptyka i zarazem lunatyka mniema, iż to duch jakiś porywa jego syna i rzuca na ziemię. (Łuk. IX, 39). Niewiasta chananejska woła też, iż córka jej okrutnie jest męczona przez czarta. (Mat., XV, 22). Zbawca, powiadają racyonaliści, uważając to ludowe przekonanie za nieszkodliwe, nie potrzebował zwalczać go, i owszem, będąc przezornie pobłażliwym, zastosował „sposób mówienia i postępowania do tego ogólnego przekonania, nie wyrzekając swego zdania o prawdziwym stanie rzeczy. Postarajmy się zbadać w krótkości tę teoryę.

Nie myślimy przeczyć, aby naród żydowski się nie mylił, gdy czartom przypisywał wiele dolegliwości, pochodzących z przyczyn naturalnych. Jest nawet rzeczą prawdopodobną, że ten sąd ich często nie zgadzał się z prawdą. Lecz nie możemy się zgodzić na to, by sąd ten był zawsze mylny. Ewangeliści sami wielokrotnie przyznają pochodzenie dyabelskie niektórych chorób, wyleczonych przez Jezusa. Mówią oni w ogóle, że Jezus uzdrawiał wiele osób, „nagabanych od duchów nieczystych.” (Łuk. VI, 19). Piotr św. twierdzi to samo w mowie do rodziny Korneliusza setnika. (Act. X, 38). Sam Jezus oświadcza, iż to szatan związał przez lat ośmnaście udającą się do niego skurczoną niewiastę. (Łuk. XIII, 16). On też rozkazuje wyjść czartom; duchy są mu posłuszne, a chorzy zostają uzdrowieni, dowodem czego jest uleczenie epileptyka, opowiedziane obszernie przez Św. Marka (IX, 16—28). Gdzieindziej znowu powiedziano, iż Jezus wygnał czarta, który był niemy, i natychmiast niemy przemówił ku wielkiemu zdziwieniu obecnej temu wypadkowi rzeszy. Żeby w tych wszystkich wypadkach „Jezus miał się stosować do błędnego pojmowania gminu, niepodobna tego przypuścić bez pomawiania Go o kłamstwo. “Bo czyżby to nie było formalnem kłamstwem mówić, że szatan trzymał niewiastę skurczoną przez lat ośmnaście, jeśli skurczenie zależało od przyczyn naturalnych? Czyż nie byłoby to również kłamstwem powiedzieć wobec zwykłego chorego: „Głuchy i niemy duchu, ja ci rozkazuję, wyjdź z niego: a nie wchodź weń więcej.” (Mar. IX, 24). Gdyby te argumenta nie wystarczały do przekonania przeciwników, to cóż oni odpowiedzieli na fakt oswobodzenia opętanego przez czarta z Gadara? Był to wściekły szaleniec, żyjący nago w grobach, rzucający się na przechodniów, bijący ich, rozrywający wszelkie łańcuchy, któremi starano się go skrępować. Powiedzmy nawiasem, że ten ostatni szczegół dowodzi w tym nieszczęśliwym nadludzkiej jakiejś siły... Ujrzawszy Jezusa z daleka, szaleniec ten rzuca Mu się do nóg, błaga, by go nie dręczył i uznaje Go za Syna Boga Najwyższego; jest to druga okoliczność przemawiająca za opętaniem dyabelskiem, bo posiada on znajomość rzeczy tajemnych wówczas, gdy boskie synostwo Jezusa nie mogło być jeszcze wiadome temu obłąkanemu drogą naturalną. Spytany przez Jezusa: „Co za imię masz?” Odpowiada mu: „Imię mi wojsko, albowiem nas jest wiele.” A było tam niedaleko wielkie stado wieprzów w liczbie dwóch tysięcy, i prosili czarci Jezusa, by mogli wejść w te zwierzęta. Jezus im na to pozwolił. Natychmiast czarci wyszli z tego człowieka i weszli w wieprze. Naraz całe stado rzuciło się w morze i utonęło. Wszelkie naturalne tłómaczenie jest tu niemożebne. Jeśli opętanie tego człowieka nie było prawdziwe, to czarci nie wyszły z niego i nie weszły w wieprze; a tem samem nic nie tłómaczy owego szalonego biegu tych zwierząt ku morzu, gdzie wszystkie zginęły. Mówią wprawdzie, że obłąkany ten rzucił się na zwierzęta, przestraszył je nadmiernie, skutkiem czego one same wpadły w morze. Lecz któżby chciał uwierzyć, aby jeden człowiek wywarł taki skutek na stado dwutysięczne? i to tak jeszcze, że zwierzęta nie rozbiegły się w rozmaite strony, lecz wszystkie razem: (uno impetu) rzuciły się do wody i potonęły?

Mitologowie uderzają z innej strony na prawdziwość tego opętania. Naprzód robią uwagę, że opowiadanie Mateusza różni się od opowiadania Marka i Łukasza; ci ostatni bowiem mówią tylko o jednym opętanym, Mateusz zaś o dwóch. Prócz tego mitologowie mówią, że nie było żadnego powodu, skłaniającego czartów do wejścia w wieprze, które miały naraz tak marnie zginąć. Sam Jezus również nie mógł im dać na to zezwolenia, które miało wyrządzić tak poważną szkodę właścicielom stada. — Słabe strony podobnego dowodzenia z łatwością odnaleźć można. Nasamprzód niema żadnej sprzeczności pomiędzy ewangelistami. Jeśli dwaj opętani z Gadara znajdowali się każdy z osobna w tych samych okolicznościach, to Marek i Łukasz mogli poprzestać na opisaniu tego, co się tylko do jednego z nich odnosiło. A może nawet i nie wiedzieli, że było aż dwóch opętanych. — Czarty, jako duchy złośliwe, mogły pragnąć pewnej kompensaty za złe, którego nie pozwalano im dokonać przez wyrzucenie ich z ciała tego człowieka. Co zaś do Jezusa, to był On Panem swych stworzeń; mógł więc mieć słuszne powody, aby zezwolić na zagładę owego stada. Właściciele stada, ludzie przywiązani do dóbr tego świata, (jak się to okazuje z dalszego ciągu opowiadania ewangelicznego), zasługiwali zapewne na tę stratę materyalną i na utratę dóbr swoich. Zresztą wynajdywanie innych przypuszczeń w tym względzie wydaje się nam zupełnie bezużytecznem.

Okazuje się z tego, cośmy powiedzieli:

a) że za czasów Chrystusa Pana istnieli prawdziwi opętani, b) że czarci, zamieszkując w ciałach, powodowali w nich rozmaite choroby, c) że szczególnie obłęd umysłowy był często skutkiem dyabelskiego opętania, d) że Jezus wyrzucał rzeczywiście czartów z ciał wielu opętanych i przez to oswobadzał ich od różnych chorób, e) że wreszcie duchy mogą zamieszkiwać zarówno ciała zwierząt jak i ciała ludzi. (Ob. art. Opętania).

Wskrzeszenia umarłych.

Ewangeliści szczegółowo opowiadają o trzech wypadkach wskrzeszenia umarłych, przez Chrystusa Pana dokonanych: wskrzeszenie córki Jaira, opisane przez Mateusza, Marka i Łukasza, wskrzeszenie syna wdowy z Naim, o którym wiemy tylko z Ewangelii św. Łukasza, i wskrzeszenie Łazarza, którego pamięć zachował nam tylko św. Jan. A ponieważ ze wszystkich cudów Chrystusa cuda te są najświetniejsze i najtrudniejsze do pojęcia dla krytyki racyonalistowskiej, przeto łatwo zrozumieć, że wyczerpała ona wszystkie środki, by zachwiać pewność tych cudów. Aby wywrócić przedmiotową ich rzeczywistość, do szkoły dawnej naturalistycznej, mitologicznej i podaniowej przyłączyła się niedawno szkoła hypnotyczna.

Wskrzeszenie córki Jaira. — Obszernie opowiadają o tym cudzie św. Marek i św. Łukasz, a w krótkości św. Mateusz. Według dwóch pierwszych ewangelistów, Jair, przełożony bóżnicy, upadł do nóg Jezusa, mówiąc: „Panie, córka moja kona; pójdź, włóż na nią ręce, żeby ozdrowiała i żywą została.” „Jezus idzie za nim do jego mieszkania, a gdy już są blisko, służba Jaira wychodzi, na spotkanie i mówi: „Córka twoja umarła, czemuż jeszcze trudzisz Nauczyciela?” A Jezus, usłyszawszy te słowa, rzekł przełożonemu bóżnicy: „Nie bój się, wierz tylko.” Następnie wchodzi do domu i przywraca dziecię do życia. Według opowiadania św. Mateusza, niema tu mowy o groźnem niebezpieczeństwie życia, lecz o zaszłej już śmierci. Ojciec, zbliżając się do Jezusa, powiada: „Panie, córka moja dopiero skonała, ale pójdź, włóż na nią rękę twoją, a żyć będzie.” Następnie Jezus wstaje i idzie za ojcem.

Racyonalizm głosi, że oba te opowiadania nie dają się pogodzić i skutkiem tej mniemanej sprzeczności czuje się upoważnionym do odrzucenia samego faktu wskrzeszenia, jako faktu zmyślonego. Otóż ten wniosek jest zupełnie bezpodstawny. Ileż to razy się trafia, iż o faktach ze wszech miar niezaprzeczonych wytwarzają się sprzeczne zdania co do niektórych przypadkowych okoliczności? Odnośnie do tego faktu co najwyżej możnaby wnosić, że św. Mateusz nie był dokładnie powiadomiony o sposobie, w jaki była wyrażona prośba ojca. Lecz że tu idzie o natchnionych opowiadaczy, trzeba pójść nieco dalej, by tę trudność rozwiązać. Nie będziemy utrzymywali z Kuinoel'em i Schleusner'em (Leaic. graec. N. F. Wyr. zekebrów), że wyraz ἐτελεύτησεν powinien się tłómaczyć przez: kona, tego bowiem znaczenia nigdzie indziej nie spotykamy, i, co większa, czasownik ten użyty jest w formie aorystu a zatem oznacza rzecz dokonaną. Zdaje się nam, że różnicę tę w sposób zadawalniający wyjaśnia św. Augustyn. Zdaniem tego Doktora Kościoła, św. Mateusz chce w krótkich słowach opowiedzieć, że Jezus wrócił życie młodej dziewczynie na prośbę jej ojca; ojciec jej zapewne miał zamiar prosić Jezusa, aby zechciał albo uzdrowić jego ukochaną córkę, albo też ją wskrzesić, jeśli już była umarła. Ewangelista wyraża prośbę ojca zgodnie z zaszłym wypadkiem, a zamilcza: to wszystko, co się poprzednio już stało. Prawdomówność świętych pisarzy nie wymaga, aby przytaczali literalnie słowa osób rozmawiających; wystarcza, by słowa, które im w usta wkładają, odpowiadały ich myślom. Nic więcej nie wymaga się od każdego innego wiarogodnego opowiadacza. Wreszcie św. Augustyn ze swego objaśnienia wyprowadza tę cenną zasadę egzegetyczną: „rozmaite sposoby mówienia ewangelistów uczą nas jednej rzeczy bardzo użytecznej i bardzo potrzebnej, a mianowicie, że w słowach przemawiającego trzeba uważać przedewszystkiem na intencyę, którą słowa powinny wyrażać, i że niema kłamstwa, gdy się wyraża innemi słowy to, czego chciała pewna osoba, jeśli zwłaszcza nie przytacza się dosłownie jej wyrazów.” (De Cons. evang. II, 66, 67).

Przeciwna nam krytyka utrzymuje zresztą, że córka Jaira nie umarła rzeczywiście, lecz tylko pozornie, to jest pogrążyła się we śnie letargicznym, i to właśnie, mówią racyonaliści, ma oznajmiać sam Chrystus, gdy mówi: „Nie umarła dzieweczka, ale śpi.” De Rochas zwraca nadto uwagę, że Jezus mądrze postępuje, usuwając rzesze widzów, samotność bowiem jest okolicznością sprzyjającą rozbudzeniu ze snu hypnotycznego. (Revue scientif. 12 Fevrier 1887, p. 213). Uczony ten zapewne przypuszcza, że w obecnym wypadku mamy do czynienia z osobą histeryczną. Lecz, jakkolwiek histerya spotyka się niekiedy nawet u dzieci, to jednak w obecnym wypadku, z przebiegu całego opowiadania widać aż nadto, że słowa Jezusa były powiedziane w znaczeniu przenośnem: śmierć taka, po której za chwilę miało wrócić życie, raczej na miano snu zasługiwała. Wszak Jezus i w innych okolicznościach mówi podobnież: „Łazarz, przyjaciel nasz, śpi,” a objaśnienie, które sam daje po tych słowach wskazuje, że chciał powiedzieć, iż Łazarz umarł. W obecnym też wypadku wszyscy obecni wierzą we wskrzeszenie, albowiem nie mają żadnej wątpliwości co do prawdziwości śmierci. Chrystus zostawia ich w tem przekonaniu i nawet nakazuje im milczenie o tem co zaszło. A zatem byłoby to niegodnym podstępem ze strony Jezusa, jeśliby mniemany ów cud polegał jedynie na suggestyi hypnotycznej, lub na jakimś innym podobnym czynie naturalnym.

Wskrzeszenie syna wdowy. Tym razem przedmiotem cudu jest umarły, którego niosą do grobu. Jezus spotyka orszak pogrzebowy przy bramie miasta Naim. Nieboszczyk prawdopodobnie był Mu nieznany; nikt nie mówił Mu nawet o rodzaju jego choroby. Nie pytając o nic, zatrzymuje tragarzy, dotyka mar i woła: „Młodzieńcze, tobie mówię wstań!” I natychmiast powstał ów umarły, a Jezus oddał go matce jego. Na widok tego cudu lud począł wołać: „że prorok wielki powstał między nami, a iż Bóg nawiedził lud swój.” Zanadto samowoli okazywałby ten, ktoby w tym wypadku widział tylko pozór śmierci i ktoby przypuszczał, że Jezus jednym rzutem oka na trupa przekonał się, że miał przed sobą wypadek snu letargicznego. Wszak już przed zatrzymaniem tragarzy i przed dotknięciem mar rzekł On do matki: „Nie płacz!” A więc już wtedy postanowił przywrócić umarłego do życia. Nadto cudotwórca dozwala, by lud z tego faktu wyprowadził wniosek na korzyść Jego boskiego posłannictwa. Z tego możemy wnosić, iż sam On wiedział, że dokonał prawdziwego wskrzeszenia. A zatem żaden krytyk, którego nie zaślepił wstręt do rzeczy nadprzyrodzonych, nie może wątpić o prawdziwości tego wskrzeszenia.

Wskrzeszenie Łazarza. Cud to najświetniejszy ze wszystkich cudów, jakie zdziałał Jezus podczas swej ziemskiej pielgrzymki. By się tego cudu pozbyć, usiłuje racyonalizm naprzód odrzucić zeznanie świadka. Zarzucają przedewszystkiem, że o tem wskrzeszeniu opowiada sam tylko czwarty ewangelista. Choćbyśmy nawet przypuścili, powiadają, że tym ewangelistą jest Jan apostoł, to i tak jeszcze byłby on jedynym z pozostałych przy życiu uczniów Jezusa; a zatem wiedząc, że już niema nikogo, ktoby go mógł kontrolować, mógł zmyślić ten cud bezkarnie i przybrać go w okoliczności, zdolne powiększyć jego prawdopodobieństwo, oraz podnieść jego świetność. Wypadek tak sławny, gdyby się rzeczywiście zdarzył, nie mógłby ujść uwagi pierwszych trzech ewangelistów; nie mogli oni nie wiedzieć o nim, ponieważ miał się stać w obecności wszystkich apostołów, którzy jako naoczni świadkowie, nie mogli pominąć jego opisu, tembardziej, że fakt ten miał stanowczy wpływ na mękę Chrystusa, o której opowiadają wszyscy ewangeliści. (Prw. A. Reville, Revue des Deux Mondes, 1866, t. 63, p. 91, 92).

Hypoteza powyższa ma przeciw sobie przedewszystkiem ten ważny szczegół, że przypuszcza, iż czwartym ewangelistą był ktoś inny, niż ten, który się okazuje w ciągu całego dzieła. Zdaniem wszystkich umiarkowanych krytyków, pisarz ten jest człowiekiem uczciwym i szczerym; wszystkie jego opisy tchną wielką skromnością i nawet pewną dobrodusznością, wyłączającą wszelkie podejrzenie i podstęp. Zresztą nic mu nie zależało na zmyślaniu tak kolosalnie bezwstydnej nieprawdy, jakaby wynikała z hypotezy racyonalistów. Co więcej, gdyby nawet chciał zmyślić taką nieprawdzie, to po pierwsze, zmyślenie to byłoby dlań niemożebne, a powtóre, samo przedsięwzięcie podobne byłoby conajmniej nierozumne. I w rzeczy samej, czy mógł przypuszczać Jan św., aby mu się udało wmówić w tłumy ludu cud tak świetny, z takimi szczegółami opisany, u samych bram Jerozolimy dokonany i t. d., a którego jednak nawet pamięć nie zachowała się wśród chrześcijan? Jeden taki opis wypadku, o któ-rym nikt nie słyszał, opowiedziany niespodziewanie w sześćdziesiąt lat po śmierci Jezusa, w oczach współczesnych odjąłby wszelką historyczną wartość całej czwartej ewangelii. Św. Jan miał do swego rozporządzenia dosyć innych dowodów boskości swego Mistrza, nie potrzebował więc zmyślać nowego cudu, któryby, według hypotezy powyższego zarzutu, był obrany ze wszelkiego prawdopodobieństwa. Milczenie zaś trzech pierwszych ewangelistów może być niezrozumiałe tylko dla tych, którzy wyobrażają sobie ewangelistów jako historyków, opowiadających o wszystkiem, co tylko wiedzą o życiu swego bohatera. Lecz łatwo pojmiemy, dlaczego ci ewangeliści milczą o tak świetnym cudzie, gdy wyrobimy sobie jasne pojęcie o specyalnym celu, jaki każdy z ewangelistów miał przed sobą. Św. Mateusz szczególnie ma na celu wykazać Żydom, że Jezus jest ich Messyaszem, przepowiadanym przez proroków; wobec tego celu wskrzeszenie Łazarza nie posiada nadzwyczajnego znaczenia. Św. Marek jest odgłosem św. Piotra, otóż bardzo być może, iż św. Piotr, zajęty szczególnie zmartwychwstaniem Jezusa, nie wspominał wcale w swem nauczaniu o tem drugiem, zdziałanem przez Zbawcę, wskrzeszeniu. Św. Łukasz chce szczególnie przedstawić Pana Jezusa, jako Zbawcę pogaństwa; a wskrzeszenie Łazarza nie miało nic związku z tym przedmiotem. Dodajmy jeszcze jeden dowód, który się stosuje do wszystkich trzech pierwszych ewangelistów. Ewangeliści rzeczeni, dla przyczyn, których nie potrzebujemy tutaj roztrząsać, ograniczają swe opowiadanie o życiu publicznem Jezusa do tego, co się działo w Galilei i w Perei. Prawda, że oprócz tego podają historyę męki Jezusa; lecz wszyscy trzej jednozgodnie zaczynają to opowiadanie od tryumfalnego wjazdu Jezusa do Jerozolimy. A wjazd ten nastąpił po wskrzeszeniu Łazarza. A zatem wskrzeszenie to nie wchodziło już do szeregu wypadków, które ci ewangeliści zamierzali opowiedzieć. Z tego samego powodu opuszczają też oni uzdrowienie paralityka nad sadzawką Betsaidy (Jan V) i uzdrowienie ślepo-narodzonego (Jan IX) — dwa nie mniej świetne cuda, których widownią było miasto święte.

Rozpatrzmy teraz system napaści innego rodzaju przeciwników, to jest takich, którzy uważają ewangelicznego opowiadacza za człowieka szczerego, lecz niedokładnie o fakcie powiadomionego. Podług nich Łazarz nie umarł, tylko udawał umarłego. On i jego rodzina wszystko tak ułożyli, ażeby ukochanemu mistrzowi swemu wyrobić sławę cudotwórcy, wskrzeszającego umarłych. Podług jednych Jezus nie był wtajemniczony w ten spisek, podług innych, wiedział o nim Jezus i nań przystawał. Sądzą ci przeciwnicy, że Jezus i rodzina Łazarza mogła się uważać za uprawnioną do tego niewinnego podstępu, z którego tak zbawienny miał wyniknąć skutek.

Naprzód z oburzeniem odrzucamy tłómaczenie, podejrzewające najświętszego Zbawcę o niegodne uczciwego człowieka oszustwo, majestat boski obrażające, a nawet w obecnym wypadku, bluźniercze, gdyż Jezus w uroczystej modlitwie dziękuje swemu Ojcu niebieskiemu, że przez to wskrzeszenie dał nam dowód Jego boskiego posłannictwa. (Jan XI, 42). Trzeba mieć zupełnie zepsuty zmysł etyczny, trzeba stracić wszelkie pojęcie dobrego i złego, by w tak wstrętnem oszustwie widzieć tylko niewinny podstęp. Co zaś do rodziny Łazarza, to nazbyt dobrze ją znamy, by ją uważać za zdolną do współudziału w przypisywanym jej spisku. Z drugiej znów strony, jeśli Jezus nie wiedział o spisku, to członkowie rodziny z Betanii powinni byli znać zamiary swego Mistrza, bo czyżby to nie było największą z ich strony nieostrożnością i największym nierozsądkiem udawać przed Żydami śmierć, której musieliby w końcu zaprzeczyć, gdyby Jezus nie mógł lub nie chciał mniemanego umarłego przywołać do życia? Jeśliby zaś, przeciwnie, Jezus był powiadomiony o wszystkiem, to jakże musianoby ukrywać swój podstęp, ażeby obecni Żydzi, po większej części nieprzyjaciele Mistrza, nie powzięli żadnego podejrzenia o podstępie. Sposób ich postępowania po dokonanem wskrzeszeniu dowodzi, że podobne podejrzenie nikomu na myśl nie przyszło, gdyż na widok cudu jedni uwierzyli w Jezusa, drudzy zaś poszli donieść o wszystkiem faryzeuszom. W następstwie tego wypadku zwołano nawet Radę Najwyższą, która fakt badała, i mówiono: „Cóż uczynimy, albowiem ten człowiek wiele cudów czyni? Jeśli go tak zaniechamy, wszyscy weń uwierzą.” (Jan XI, 47, 48). A zatem śmierć Łazarza musiała być niewątpliwą, skoro na tej Radzie, złożonej z ludzi wykształconych i cudotwórcy nieprzychylnych, ani jeden głos nie wynurzył wątpliwości co do samego faktu.

Jest więc rzeczą dowiedzioną argumentami najbardziej przekonywającymi w porządku moralnym, że wypadek ten odbył się tak, „jak go opowiada ewangelista. Łazarz, prawdziwie umarły i od czterech dni pogrzebany, na słowo Jezusa został nagle przywołany do życia, a Ojciec przedwieczny, wezwany uroczyście przez Jezusa, przyczynia się do tego cudu swą wszechpotęgą, stwierdzającą wobec obecnej rzeszy udzielone cudotwórcy posłannictwo messyaniczne.

Wieść o tym cudzie rozeszła się natychmiast i rozbudziła wśród zebranych podówczas w Jerozolimie na święta Wielkanocne Żydów powszechny entuzyazm. Na samą wiadomość, że Jezus przybywa do miasta, tłumy ludu spieszą na Jego spotkanie, niosą gałązki palmowe i oliwne, rozściełają szaty na drodze i szczerze ogłaszają Go synem Dawida, „który idzie w imię Pańskie.” (Jan XII, 12, 19). Widok tego tryumfu wprawia w zakłopotanie członków Sanhedrynu: „Widzicie, wołali oni, iż nic nie pomagamy, oto wszystek świat za nim poszedł!” I czy rozpoczną surowe śledztwo co do wskrzeszenia Łazarza, — przyczyny tego całego ożywienia wśród ludu? Bynajmniej, wiedzą bowiem dobrze, iż śledztwo wstydem-by tylko ich napełniło. W owej chwili nie znaleźli innego środka, prócz usunięcia niewygodnego świadka. „I umyślili przedniejsi kapłani, żeby i Łazarza zabili, którego Jezus wskrzesił z umarłych.” (Jan XII, 10). Ta okoliczność jest dla nas jednym więcej dowodem, stwierdzającym cud wskrzeszenia Łazarza.

Przemienienie Pańskie.

Cud przemienienia tem się różni od poprzedzających, że został spełniony na Jezusie przez Ojca niebieskiego, podczas gdy inne spełnione były przez samego Jezusa.

Krytyka racyonalistyczna znalazła i w tym fakcie ewangelicznym podatne do zarzutów pole; wszystkie szczegóły, wydające się nadprzyrodzonymi w tej scenie chwalebnego wywyższenia, starała się ona przemienić w subjektywne hallucynacye.

Jezus, mówi szkoła racyonalistyczna, naznaczył schadzkę dwóm potajemnym uczniom, i chciał, by: trzej jego najserdeczniejsi przyjaciele byli obecni temu widzeniu. W oczekiwaniu zaproszonych, Jezus i trzej apostołowie rozpoczynają modlitwy, a podczas modlitw apostołowie zasypiają. W tym czasie przybywają dwaj powiernicy. Na dźwięk ich głosu apostołowie budzą się i widzą Jezusa na wierzchołku góry, oświeconego promieniami zorzy, które się odbijają jeszcze na roztaczających się wokoło śniegach. Napół senni, biorą dwóch nieznajomych za Mojżesza i Eliasza. Wkrótce widzą ich znikających w przezroczystym obłoku, i zdaje im się, że słyszą głos z nieba w słowach, wygłoszonych przez jednego z powierników: „Ten jest syn mój najmilszy.”

Całe to rusztowanie hypotez rozpada się wobec tego prostego zdania Ewangelii: „A gdy zstępowali z góry, rzekł im Jezus: Nikomu nie opowiadajcie widzenia, aż Syn człowieczy zmartwychwstanie.” Temi słowy Jezus daje nam poznać jasno, że apostołowie mieli widzenie przedmiotowo rzeczywiste. Jeśliby bowiem padli ofiarą subjektywnej hallucynacyi, to sama prawość zmusiłaby Mistrza — wywieść ich z błędu.

Charakter Mistrza tem bardziej sprzeciwia się jednej z nowszych hypotez, która „hallucynacye” apostołów przypisuje suggestyi hypnotycznej, jaką miał poddać im Jezus podczas ich snu magnetycznego. Gdyby tak było rzeczywiście, to zahypnotyzowani apostołowie, obudziwszy się ze snu, nie byliby nic pamiętali z tego, co widzieli i słyszeli, a przeto też nie mogliby się od nich dowiedzieć ewangeliści o widzeniu. Również nie dowiedzieliby się o tem i od Jezusa, który chciał zachować widzenie w tajemnicy aż do chwili swego zmartwychwstania. A zresztą, nie byłożby to niedorzecznością ze strony Jezusa nakazywać apostołom milczenie o widzeniu, którego wyszedłszy ze snu hypnotycznego wcaleby sobie nie przypominali? Cokolwiek tedy mówi nowożytna i dawna niewiara, to jednak tryumfator z Taboru, męczennik z Golgoty będzie zawsze promiennem, jasnem i czystem słońcem ludzkości, uosobieniem prawdy i bóstwa na ziemi, symbolem wszystkiego, co wzniosłe i święte. Im wyżej wzniesie się ludzkość na drodze mądrości, wiedzy i cnoty, tem więcej i lepiej będzie czcić i kochać Dzieciątko z Betleemu, Mistrza z Nazaretu, Męczennika z Golgoty — Boga-Człowieka.

(J. Corluy).