DNI STWORZENIA W KSIĘDZE RODZAJU.

„Przez sześć dni — czytamy w II-ej Księdze Mojżesza (XX, 11) — czynił Pan niebo i ziemię i morze i wszystko co w nich jest." Dokładniej jeszcze stworzenie wszystkich rzeczy opisuje nam Księga Rodzaju w porządku chronologicznym t.j. w kolei dni, w których Pan Bóg powoływał do bytu poszczególne twory.

Na dzień pierwszy kładzie ona stworzenie materyi; na drugi sklepienia niebieskiego; na trzeci roślin; na czwarty słońca i innych ciał niebieskich; na piąty ryb i ptactwa; na szósty zwierząt ziemnych i naostatek człowieka. (Gen. I).

Biorąc literalnie brzmienie słów biblijnych, egzegeci wieków ubiegłych w przeważnej mierze wnioskowali, że dzieło stworzenia zostało rzeczywiście dokonane w ciągu sześciu dni zwyczajnych. Taki wykład, dość zresztą dowolny i nie ściśle racyonalny, był jednak usprawiedliwiony w epoce, kiedy wiedza świecka nie dawała żadnych wskazówek, mogących oznaczyć wiek świata materyalnego.

Obecnie koniecznością się stało zarzucić ten wykład słów biblijnych o sześciu dniach stworzenia, jak bowiem jest zasadą egzegetyczną, iż należy się trzymać właściwego i literalnego znaczenia słów biblijnych, dopóki nie zostanie udowodniona potrzeba innego tłómaczenia, tak również takąż samą jest zasadą egzegetyczną, że należy odstąpić od literalnego znaczenia wyrazów z chwilą, kiedy ono staje w sprzeczności z prawdą skądinąd pewną i na innej drodze wykrytą. Owóż taka właśnie tu zachodzi okoliczność.

Dawność świata. Umiejętność świeżej daty, geologią zwana, chciała wykazać, że nasza kula ziemska jest nierównie starsza, niż dotąd sądzono. Zapuściwszy się w szereg spoczywających jedne nad drugimi pokładów ziemi, stawiła nam ona przed oczy szczątki niezliczonej ilości istot, które uprzedziły przyjście człowieka na ziemię. Pokłady te, które wedle trafnego porównania przedstawiają się jakżeby niedbale złożone karty książki, kryją w sobie szczątki zwierząt i roślin, jakie istniały po sobie w ciągu długich epok, daleko wyprzedzających pojawienie się człowieka. Każdy z tych pokładów ziemi zawiera właściwe sobie jestestwa. Na powierzchni tylko, t. j. w pokładzie najświeższym ukazuje się człowiek, którego obecność stwierdzają resztki skieletów lub wyroby ludzkiego przemysłu. Nieco głębiej widać kości wielkich czworonogów, podobnych do tych, jakie nas otaczają. Poniżej są tylko jestestwa wodne, ryby, płazy, mięczaki, których organizacya staje się coraz prostszą i pierwotniejszą, w miarę jak się posuwamy ku pierwszym śladom życia na ziemi.

Wszystkie te szczątki, znane pod nazwą kopalnych, należą oczywiście do istot dawnych, które, acz odmienne od gatunków obecnych, żyły jednak, zarówno jak one, na powierzchni lądu, w wodach jezior i, na większą skalę, w łonie wód oceanu. Podówczas tak samo jak teraz w głębi wód morskich tworzyły się warstwy gliniaste, piaszczyste lub wapienne, które czas przeistaczał najczęściej w łupek, głaz, i marmur. W tych skałach znajdujemy miliony muszli, a są one często pomimo swej kruchości tak dobrze zachowane, że mięczaki, do których należały, musiały żyć widocznie na tern samem miejscu. Niepodobna stawiać przypuszczenia, by się tam dostały dzięki gwałtownemu przewrotowi, wywołanemu przez potop.

Znaczna grubość tych osadów, dawniejszych — powtórzmy to — od pojawienia się człowieka, wykazuje ze swej strony dostatecznie, że przyjmowany dawniej sześciodniowy okres nie wystarczał na stworzenie i uorganizowanie świata. Badanie tych rozmaitych pokładów, które, by się trzymać w obrębie zacytowanego porównania, spoczywają na sobie, jak przystające szczelnie karty książki, udowodniło, że ich całkowita grubość wynosić powinna 15 — 20 kilometrów. Owóż wszystko się zdaje wskazywać, że te osady wytworzyły się z powolnością, jaką widzimy przy tworzeniu się w naszych do pewnego stopnia oczach warstw, osadzonych na dnie mórz i jezior, gdyż ich słoje są prawidłowe i zawierają podobnie jak osady morskie moc organizmów, których musiały być spokojnem siedliskiem.1

Rozwój życia roślinnego w epokach geologicznych daje również pojęcie o długotrwałości dzieła stworzenia. Jak sobie objaśnić bez powołania się na działanie wielu wieków tak olbrzymie niekiedy pokłady węgla, które są, jak wiadomo, nagromadzeniem tworów roślinnych przekształconych pod działaniem czasu i ciepła? Bezwątpienia, nie ma konieczności utrzymywać z większością geologów, iż te rośliny żyły w temże samem miejscu, gdzie uległy przeistoczeniu; ale przypuszczając nawet, że napłynęły z wodą, trzeba bądź co bądź przyjąć, że żyły kędyś przecie. Owóż są okolice, np. Wallia, gdzie się spotyka 50 a nawet 100 warstw węgla leżących nad sobą i poprzedzielanych tyluż warstwami łupkowemi. Można przypuszczać zbieg najkorzystniejszych warunków, można np. zdumiewającą wegetacyę peryodu węglotwórczego przypisywać wysokiej temperaturze tej epoki, atmosferycznej wilgoci i nadmiarowi kwasu węglanego, zawartego w niedość jeszcze czystem powietrzu; mimo to wszystko, by fakt ten objaśnić, odstąpić trzeba nieodzownie od przyjmowanej dawniej kosmogonii.

A przecież epoka powstawania węgla przedstawia tylko drobny odłam wielkich okresów geologicznych. Kreda, złożona podobnież z niezmiernej ilości żyjątek, które kiedyś egzystowały, wytworzyła się w epoce odleglejszej. Potem dopiero nastąpiła epoka trzeciorzędowa, znamienna rozwojem ssaków. Cóż więc dziwnego, że dla wytłómaczenia tych następujących po sobie formacyi, geologowie żądają od nas milionów lat czasu?

Jeden jest tylko sposób niezgodzenia się na to żądanie uczonych, a mianowicie zaprzeczenie, by owe pokłady ziemne i zawierające się w nich szczątki kopalne, były stworzone w tym stanie, w jakim je dziś znajdujemy. Ale ponieważ nikt chyba nie zechce tego utrzymywać, — równałoby się to bowiem podsuwaniu Stwórcy zamiaru żartowania z ludzkości, — konieczność przeto zmusza do schylenia czoła przed wnioskami nauki.

Poważne dowody dawności świata możnaby także zaczerpnąć z innych gałęzi umiejętności. Astronomia np. wskazałaby nam w przestworzach niebios gwiazdy, których światło potrzebowało więcej niż 6,000 lat, by dojść do ziemi, i które temsamem musiałyby dla nas być dotychczas niewidzialne, gdyby świat tyle tylko lat istniał. Ale dość i tych dowodów, — zbyteczna popierać prawdę, oczywistą dla każdego, obeznanego nieco z geologią. Niestety, umiejętność ta jest obcą dla wielu osób, skądinąd światłych i wykształconych. Dla nich to właśnie potrącamy tu o te szczegóły z zakresu geologii. Dla nich to również załączamy poniżej tablicę, streszczającą dane geologiczne. Znajdziemy na niej obok wielkich formacyi, które się kolejno dokonywały od początku czasów geologicznych, porządek ukazywania się na ziemi główniejszych gatunków zwierząt. Łatwo nam będzie z tablicy tej wywnioskować i względną długość epoki czasu, poprzedzającego człowieka, i kolejny postęp, jakiemu w ogóle ulegał rozwój życia na naszej planecie, zgodny zresztą z nauką biblijną.

Tablica formacyi geologicznych.

Epoki Formacye Daty ukazywania się jestestw
Dzisiejsza Niedawna
Czwartorzędowa Popliocenowa Człowiek
Trzeciorzędowa Pliocenowa
Miocenowa
Eocenowa
Bakteryje niższe i skorupiaki
Kręgowce ryby (pojawiają się zwierzęta)
Drugorzędowa Kreda
Gaulteńska czyli kredowa
Neokomieńska
Wapień ikrowcowy (oolit)
Liasowa (wapienna)
Jana morze
Płazy (zaczynają się dojwem w epoce trzeciorzędowe)
Pierwszorzędowa Tryjasowa
Permska
Węgla kamiennego
Dewońska
Sylurska
Kambryjska
Ptaki (znaleźć przed epoką trzećorzędową)
Ssaki wyższego rzędu
Ssaki niżksze (wieloryb)

Hypoteza Buckland'a. — W celu zadosyćuczynienia twierdzeniu geologów, broniących dawności świata, i zarazem w celu utrzymania literalnego znaczenia wyrazu Genezy: dzień, niektórzy egzegeci i uczeni szczerze religijni, ws'ród których zasługuje na szczególne wyróżnienie doktór Buckland, uciekają się do następującej hypotezy.

Pomiędzy stworzeniem materyi, które nastąpiło po za obrębem sześciodniowego okresu, i pomiędzy początkiem pierwszego dnia, upłynął nieokreślony przeciąg czasu, podczas którego żyły wszystkie rośliny i zwierzęta, których szczątki odnajdujemy w pokładach ziemnych. Tę epokę zamknął ogólny przewrót, który sprowadził ziemię do stanu chaotycznego, zaznaczonego w drugim wierszu Genezy: „terra autem erat inanis et vacua." — Naówczas zaczęło się dzieło reorganizacyi trwające przez 6 dni 24-rogodzinnych zgodnie z literą tekstu biblijnego. — Pierwszy rozdział Biblii obejmowałby więc szkic nie pierwotnej organizacyi ziemi, lecz restauracyi po przypuszczalnym kataklizmie.

Obrońcy tej teoryi opierają się najpierw na tern, że stworzenia materyi Geneza nie oznacza jako części dzieł dokonanych w ciągu sześciu dni, tudzież na tem, że niektórzy Ojcowie i Doktorowie Kościoła utrzymywali, iż pomiędzy początkiem rzeczy, a pomiędzy „fiat lux," które to słowa wedle nich rozpoczynają dzień pierwszy, istniał pewien odstęp czasu. Dodają słusznie, że ich hypoteza posiada tę zaletę, iż czyni niemożliwym wszelki konflikt i choćby pozorną, niezgodę między Biblią, a nauką,. Ale, jeśli te nawskroś negatywne argumenta wystarczają, by hypotezę tę uczynić możliwą, i dopuszczalną,, nie są, przecież dostateczne, by jej nadać wartość naukowego prawdopodobieństwa.

Bezwątpienia, wielu Ojców przypuszczało, że pierwszy dzień Genezy rozpoczynał się od ukazania się światła, mieszcząc tern samem stworzenie materyi poza obrębem dni sześciu. Niektórzy uznawali może nawet, lubo w ogóle milczą pod tym względem, że materya, raz stworzona, pozostawała przez długi czas massą bezkształtną, o jakiej mowa w Genezie. Daleko wszakże jeszcze od tego do przypuszczenia, że podczas tego peryodu, poprzedzającego dzień pierwszy, rozwinęły się i żyły wszystkie rośliny i wszystkie zwierzęta, których szczątki znajdujemy w stanie kopalnym.

Trudno zresztą wytworzyć sobie pojęcie o przewrocie, któryby do tego stopnia zburzył ziemię, iżby zniszczył zupełnie rośliny i twory żyjące, by położył tamę światłu, wreszcie by można było powiedzieć o naszym globie, że był on bryłą bezkształtną i próżną, albo lepiej jeszcze niewidzialną i bezładną; invisibilis et incomposita, podług energicznego wyrażenia Septanty.

A następnie, czyż nie sprzeciwia się to pojęciu Boga nieskończenie mądrego, aby dzieło swoje prowadził drogą rozwoju postępowego przez przeciąg niezliczonych wieków, aby je następnie niweczyć przed wystąpieniem tego, co miał być uwieńczeniem wszech rzeczy i królem stworzenia!?

Przypuśćmy wszelako na chwilę, że kataklizm jakiś mógł do tego stopnia zniweczyć życie na powierzchni ziemi i pogrążyć ziemię w stanie bezładnej, ciemnej i bezkształtnej massy, o czem mówi Geneza. Też same prawa ciążyć będą niewątpliwie nad rozwojem nowego stworzenia. Bóg jest istotą nieodmienną, a obraz Jego przymiotów boskich odbija się w stworzeniu przez jedność planu opatrznościowego i stałość praw natury. Możliwe jest bezwątpienia uchylenie się od tych praw, lecz nikomu nie wolno utrzymywać, żeby to uchylenie się zaszło przed stworzeniem człowieka, chyba na podstawie specyalnego objawienia. Owóż twórcy teoryi, którą zbijamy, przyznają z nami, że rośliny praświata ukazywały się stopniowo i rozwijały się powoli w szeregu długich wieków, poprzedzających ukazanie się człowieka. Diaczegożby to samo nie miało się zdarzyć z innem stworzeniem? Czemużby jego rozwój, tak wolny w pierwszym wypadku, miał się dokonać tym razem w ciągu sześciu dni 24-godzinnych? Nie łatwo zaiste znaleść zaspakajającą odpowiedź na to pytanie.

Zachodzi atoli inne jeszcze nie mniej trudne zagadnienie. Jeżeli historya kuli ziemskiej dzieli się na dwie epoki: jednę stojącą całkowicie po za osnową biblijnego opowiadania, drugą opisaną przez Genezę, to czy da się oznaczyć, w jakiem stadyum tej historyi skończyła się epoka pierwsza, a zaczęła epoka druga? Będzie li to na schyłku t. zw. czasów geologicznych pod koniec okr^su czwartorzędowego? Otóż, jeśli mamy wierzyć nowoczesnym odkryciom, człowiek żył w epoce czwartorzędowej. Wątpić nie można, że człowiek był współczesny mamutowi i innym gatunkom wygasłym, właściwym epoce czwartorzędowej. Człowiek więc byłby stworzeniem przedgenezyjnem. Stanowiłby on składową część owego przypuszczalnego starego świata, na równi z wielu innemi stworzeniami, które dziś żyją, a których szczątki obok resztek mamuta spoczywają w pokładach przedpotopowych. Stronnicy systemu restauracyjnego cofną się niewątpliwie przed tą konsekwencyą.

Może więc zechcą uskutecznienie się owej reorganizacyi przenieść na czasy epoki trzeciorzędowej? Człowieka nie było podówczas — to prawda, ale inna natomiast nasuwa się trudność. Znaczna część gatunków trzeciorzędowych przeszła do epoki następnej; wiele z nich istnieje po dziś dzień. Niemożliwa przeto rzecz przypuszczać, żeby pod koniec epoki trzeciorzędowej zaszedł kataklizm ogólny, gdyż rezultatem jego musiałoby być całkowite wytępienie istniejących przedtem bworów organicznych. Słowem nic nie upoważnia nas do tego, abyśmy uważali epokę trzeciorzędową za datę zupełnego przekształcenia kuli ziemskiej i za punkt wyjścia dla nowej zgoła ery.

Napróżno usiłowalibyśmy jeszcze dalej wstecz się posuwać w szeregu okresów geologicznych. Nigdzie nie znajdziemy śladów owej linii demarkacyjnej, mającej wrzekomo oddzielać świat obecny od świata poprzedzającego. Ani flora, ani fauna, właściwa danej epoce, nigdy z nią razem nie znikłaby doszczętnie. Nie zdaje się zatem, iżby kiedykolwiek od początku istnienia kuli ziemskiej zaszedł przewrót tak ogólny i tak potężny, któryby zatarł wszelkie ślady życia na ziemi i uzasadnił hypotetyczną teoryę zupełnej reorganizacyi.

Atoli, gdyby nawet przyjąć kataklizm tego rodzaju pospołu z następującą jakoby po nim kompletną reorganizacyą globu ziemskiego, to i w takim jeszcze razie należałoby hypotezę przedgenezyjną, w całości swej wziętą, odrzucić. Wypadek bowiem tego rodzaju, jak zupełna reorganizacya świata, mógłby się wydarzyć tylko w epoce bardzo odległej; gdyż o wiekach nowszych, późniejszych naprzykład od formacyi drugorzędowej, tak dokładne posiadamy wiadomości, że wykluczają one nawet myśl o podobnej katastrofie. Tymczasem, aby sobie zdać sprawę z rozwoju życia w czasach późniejszych od tej reorganizacyi świata, należałoby się uciekać do również długich okresów czasu, bo i dnie dwudziestoczterogodzinne również nie są wystarczające do reprezentowania historyi całej kuli ziemskiej.

Moglibyśmy się też uciec do argumentów jeszcze innej natury. Bouckland i zwolennicy jego przestarzałej teoryi utrzymują, że mają po swej stronie słowa Pisma św. Tymczasem, przemawiają one wyraźnie przeciw nim raczej, aniżeli za nimi. Wszędzie mowa jest o stworzeniu jako o dziele dni sześciu.

Czyż Mojżesz nie powiada, że w sześciu dniach uczynił Pan niebo, ziemię, morze i wszystko co się w nich zawiera? Czyż nie mówi, opisawszy dzieło dni sześciu, że „te są zrodzenia nieba i ziemie, gdy były stworzone w dzień, którego uczynił Pan Bóg niebo i ziemię." Istae sunt generationes coeli et terrae, quando creata sunt in die quo fecit Deus coelum et terram. (Gen. II, 45).

Trudno byłoby znaleźć tekst bardziej stanowczy, niż ten ostatni. Odpowiada on wprost na postawione powyżej pytanie.

Zwolennicy teoryi restauracyi świata utrzymują, że odnowienie to świata było dwukrotne: pierwszy raz bezpośrednio po stworzeniu materyi, w ciągu ery geologicznej, drugi raz zaś przed ukazaniem się człowieka. Mówią, mianowicie, że Mojżesz opisuje tę ostatnią właśnie reorganizacyę, której nie towarzyszy akt stworzenia w ewłaściwem znaczeniu. Owóż, Mojżesz najformalniej temu zdaniu zaprzecza. Powiada on, że zrodzenia, które wyszczególnia jako dzieło dni sześciu, nastąpiły właśnie po tem, gdy „uczynił Bóg niebo i ziemię." Niepodobna być w wyrażeniu bardziej jasnym i stanowczym.

Nie można też zarzucać, jakoby użyte w tem miejscu słowo stwarzać, było wątpliwe. Oryginalny tekst hebrajski używa tu wyrazu barci, tak rzadko używanego przez Mojżesza, a zawsze, jak się zdaje, w rozmyślnem przeciwstawieniu do słowa hasah (czynić, kształtować, uskuteczniać, wyrabiać); przez ten czasownik zaznacza autor na wstępie swej księgi, że niebo i ziemia powołane zostały do bytu z nicości; tegoż wyrazu używa, gdy mówi o stworzeniu istot żyjących i samego nawet człowieka,—stworzeń na wskroś odmiennych, dzięki pierwiastkowi niezłożonemu, jaki je ożywia, a zatem—stworzeń, które byt swój zawdzięczać mogły jedynie osobnemu aktowi woli Boga, a nie samemu tylko działaniu sił naturalnych.

Widzimy tedy, iż hypoteza Bucklanda ma przeciwko sobie nie sam tylko rozum i naukę, lecz także i Pismo święte. To też dziwić się trzeba, że znajduje ona jeszcze dziś zwolenników zwłaszcza w Anglii.

System idealistyczny Mgra Clifford'a. — Inna teorya, zdaniem naszem mniej jeszcze nadająca się do przyjęcia, i jak się zdaje, bardziej bezceremonialna względem tekstu świętego, powstała również nn gruncie angielskim w r. 1881. Podług jej autora Mgra Clifforda, biskupa z Clifton, Mojżesz nie miał wcale zamiaru podawać nam historyi stworzenia. Rozłożył on dzieło boże na sześć dni całkiem dowolnie. Bardziej jeszcze dowolnie umieścił stworzenie sklepienia niebios przed roślinami; słońca i gwiazd — przed zwierzętami; tych wreszcie ostatnich przed człowiekiem. Takie pochodzenie następstwa epok, któremu przeczy nauka, nie ma w sobie nic chronologicznego.

Jedynym celem Mojżesza było oznaczyć i upamiętnić każdy dzień tygodnia jakiemś dziełem bożem; w czem szedł on za Egipcyanami, u których każdy dzień poświęcony był specyalnemu bóstwu. Dla tego Mojżesz musiał przyjąć jakiś porządek, który wszakże nie odpowiada żadnej rzeczywistości; nie jest to wcale faktyczny porządek czynów bożych lub wydarzeń kosmogonicznych; a gdyby nawet tak było, to przynajmniej nie jest on nam podawany przez Mojżesza, jako rzeczywista kolej poszczególnych dzieł stworzenia. (Ob. Revue de Dublin 1881, a także: Annales de philosophie chretienne, Listopad, 1881).

Podstawą systemu Clifforda, jak widać, jest istnienie tygodnia u Egipcyan, jako jednostki do mierzenia czasu. Tymczasem nic bardziej niepewnego, jak ten fakt rzekomy. „Teza ta o pogańskiem i specyficznie egipskiem pochodzeniu tygodnia, jest dziś niemożliwa do przyjęcia," powiada jeden z członków Instytutu Francuskiego, Martin. (Annales de philosophic chretienne, Styczeń, 1882). „Zbijano ją—ciągnie dalej tenże pisarz, z powodzeniem już około połowy wieku XVII w pamiętnikach Akademii Napisów i Sztuk Pięknych (t. IV), a mianowicie uczony ks. Sallier zadał jej cios, z pod którego się nie mogła podźwignąć; a w wieku bieżącym cios również stanowczy spotkał ją ze strony wybitnego członka tejże Akademii, Alfreda Maury, pospołu ze znakomitym astronomem Janem Chrzc. Biot. Pomiędzy ludami starożytności niepodobna udowodnić, by był choć jeden, któryby używał tygodnia jako okresu chronologicznego, o ile go nie przyjął od Hebrajczyków, albo, by lepiej powiedzieć, od Żydów, którzy byli propagatorami tygodniowego okresu czasu.

Mylnie też powołuje się biskup z Clifton na Herodota i Dyona Kassyusza, bo Herodot, mówiąc o miesiącach egipskich, nie mówi ani słowa o tworzącym tydzień siedmiodniowym okresie czasu, a to milczenie jest dość wymowne; co zaś do Dyona Kassyusza, ten powiada wyraźnie, że okres siedmiodniowy, będący w użyciu u Rzymian i indziej, „pochodzi z Judei."

Wiadomo zresztą, dzięki Champolion'owi, jaki właściwie był podział czasu u starożytnych Egipcyan. Był to wzięty w całości ni mniej ni więcej tylko kalendarz republikański francuski i polegał na podziale roku na 12 miesięcy, z których każdy obejmował trzy dekady, tudzież na dodatkowych dniach pięciu. Śladów tygodnia siedmiodniowego nigdzie nie spotykamy.

Nie mógł więc Mojżesz pojęcia o tygodniu takim zapożyczyć od Egipcyan. Nieprawdopodobna rzecz również, by je przejął od innego ludu choćby nawet od Chaldejczyków. Nie można mu więc przypisywać zamiaru zastąpienia tygodnia politeistycznego takimże monoteistycznym, czego rzekomo miał dokonać, podstawiając na miejsce bóstw pogańskich, patronujących poszczególnym dniom, dzieła stworzenia dowolnie przez siebie rozłożone.

Przypuśćmy jednak, że taki był cel Mojżesza. To i w takim razie jeszcze system Clifforda nie stanie się prawdopodobniejszym. Zachodzi trudność, która się bezpośrednio uwadze naszej narzuca.

Pisarz święty nie poprzestaje na samym opisie różnych dzieł bożych; powiada on, iż jedno z nich dokonane zostało dnia pierroszego, drugie następnego i tak dalej, aż do siódmego t. j. do czasu, kiedy Bóg ukończył akt tworzenie — dokonał (Gen. II, 2). Zdaje nam się, że tu jest oczywiste następstwo. W 2-ej księdze Mojżeszowej czytamy podobnież.- „Przez sześć dni czynił Pan niebo i ziemię i morze i wszystko co w nich jest, a odpoczął dnia siódmego" (Exod. 20, 11).

Wszystko to jest bez znaczenia w oczach autora nowej teoryi. Odpowiada on na to: ani pierwszy ani drugi tekst nie jest historyczny. Pierwszy ustęp jest wyjątkiem z hymnu świętego, bo taką jest wedle niego osnowa pierwszego rozdziału Genezy. Drugi tekst jest formułą liturgiczną, której słów nie należy rozumieć w brzmieniu literalnem. Nie warto zatem do miejsc tych przywiązywać szczególnego znaczenia.

Przyzna każdy, że autor zbyt apodyktycznie załatwia się z kwestyą tak poważną: boć teksty tak jasne, jak wyżej zacytowane, nie tracą swego znaczenia dla tego jedynie, że się znajdują w hymnie, w rytuale lub księdze liturgicznej. Myśl pisarza natchnionego wydaje się oczywistą, i nie sądzimy, aby pod tym względem były dwa sposoby widzenia rzeczy.

Niedowiedzioną jest rzeczą, by pierwszy] rozdział Genezy miał charakter hymnu. Najpierw, jest on napisany prozą—okoliczność nie pozbawiona znaczenia. Następnie rzeczą jest niezaprzeczoną, że księga, której ten rozdział stanowi część składową, jest bezwarunkowo historyczną. Aby odmówić przymiotu historyczności pierwszemu rozdziałowi, Mgr Clifford powołuje się na różnicę w stylu, osobliwie na używanie w nim wyrazu Elohim zamiast Jehovah, który się ukazuje później dopiero. Dystynkcya ta pochodzenia racyonalistowskiego pragnie dowieść, że Mojżesz zużytkował w swem dziele stare zabytki in crudo, n.e zmieniając ich formy pierwotnej. Ale czyż stąd wynika, żeby zabytki te były zupełnie {pozbawione charakteru historycznego?

Dla poparcia swego założenia powołuje się też uczony prałat na najnowsze odkrycia assyryologiczne. Owóż, według nas, rezultat tych odkryć zwraca swe ostrze przeciw Clifford'owi. Już Berozusowi zawdzięczamy szkic kosmogonii chaldejskiej, która przedstawia ukazanie się rzeczy w porządku analogicznym z opisem Mojżesza, i to z większym jeszcze naciskiem na myśl o następstwie chronologicznem. Tęż samą myśl potwierdza napis klinowy, na nieszczęście, niekompletny. (Ob. Vigouroux, „La Bibie et les decouvertes modernes," t. I, p. 136). Jest to relacya szczegółowa o początku, pierwotnym stanie i postępowym rozwoju wszechświata. „Upłynęła wielka liczba dni i długi okres czasu," czytamy w środku opowiadania. To znaczy, że w formacyi globu istniało następstwo epok; co więcej znaczy to, że dni Genezy nie były dniami dwudziestoczterogodzinnemi, lecz peryodami o nieokreślonej długości.

Napis chaldejski ma inną jeszcze zaletę. Z opisem dzieła sześciu dni łączy relacyę o upadku człowieka. Wynika stąd, że dwa opowiadania, które niejedni chcę tendencyjnie rozdzielić w Genezie, są ze sobą ściśle zespolone, i że jeśli jedno jest historyczne, i drugie takiemże być musi.

Bezwątpienia, nie należy utożsamiać kosmogonii biblijnej z chaldejską. Ta ostatnia jest spaczona przez domieszkę podań potwornych, które ją od pierwszego wejrzenia szpecą i odzierają z piękności, mimo, iż zachowała pewne rysy pierwotne. Pomimo to, musi egzegeta z nią się liczyć, gdyż jest ona, jeśli nie w obecnej swej formie, to przynajmniej w punktach istotnych, dawniejsza od Mojżesza, a może nawet od Abrahama, a nadto zachowała, lubo skażoną, prastarą tradycyę, którą natomiast Biblia przekazała nam w całej czystości pierwotnej. Cliffordowi wydaje się dziwnem, by Bóg miał objawiać Mojżeszowi fakta z zakresu geologii, należącej do dziedziny nauk przyrodniczych. Objawienie to dałoby się wytłómaczyć i uzasadnić doniosłością szczegółów, o które chodzi; mimo to nie ma obowiązku wierzyć, że je Mojżesz bezpośrednio otrzymał od Boga. Możliwa rzecz, iż ono jest dawniejsze i sięga samego Adama. W ten sposób tłómaczą się ślady tego Objawienia, spotykane w zabytkach, które zdają się być starsze od prawodawcy hebrajskiego.

Cokolwiekbądź jest, wydaje się pewnem, że pierwszy rozdział Genezy szkicuje nam rzeczywistą history kuli ziemskiej przed ukazaniem się człowieka. Choćby się zgodzić, że jest to hymn pomieszczony przez Mojżesza na czele jego księgi, to jeszcze i w takim razie należałoby odeń oczekiwać prawdy. Przyswojenie go przez natchnionego pisarza nadawałoby mu tenże charakter prawdomówności, jaki jest właściwy innym opowiadaniom biblijnym, i tern samem należałoby zawsze obstawać przy tej kolei następstwa rzeczy, jaką wskazuje omawiany ustęp księgi świętej.

Zgadzamy się, że liczba sześciu okresów, na jakie Mojżesz rozkłada dzieło stworzenia, jest do pewnego stopnia dowolna. Być może, iż przyjęta ona została dla tego tylko, że cyfra siedm była już z dawna święta u Hebreów (Gen. IV, 15, 24; VII, 2, 34; VII, 10, 12). Mojżesz mógłby był bez wątpienia dzieło to rozłożyć na dziesięć peryodów, gdyby mu się tak było podobało, bo nie podobna dopatrzeć się jakiejś ściśle dokładnej linii demarkacyjnej pomiędzy faktami, przypisywanymi dniom poszczególnym. Lecz czego niepodobna nie przyjąć,—a co formalnie Mojżesz podaje, to, że porządek w jakim stworzenie świata nakreślone zostało, jest porządkiem chronologicznym, to jest że różne przedmioty, powołane przez Stwórcę do bytu, ukazywały się w kolei przez Mojżesza podanej. Inaczej bowiem trzebaby było przypuścić, że słowa Mojżesza wprowadziły w błąd całe pokolenia, do których się zwracał ten święty pisarz, a trudno przypuścić, by Duch św., który mu udzielał natchnienia, dopuścił taki zamęt w pojęciach Mojżesza, prowadzący do tak szkodliwych dla rodu ludzkiego konsekwencyi.

Czyż nie jest zastanawiające, że prawdziwość kosmogonii biblijnej zaatakowano właśnie w chwili, kiedy nieuprzedzeni geologowie, oddają jej hołd należny? Nigdzie może zgodność nauki z Biblią nie jest tak uderzającą, jak na terenie geologicznym. Zachodzi tu tak uderzająca styczność, iż zgodność rzeczona nie może być skutkiem przypadku. Geologia, która zaiste nigdy się nie troszczyła o swą prawowierność, która zwłaszcza nigdy nie zamierzała popierać obrońców prawdy biblijnej, podzieliła historyę kuli ziemskiej na trzy wielkie okresy, poprzedzające przyjście człowieka, z których pierwszy znamionuje nadzwyczajna wegetacya, drugi—przewaga zwierząt lądowych. Jakoż ten sam porządek odnajdujemy wyraźnie zaznaczony w Genezie pod dniami trzecim, piątym i szóstym. Co do innych dni, które mówią o stworzeniu światła, firmamentu i ciał niebieskich styczności z geologią, rzecz prosta, żadnej być nie może. To pewna, że gdziekolwiek przy pomocy goologii można było kontrolować opowiadanie biblijne, rezultat dla ksiąg świętych był zawsze pomyślny.

Mgr. Clifford stawia pytanie, „czyby się kto ośmielił twierdzić, że rozczytywanie się w Genezie naprowadziło kogokolwiek na odkrycie choćby jednego szczegółu geologicznego." Możemy na to odpowiedzieć, że kolejne następstwo w trzech po sobie idących peryodach trzech wielkich działów istot tworzących królestwo organiczne, a mianowicie roślin, zwierząt wodnych i lądowych, jest bądź co bądź pierwszorzędnym faktem geologicznym, oraz, że fakt ten był znany dzięki Księdze Rodzaju na długo pierwej, zanim badanie pokładów ziemnych zaregestrowało go w rzędzie prawd naukowych. Względnie świeże pojawienie się człowieka na ziemi jest również faktem tej kategoryi, znanym nam z Biblii, zanim geologia w tej sprawie głos zabrała.

A jakież trudności upatruje biskup Cliftoński w zgodzeniu się na przyjętą powszechnie teoryę dni-okresów?

Oto co sam mówi w tej mierze: „Opowiadanie biblijne zdaje się być w niezgodzie nie tylko z odkryciami wiedzy nowoczesnej, ale też i z tą umiejętnością egipską, w której się wychował Mojżesz. Egipcyanie wiedzieli doskonale, że rozwój wegetacyi zależy od działania słońca... Jeśli data stworzenia tej gwiazdy ma być przyjęta w znaczeniu historycznem i ma tern samem wskazywać, że ziemia istniała, obracała się około swej osi, była pokryta roślinnością wprzód nim się pojawiło słońce, środek systemu, którego ziemia część stanowi, wówczas próżno podejmować próby w celu pogodzenia takiego zdania z niewątpliwemi faktami naukowemi." (Ann. Phil. chret. Listop. 1881).

Tak więc Mojżesz schwytany będzie na gorącym uczynku błędu, jeśli z olbrzymią większością tłómaczów zechcemy pierwszemu rozdziałowi Genezy nadawać cechę historyczną.

— Nam się znów zdaje przeciwnie, że omyłka jest po stronie nowego egzegety, który składa tu dowód, iż wiedza jego odczuwa dotkliwe braki. Mojżesz, należy to przypomnieć, bynajmniej nie powiada, że słońce zostało stworzone czwartego dnia, lecz tylko, że ono się ukazało naówcząs. Można więc utrzymywać, że istniało przedtem jako centrum systemu planetarnego, być może nawet—jako ciało świetlane. Ale co trzeba przyjąć koniecznie i co bynajmniej nie stoi w sprzeczności z danemi geologicznemi,—to, że dopiero pod tą datą, w tej epoce mieszkańcy kuli ziemskiej, gdyby podówczas istniały były stworzenia rozumne, mogli obaczyć po raz pierwszy tarczę słoneczną, po rozproszeniu się i opadnięciu olbrzymiej mgły, jaka przedtem otaczała ziemię. Łatwo bybyło dowieść tego przez analogię, przypominając to, co się dzieje w niektórych okolicach podrównikowych, że takie właśnie warunki sprzyjały niezmiernemu rozwojowi roślinności w peryodzie poprzednim—węglowym. Do wzrostu i bujności lasów podzwrotnikowych potrzeba niewątpliwie ciepła wielkiego i światła, ale w stanie rozprowadzenia, nie zaś w bezpośredniem działaniu promieni słonecznych.

Jeśli można utrzymywać, że słońce istniało przed czwartym dniem stworzenia, lecz przysłonięte mgłą gęstą, to nic nie przeszkadza również utrzymywać, że czwartego dnia dopiero stało się ono świetlanem. Sprzyja temu przypuszczeniu teorya Laplac'a, który twierdzi, że wszystkie ciała naszego systemu były w swoim czasie słońcami; gdyż gwiazda środkowa właśnie dla tego, że jest olbrzymio większa od pozostałych, musiała daleko później zacząć być słońcem dla innych. Na gruncie tej hypotezy nie trudno byłoby odnaleźć pierwotne źródło światła, które oblewało ziemię od początku przez czas jej formowania się. Źródłem tern byłby księżyc, który zresztą jako ciało mniejszej objętości, szybciej przechodzi fazy przetwarzania się i przekształcania.

Mgr Clifford dosyć pobieżnie stawia zarzuty systemowi peryodów. Tak np. ogólnikowo nadmienia, że postęp wiadomości geologicznych potępił teoryę okresów, że geologia, stawiając teoryę przyczyn działających na miejsce kataklizmów, nie dopuszcza już również faktem tej kategoryi, znanym nam z Biblii, zanim geologia w tej sprawie głos zabrała.

podziału na okresy, mające, jak się wyraża Geneza, poranek i wieczór t. j. początek i koniec.

Brak miejsca nie pozwala na wykazanie, że teorya przyczyn działających, zbyt pośpiesznie w Anglii przyjęta, wcale jeszcze nie została udowodniona. Na stałym lądzie Europy znajduje ona wielu i stanowczych przeciwników pomiędzy najlepszymi geologami, a jeśli coś w niej zasługuje na uwzględnienie, to przecież nic nie upoważnia do zupełnego wyłączenia z dziejów kuli ziemskiej gwałtownych przewrotów. (Ob. Geologie et Revelation, 4 Edit. p. 420). A choćby nawet teorya przyczyn działających była prawdziwa, to i w takim razie nie zdołałaby jeszcze zachwiać teoryi dni-okresów. Nic nas nie zniewala do uwierzenia, żeby każdy dzień Genezy odgraniczony był od następnego jakiemś gwałtownem zjawiskiem; nawet nieznaczne przejście od jednej kategoryi stworzeń do drugiej wystarcza do zaznaczenia końca jednego okresu i początku drugiego. Jeśli Mojżesz zdaje się kłaść nacisk na punkta wytyczne tych okresów, jeśli wielokrotnie powraca do wyrażeń: „wieczór i poranek," czyni to z powodu, że widzi i chce wskazać w siedmiu okresach stworzenia świata figurę siedmiu dni tygodnia.

Mgr. Clifford wzmiankuje o nowych trudnościach, wywołanych przez postęp geologii odnośnie do bronionej przez nas teoryi dni— okresów. Być może, iż ma on na myśli następującą trudność: Geneza umieszcza stworzenie roślin przed stworzeniem zwierząt, tymczasem geologia wykazuje nam pewne ryby, żyjącejuż w epoce sylurskiej t. j. przed epoką węglową, która była świadkiem najbujniejszego rozwoju wegetacyi, jej to bowiem zawdzięczamy nasze olbrzymie łomy węgla kamiennego. Co więcej, geologia wykazuje nawet pod formacyą kambryjską, a zatem w samych początkach życia na kuli ziemskiej pewne zwierzątko, bardzo nizkiego ustroju t. j. Eozoon Canadense, które teorya transformistowska wyzyskała dla swej sprawy; ale wszystkim wiadomo, że istnienie tego zwierzokrzewu jest więcej niż problematyczne. W każdym razie nie ma on wielkiej z omawianą sprawą łączności, gdyż Mojżesz, który nie występuje w roli przyrodnika, wzmiankuje tylko o zwierzętach wyższego rzędu, które mogły zwrócić na się uwagę człowieka.

Wreszcie, gdyby nawet pewna ilość tych zwierząt znalazła się w pokładach przejściowych w epoce pierwszorzędowej, gdyby nawet pokłady drugorzędowe zawierały w sobie szczątki ssaków i płazów ziemnych, które w masie ukażą się dopiero później, tern niemniej pozostałoby prawdą, że epokę pierwszą znamionuje nadzwyczajny rozwój świata roślinnego, drugą epokę cechuje bogata i nader urozmaicona fauna wodna, a do trzeciej należą zwierzęta lądowe z wyjątkiem człowieka, który zarówno podług Biblii jak i nauki zjawia się na ostatku.

Pod tym względem panuje zgoda tak widoczna i stanowcza, iż podług naszego zdania stanowi ona skutek i dowód zarazem pierwotnego objawienia. Niepodobna było, obejmując rzeczy w ich całości i nie wchodząc w szczegóły, na które nie pozwalały okoliczności, z większą ścisłością opisać dzieło stworzenia; i zapytujemy tych, co w tym opisie widzą błędy lub nawet „niedorzeczności," jakby się zabrali do nakreślenia w kilkunastu wierszach kosmogonii, któraby dokładniej uwzględniała zdobycze wiedzy i nadawała się do czytania przez ogół.

Jednem słowem racye, jakie przytacza Clifford przeciwko jednozgodnej opinii, upatrującej w pierwszym rozdziale Genezy opowiadanie historyczne o stworzeniu świata, nie ostają się w obec poważnego badania. Roztropność radzi zachować oręż, którym się dotąd posługiwano dla obrony Ksiąg Świętych. Ten, jaki nam teraz w zamian ofiarują niektórzy, wydaje się nam zbyt lichym, a nawet może niebezpiecznym.

Teorya dni—okresów. — Chcemy tu pokrótce przedstawić teoryę, która w dniach Genezy widzi okresy nieokreślonej długości. Po tern, co się wyżej rzekło, zbyteczna byłoby dodawać, że przekonania nasze stoją po stronie tej teoryi, która zresztą cieszy się ogólną wziętością. Podług tej hypotezy, hebrajskiemu wyrazowi Jom, przekładanemu dotąd przez wyraz dzień, nadać należy znaczenie przenośne. W wielu miejscach Biblii użyty on jest w analogicznym sensie. (Gen. 2. 4; Exod. 10. 6; Lev. 7, 35 — 36; Num. 7, 10; Dent. 9, 24 etc.) Przytoczymy jeden tylko przykład: „Te są zrodzenia nieba i ziemi, gdy były stworzone w dzień (jom), którego uczynił Pan Bóg niebo i ziemię" (Gen. 1, 4). Oczywiście w miejscu tern wyraz jom nie oznacza dnia dwudziestoczterogodzinnego, ponieważ odnosi się on do całego okresu stworzenia.

Nasz wyraz dzień pozwala również na użycie go w ogólniejszem rozumieniu. Tak np. dni tryumfu, dni cierpień, dni powodzenia etc. oznaczają w ogóle czas jakiś nieokreślony. Bardziej jeszcze znaczenie metaforyczne właściwe jest wyrażeniu doba, jak to każdy czuje i rozumie, a odpowiada ono właśnie dokładnie hebrajskiemu jom. W hebrajszczyznie niema wyrazu, któryby dokładnie odpowiadał pojęciu epoka-, nie dziw więc, że używano w powyższem rozumieniu terminu Jom. (Vigouroux).

Nie należy tracić z uwagi i tego także, iż Mojżesz, dzieląc dzieło stworzenia na sześć okresów, chciał z nich uczynić typ okresu tygodniowego. Łatwo zrozumieć, że w takim razie z konieczności niejako użył wyrazu dającego się dwojako tłómaczyć. Z tej też zapewne pobudki mówi on przy każdym dniu o wieczorze i poranku. Widoczna, że terminy użyte w znaczeniu przenośnem mają oznaczać koniec i początek. Miały one w. oczach autora przypominać dni prawdziwe, których podstawą i punktem wyjścia są okresy stworzenia.

Zauważyliśmy już, że i astronomia na swój sposób zniewala nas do upatrywania w dniach Genezy długich peryodów czasu. Teleskop odsłania nam gwiazdy tak odległe od ziemi, iż potrzeba było z górą 10,000 lat, by światło ich przebiegające przeszło 75,000 mil na sekundę, doszło do naszego globu. Gdyby świat istniał dopiero od sześciu lub ośmiu tysięcy lat, jak przyjmowano kiedyś, dotychczas wszystkie te ciała musiałyby być dla nas niewidzialne.

Pytamy zresztą, czemu-by i na jakiej zasadzie trzy pierwsze dni Genezy miały być dniami dwudziestoczterogodzinnemu Wszak miarą dnia jest wschód i zachód słońca, tymczasem słońce podług Genezy ukazało się dopiero dnia czwartego.

Może kto powie, że trzy pierwsze dni dały się mierzyć i obliczać podług obrotu ziemi naokoło swej osi? Ale w takim razie będę, to dni bez nocy, a wyrazy wieczór i poranek muszą być przyjęte w znaczeniu przenos'nem, tak samo jak w naszej hypotezie dni—okresów. Dodajmy, że dni te będą dłuższe od 24 godzin. Szybkość wirowego obrotu ciał niebieskich pozostaje w stosunku odwrotnym do ich objętos'ci. Według teoryi powszechnie prawie przyjętej, teoryi, którą wszystko potwierdza, nawet tekst Genezy (terra erat invisibilis et incomposita), glob nasz pierwotnie znajdował się w stanie gazowym. Była epoka, kiedy powierzchnia ziemi rozciągała się co najmniej do orbity zakreślonej obecnie przez księżyc, ten bowiem podług systemu Laplace'a jest tylko odłamem mgławicy ziemskiej, oderwanym od jej peryferyi i w następstwie stężałym. W owej epoce ziemia zużywała na obrót około swej osi tyle czasu, ile go potrzebuje dzisiaj księżyc, by okrążyć ziemię, t. j. 27 — 28 dni. Tak więc nawet według zwalczanej przez nas hypotezy, dni Genezy musiałyby być różne od naszych dzisiejszych.

Inny, wcale poważny, argument jest następujący: Bóg — powiada Mojżesz — odpoczął dnia siódmego. Otóż podług powszechnej opinii teologów, ten dzień siódmy obejmuje cały czas następujący po ukazaniu się człowieka i trwa dotąd bez przerwy. Nie jest-to więc wcale okres dwudziestoczterogodzinny, a wszystko wskazuje, że i inne dni były tejże samej natury.

Tłómaczenie takie potwierdzają trądycye kosmogoniczne różnych ludów starożytności. Chaldejczycy, Fenicyanie, Persowie, Etruskowie nawet wierzyli, że dzieło stworzenia dokonane zostało w ciągu sześciu długotrwałych okresów. Czy te podania pochodzą ze źródła hebrajskiego, czy sięgają bezpośrednio pierwotnego, objawienia, mniejsza o to; znaczenie ich jest wymowne.

W samym tekście biblijnym znajdujemy dowód, że nie inaczej należy rozumieć wyraz jom (dzień). W drugim rozdziale Genezy Mojżesz objaśnia, jakim sposobem wegetacya dnia trzeciego mogła prosperować dzięki obfitej wilgoci w stanie lotnym, zastępującej brak wody, „nie dawał bowiem Pan deszczu na ziemię," fnon enim pluerat Dominus Deus super terram). Utrzymujemy, że ustęp ten jest zgoła niezrozumiały przy hypotezie dni dwudziestoczterogodzinnych. Trzeciego dnia dopiero wody łączą się i tworzą morza. Otóż, jeśli brak wody nie trwał dłużej nad 24 godziny, ziemia miałaby dość wilgoci, by jej wystarczyło na użytek roślinności w tak krótkim czasie. Mgła przesycająca powietrze i deszcz byłyby więcej niż zbyteczne, i raczej, przeciwnie, możnaby stawiać pytanie, czy ziemia była po ustąpieniu wód z jej powierzchni dostatecznie osuszona, by dać odpowiedni grunt światu roślinnemu.

Pytają jeszcze niekiedy, czy Mojżesz znał naturę dni, które opisywał. Z przywiedzionego ustępu okazuje się, iż zdawał on sobie jasno sprawę z tego, co traktował. Tak-to trudność, która uchodziła baczności wielu komentatorów, nie uszła uwagi autora biblijnego opowiadania.

Trądycya nie sprzeciwia się wcale tłómaczeniu, w którego obronie stajemy. Wielka ilość Ojców, między innymi św. Augustyn i cała szkoła egzegetyczna Aleksandryjska, przywiązywała do wyrazu dzień znaczenie przenośne. Można nawet powiedzieć, że odstępowali oni dalej od sensu literalnego, niż my to czynimy; wielu bowiem z pośród nich utrzymywało, że wszechświat stworzony został w jednej chwili, i źe opisana przez Genezę kolej stworzenia jest czysto idealna. Niewątpliwie, gdyby ci Ojcowie Kościoła byli znali epoki geologiczne i ich długie trwanie, byliby je z pewnością utożsamili z sześciu biblijnymi dniami.

Zdaje się, że niektórzy z Ojców Kościoła wpadali na myśl długich okresów i odgadywali takowe. Św. Augustyn chyli się nieraz do przypuszczenia rzeczywistej kolejności w dziele stworzenia. Myśl jego waha się dla braku punktu oparcia, jakim jest dla nas wiedza nowożytna; to jednak pewna, że ze wszystkich systemów najmniej mu przypada do przekonania teorya dni dwudziestoczterogodzinnych. Wykazał to dowodnie ks. Motais w pracy poświęconej temu przedmiotowi. „ Origins du monde d'apres la tradition." Paryż 1888.

Zbytecznem byłoby bronić dłużej założenia, wielokrotnie już rozważanego i zwycięsko opracowanego przez najznakomitszych egzegetów. Przytoczymy tu tylko ich odnośne prace naukowe. Patrz więc: Vigouroux. „Manuel biblique" T I, i „Revue des questions scientifiques" Kwiecień i Lipiec 1879; G-. Molloy. „Geologie et revelation," rozdz. 22; Ardum. „La Religion en face de la science," Pozzy, „la Terre et le recit biblique de la creation," Meignan. „le Monde et l'homme primitif" etc.

Dni kosmiczne. — Inny wykład, który zdaniem naszem zasługuje na uwagę apologety, jako doskonale zgadzający się z literą tekstu biblijnego i dający wystarczającą odpowiedź na zarzuty zaczerpnięte z geologii, przyjmuje wyraz „dzień* nie w znaczeniu dnia zwykłego, lecz kosmicznego albo cyklicznego, tak mniej więcej jak np. u Daniela 70 tygodni oznacza tygodnie lat, a nie zwykłe tygodnie siedmiodniowe. Oto krótkie streszczenie tej hypotezy:

Opowiadanie biblijne o stworzeniu świata jest prawdopodobnie relacyą podaniową, przyniesioną przez Abrahama z Ur w Chaldei i przechowaną w jego rodzinie, a następnie spisaną przez Mojżesza pod natchnieniem Ducha św. Do Chaldeów więc zwrócić się należy, by odszukać właściwe znaczenie ciemnych wyrażeń Genezy o początku wszechrzeczy. Otóż Chaldejczycy dla history! początków świata ułożyli dzień bardzo długi, unormowany podług dnia zwyczajnego i mający też same podziały, a mianowicie: dzień ma 12 godzin: 6 dnia i 6 nocy; każda godzina ma 60 minut, a każda minuta 60 sekund. Każda sekunda dnia kosmicznego ma wyobrażać rok zwyczajny, każda minuta 60 lat, a każda godzina 3,600 lat; dzień zatem kosmiczny 12-godzinny, przedstawiałby okres 43,200 lat zwyczajnych. Szczegóły te zawdzięczamy Lenormant'owi, który opierając się na krytycznym rozbiorze fragmentów kosmograficznych Berozusa, podał je w „Essai de Commentaire" (str. 185—217).

Podług tego systemu czas, naznaczony przez Mojżesza na ukształtowanie świata, do chwili wystąpienia człowieka wynosiłby lat 259,200. Trudno zaś udowodnić, by podobny okres czasu nie wystarczał dla objaśnienia wszystkich zjawisk geologicznych, skonstatowanych przez naukę. Wykład ten posiada i te zalety, iż opiera się na prastarem podaniu, a w niczem nie narusza tekstu biblijnego. Daje on więc rozwiązanie zagadnienia z wielu względów zadawalniające.

Zgodność kosmogonii biblijnej z nauką. — Zestawiamy tu kolejno każdy dzień biblijny z odpowiednią fazą przetwarzania się kuli ziemskiej, podawaną przez dzisiejszą naukę.

Opis dzieła stworzenia podajemy w brzmieniu literalnem, przełożonem bezpośrednio z tekstu hebrajskiego.

Dzień pierwszy. I-o „Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię, — 2. a ziemia była pusta i próżna (podług tekstu greckiego: niewidzialna i bezkształtna — invisibilis et incomposita), i ciemności były nad obliczem głębi a duch Boży unosił się nad obliczem wód. 3. I rzekł Bóg: niech się stanie światło i stało się światło. 4. I ujrzał Bóg, iż światło jest dobre i oddzielił światło od ciemności. 5. I nazwał Bóg światłość dniem a ciemność nocą, i był wieczór i był zaranek: dzień pierwszy."

Dwa więc wielkie fakta: stworzenie materyi i ukazanie się światła znamionują dzień pierwszy. Wprawdzie niektórzy Ojcowie a za nimi niektórzy egzegeci twierdzili, że stworzenie we właściwem znaczeniu nastąpiło przed pierwszym dniem, który jakoby zaczął się dopiero z wyrazami „fiat lux" trzeciego wiersza. Kwestya ta wszakże według nas jest bardzo małego znaczenia. Nas tu przedewszystkiem zajmuje pytanie, czy umiejętności świeckie nie rzucają jakiego światła na tę pierwszą epokę historyi kuli ziemskiej.

Otóż aczkolwiek wiedza pozytywna nie poucza nas wprost o początku wszechświata, to przecież pozwala nam go przynajmniej odgadywać. Jeden z najkompetentniejszych jej przedstawicieli, Laplace, wystąpił w tej mierze z teoryą, o której (patrz art. Kosmogonia) tu słówko tylko powiemy. Stawia on hypotezę, że ziemia i wszystkie ciała niebieskie, składające nasz planetarny system, nie wyłączając słońca, znajdowały się pierwotnie w stanie lotnym i stanowiły niezmierną mgławicę, która się obracała około swej osi od zachodu ku wschodowi. Ta mgławica, której żywioły ulegały prawu attrakcyi, rozpadła się ostatecznie na wiele odłamów, które w miarę stężania odosobniały się coraz bardziej i przybierały kształt kulisty, właściwy ciałom niebieskim. Światło było naturalnym skutkiem zbliżania się ich cząsteczek. Molekuły te, ścierając się ze sobą, musiały się łączyć, wzajem się przenikać i wywoływać zwykłe w takich razach zjawisko — ciepło i światło.

Bardzo być może, iż zjawisko to zaszło najpierw na jednem z najmniejszych ciał naszego słonecznego systemu, np. może na księżycu; gdyż podług hypotezy Laplace'a trwanie przekształceń każdego ciała niebieskiego zależy od jego massy.

Ci więc, którzy twierdzą, że pisarz natchniony popełnił gruby błąd, pomieściwszy stworzenie światła na trzy dni przed stworzeniem słońca, sami się grubo mylą. Fakt ten mógł dziwić w istocie, dopóki mniemano, że ziemia nie miała innego ogniska światła prócz słońca. W danym jednak razie wypada raczej podziwiać niż krytykować ten fakt pod piórem Mojżesza. Ponieważ nie jest on z liczby tych faktów, które można odgadywać, jest się więc prawie zmuszonym przypuszczać, że go Mojżesz zawdzięcza objawieniu bożemu. Ale czyż to nie nowy dowód, że nie należy zbyt pośpiesznie upatrywać w Biblii błędów lub sprzeczności z nauką? Wszyscy, co dotychczas posądzali Biblię o błędy, sami w błędy wpadali. Do Biblii też możnaby zastosować słowa, jakie Bacon Werulamski odnosił do Boga: Jeśli niekiedy mało wiedzy oddala od Boga, wiele jej przybliża do Niego.

Pierwszy dzień Genezy zostaje po za geologią we właściwem jej rozumieniu, ta bowiem rozpoczyna swe obserwacye nad ziemią z chwilą, kiedy na dnie wód zaczęły się wytwarzać osady i kiedy na skorupie ziemskiej dostatecznie oziębionej, mogło powstać i rozwijać się życie. W pierwszym tym dniu można widzieć przedstawiciela niezmiernie długiego okresu, podczas którego ziemia pozostawała w stanie lotnym, i względem księżyca, zaskrzepłego niewątpliwie wcześniej, zajmowała stanowisko słońca. Taki w istocie stan rzeczy wskazuje nam drugi wiersz Genezy, jeśli zwłaszcza przyjmiemy brzmienie Septuaginty, gdzie materya ziemna nazwana została niewidzialną i bezkształtną.

Dzień drugi. — „6. I rzekł Bóg: niech się stanie rozciągłość (expansio a nie firmamentum) pośrodku wód i niechaj oddzieli niebiosa od wód. — 7. I uczynił Bóg rozciągłość i rozdzielił wody, które były pod rozciągłością od tych, które były ponad nią. I stało się tak. — 8. I nazwał Bóg rozciągłość niebem. I był wieczór i był zaranek: dzień wtóry."

Mgławica ziemna, lotna podczas pierwszego dnia, poczyna gęstnieć w dniu drugim i przechodzić niebawem w stan płynny. Następnie na powierzchni tej grząskiej massy wytwarza się skorupa. Wody, pozostające dotąd wskutek wysokiej temperatury w stanie pary, częściowo tężeją i wytwarzają morza. Jest-to rozdzielenie wód, o którem mowa w wierszu 6. Atmosfera pomimo to jest wciąż przepełniona gęstemi chmurami aż do dnia czwartego, do którego to czasu dla mieszkańców ziemi strop nieba i gwiazdy były niewidzialne.

To odłączenie wód górnych od wód dolnych, t. j. oddzielenie mgły, unoszącej się w górze, od wody skroplonej i zebranej w wielkiej ilości na jednem miejscu, poczytywano za ukształtowanie sklepienia niebieskiego (firmamentu); ale to nie dość naukowe wyrażenie nie znajduje się w tekście pierwotnym. Niesłusznie tedy wyrzucano Mojżeszowi ten wyraz, jako termin niedokładny, zdradzający fałszywe pojęcia autora w przedmiocie kosmografii. Nie twierdzimy, by pojęcia Mojżesza w tej meteryi miały być identyczne z naszemi; jednakże należy przynajmniej uznać, że wyrażenia, których używa, nie są bynajmniej w sprzeczności z wiedzą obecną. Ostatecznie to, co nam podaje, jako dzieło dnia drugiego, polega na wytworzeniu atmosfery, która w rzeczywistości nie istniała, dopóki zespolona była z całą masą wód ziemnych.

Niektórzy komentatorowie chcieli upatrywać w wodach, o których mowa pod dniem drugim, materyę lotną pierwotnej mgławicy, a w rozdziale wód górnych od dolnych — rozłam tej mgławicy na nebulozę słoneczną i nebulozę ziemną. Ale takie rozumienie zdaniem naszem zanadto odbiega od sensu literalnego odnośnych wyrazów, by miało być zamierzone przez Mojżesza. Pisarz ten mówi zawsze językiem zwyczajnym; inaczej bowiem dla nikogo nie byłby zrozumiały. Zestawiając dzień drugi z posuniętą naprzód fazą w formowaniu się kuli ziemskiej, zyskujemy możność zachowania wyrazowi ivody właściwe mu znaczenie. Znaczenie zaś to tem jest prawdopodobniejsze, iż opady części wód atmosferycznych musiały naturalnie zbliska poprzedzić dzień trzeci, znamienny rozwojem królestwa roślinnego. Rośliny nie mogłyby były żyć bez pewnej ilości wody, któraby zraszała ich korzenie, i bez pewnego światła, zapewniającego tej roślinności zieloność.

Przytem, gdyby taki wykład miał się ostać, znalazłaby się w Biblii uderzająca luka. Czas niewątpliwie długi, jaki upłynął od pierwszego utworzenia się skorupy ziemnej do pojawienia się życia na jej powierzchni, nie byłby wcale uwzględniony w Genezie, tymczasem podług nas odpowiada on dniowi drugiemu.

Dotąd obracamy się wciąż w epoce, poprzedzającej właściwe peryody geologiczne, w epoce azoicznej, ponieważ dawniejszą ona od pojawienia się pierwszych jestestw żyjących tak roślin jak zwierząt. Dzień pierwszy, trwający od stworzenia ziemi do jej zeskorupienia i obejmujący całą epokę, w której ziemia znajdowała się w stanie lotnym, możnaby nazwać erą kosmiczną. Dzień drugi byłby zatem erą geologiczną t. j. erą ukształtowania się ziemi aż do czasu jej stężenia i oziębienia, umożliwiającego rozwój życia.

Odtąd wychodzimy z dziedziny przypuszczeń, a wstępujemy na pole faktów. Zgodność nauki z Biblią będzie odtąd dla nas jeszcze bardziej widoczna.

Dzień trzeci. — „9. I rzekł Bóg: niech wody, które są pod niebem, zbiorą się na jedno miejsce, a niech się ukaże * sucha. I stało się tak. — 10. I suchą nazwał Bóg ziemią, a zebranie wód nazwał morzem. I widział Bóg, że to jest dobre.— 11. I rzekł Bog: niech zrodzi ziemia ziele zielone- i dawające nasienie i drzewo rodzajne, dające owoc według rodzaju swego, któreby nasienie swoje miało w sobie na ziemi. I stało się tak. — 12. I zrodziła ziemia ziele zielone, i dawające nasienie według rodzaju swego: i drzewo czyniące owoc mające w sobie swe nasienie według rodzaju swego. I widział Bóg, że jest dobre. — 13. I był wieczór i był zaranek: dzień trzeci."

Ukształtowanie morza, rozpoczynające dzieło dnia trzeciego, jest naturalną konsekwencyą opadnięcia pary atmosferycznej, o której była mowa pod dniem poprzednim. Wtedy to powstała na ziemi, od niedawna wyłonionej z głębi, owa olbrzymia wegetacya, której winni jesteśmy ogromne pokłady węgla, a która podług geologów stanowi najwybitniejszą cechę epoki pierwotnej. Wegetacya ta nie była bezwątpienia ani zbyt urozmaicona, ani nader świetna, nasze bowiem najgodniejsze uwagi rośliny jawnopłciowe ukazały się dopiero później; ale była ona tak bujną, iż pisarz natchniony nie mógł jej nie uwzględnić w swym pobieżnym, główne etapy stworzenia obejmującym szkicu.

Prawda, że żyły podówczas pewne zwierzęta niższego rzędu: owady, skorupiaki, żaby i ryby. Ukazanie się ich nawet poprzedziło wielki objaw życia roślinnego, gdyż życie to datuje się od epoki węglowej, gdy przeciwnie omawiane zwierzęta pochodzą z epoki sylurskiej. (Ob. Tablicę formacyi geologicznych).

Niepotrzebnie jednak niektórzy egzegeci upatrywali w tern szczególną trudność, skoro Mojżesz nie wchodzi w drobiazgowy rozbiór tworzenia się ziemi i wszystkiego co na niej istnieje, lecz dotyka szczegółów głównych, charakterystycznych, przewodnich. A właśnie, gdybyśmy zapytali geologa, co przedewszystkiem znamionuje tę epokę, odpowie on bez wahania, iż znamionuje ją bogata roślinność, wobec której znikają te zwierzęta, jakie w niewielkiej stosunkowo ilości i w najniższych gatunkach zaludniają tu i owdzie łono wód morskich. Niepodobna wymagać od Genezy większej ścisłości naukowej.

Utrzymywano, że Mojżesz w przedmiocie początku świata pouczony był przez szereg widzeń, które go przenosiły kolejno w różne epoki stworzenia i stawiały mu przed oczy jakoby oddzielne obrazy, pojedyncze główne tego procesu sceny. Jeśli tak było, to oczywiście w dniu trzecim uderzyć musiała jego uwagę przedewszystkiem owa obfita wegetacya, a nie drobne, leżące na dnie fal morskich, jestestwa. Nie mówi nam on zresztą, że zwierzęta te nie istniały; nie zajmuje się niemi nigdzie, nawet omawiając dzieło dnia piątego, gdyż opisuje tam wielkie stworzenia wodne lub ziemnowodne, które z natury swojej zasługiwały w krótkim szkicu na uwzględnienie. Nie zapominajmy, że głównem jego założeniem było odwrócić Hebreów od politeizmu egipskiego lub chananejskiego przez wpojenie im tej prawdy, że wszystko na ziemi było dziełem Boga. W tym celu zbyteczna było rozwodzić się szczegółowo o procesie stworzenia lub nadawać opisowi zaprawę scientyliczną; wystarczało natomiast dotknąć jestestw naczelnych, tych np. które w owym czasie były przedmiotem czci religijnej ze strony Egipcyan.

Dzień czwarty.— „14. I rzekł Bóg: niech się staną światła na rozciągłości niebios, a niech dzielą dzień i noc i niech służą za wskazówki epok i dni i lat. — 15. I niech będą światłami na rozciągłości niebios dla oświetlania ziemi. I stało się tak. — 16. I uczynił Bóg dwa światła wielkie: światło większe aby przodowało dniowi, i światło mniejsze, aby przodowało nocy, i gwiazdy. — 17. I umieścił je Bóg na rozciągłości niebios, aby oświetlały ziemię, — 18. aby przodowały dniowi i nocy, i aby oddzielały światło od ciemności. I widział Bóg, że to jest dobre. — 19. I był wieczór i był zaranek: dzień czwarty. "

Dzieło dnia czwartego nie ulega kontroli ze strony geologii, ponieważ mowa tu jest nie o ziemi, lecz o ciałach niebieskich. Wszystko jednakże dozwala umieszczać je na końcu t. zw. epoki pierwszorzędowej, czyli przejściowej, t. j. odpowiadającej tworzeniu się formacyi permskiej. Jakoż widzieliśmy, iż piętro niższe, węglowe, wyobrażało dzień trzeci, a niebawem obaczymy, że epoka drugorzędowa odpowiada piątemu dniowi. Samo więc przez się nasuwa się pomieszczenie ukazania się gwiazd pomiędzy te dwa okresy.

Mówimy ukazania się, nie zaś stworzenia. Pismo św. nie mówi w rzeczy samej, że gwiazdy zostały stworzone dnia czwartego. Były one prawdopodobnie oddawna, nawet jako ogniska światła, ale dopiero czwartego dnia stały się widzialne po rozproszeniu wielkiej masy mgły i chmur gęstych, które je zasłaniały.

Możnaby niewątpliwie utrzymywać, nie stając nawet w sprzeczności z ogólnie przyjętą kosmogonią, że w tej epoce dopiero słońce zaczęło wydzielać ciepło i światło: ale nasuwa się w takim razie pytanie, gdzie, w braku słońca było źródło ciepła, które wywołało roślinność epoki poprzedniej. Nie mógł niem być księżyc, gdyż, jako mniejszy od ziemi, pierwszej niż ona pokrył się powłoką zeskorupiałą. Nie jest również prawdopodobnem, by ziemia była stanowiła sama dla siebie ognisko ciepła; przy całej bowiem cienkości świeżo zastygłej skorupy zewnętrznej, skały, które ją tworzyły, jako będące złym przewodnikiem ciepła, tamowały oddziaływanie ognia wewnętrznego na powierzchnię globu, przynajmniej w stopniu potrzebnym i wystarczającym do tak olbrzymiej wegetacyi. Sam zresztą fakt, że w opowiadaniu biblijnem zarówno słońce, jak księżyc i gwiazdy, mają jedną datę, wskazuje, że mowa tu tylko o ich ukazaniu się, gdyż jednoczesne powstanie lub ukazanie się w święcie gwiazd wszystkich sprzeciwiałoby się wszelkiemu prawdopodobieństwu.

Ta hypoteza gęstej mgły, przesłaniającej aż do dnia czwartego ciała niebieskie, zgadza się zupełnie z danemi naukowemi. Najpierw zgoła jest naturalnem, że atmosfera zrazu nie posiadała tego stopnia czystości, jakim się dziś odznacza. Wysoka ciepłota, panująca na powierzchni globu, stwierdzona przez zwierzęta i rośliny tej epoki pierwotnej, musiała utrzymywać w stanie lotnym wiele ciał obecnie płynnych lub stałych. Węgiel złożony w łonie ziemi ku użytkowi przemysłu przyszłych pokoleń, był podówczas niewątpliwie rozproszony w postaci kwasu węglowego w powietrzu atmosferycznem, którego skład w znacznej mierze zmodyfikował.

Nadto, faktem jest udowodnionym w biologii roślinnej, że rośliny analogiczne z temi, które się złożyły na wytworzenie węgla, najbujniej wegetują w atmosferze gorącej, wilgotnej i przyćmionej. Potwierdza to przykład okolic podzwrotnikowych, gdzie w pewnych porach roku niebo jest prawie wciąż pokryte gęstemi chmurami. Prawda; że w tych warunkach brak kwiatów o kolorach żywych, jaskrawych, zarówno jak drzew o ścisłym, zbitym miąższu; ale właśnie wiadomo, że flora węglotwórcza odznaczała się brakiem zabarwienia i rośliny tej epoki były miękkie, gąbczaste.

Zwierzęta owej epoki stwierdzają ze swej strony również brak bezpośredniego wpływu słońca. Siatkowate oczy trylobitów świadczą — rzecz to dawno skonstatowana — zarazem o istnieniu światła i o jego małem natężeniu; znany uczony, Heer, stwierdził, że owady w epoce węglowej (mole, termity), były przeważnie „nocne."

Wszystko więc popiera fakt, że gęsta mgła tamowała bezpośrednie działanie promieni słonecznych na ziemię i że wegetacya mająca obrócić się w węgiel, a której sprzyjał ten stan rzeczy, wchłonęła kwas węglowy, który przesycał i zakażał powietrze. Jak Biblia tak i wiedza uczy nas, że ukazanie się słońca musiało nastąpić po nadzwyczajnym rozwoju roślinności, nie zaś go poprzedzić. I oto znowu trudno wymarzyć bardziej uderzającą zgodność, a zgodność ta nie może być wcale dziełem przypadku. Nie mógł Mojżesz dowiedzieć się inaczej, tylko przez objawienie o fakcie, który kiedyś poczytywano za niedość prawdopodobny, a który zupełnie potwierdzają dane naukowe świeżo zdobyte.

Dzień piąty. —• „20. I rzekł Bóg: niech obfitują wody w płazy obdarzone tchnieniem życia i niechaj lata ptactwo nad ziemią w rozciągłości niebios. 21. I stworzył Bóg wieloryby i wszelkie płazy, które wydały wody wedle rodzaju swego, i wszelkie ptactwo skrzydlate (volatile alatum) wedle rodzaju swego. I widział Bóg, że to jest dobre. 22. I błogosławił im Bóg, mówiąc: ros'nijcie i mnóżcie się i napełniajcie wody morskie, i ptactwo niech się mnoży na ziemi. I był wieczór i był zaranek: dzień piąty.

Dzień piąty biblijny odpowiada oczywiście drugorzędowej epoce geologicznej. Zda się, że Mojżesz opisując ją w słowach powyższych, miał niejako przed oczyma całość krajobrazów owego czasu.

Jako charakterystyczne stworzenia tego okresu podaje potwory morskie, płazy wodne i jestestwa latające. Owóż rzuciwszy okiem na jeden z obra ów, w jakich geologowie usiłowali rekonstytuować niektóre sceny epoki drugorzędowej, musimy przedewszystkiem zwrócić uwagę na te potwory morskie, na te olbrzymie płazy wodne, które owej epoce nadają znamienną fizyognomię. Z wodnych lub ziemnowodnych zaznaczymy: Ichtyozaura i Plezyozaura, dwa olbrzymich rozmiarów jaszczury, nawskroś morskie, dochodzące do dziesięciu metrów długości; Teleozaura, który przypomina dzisiejsze krokodyle, ale je wielkością przewyższa; Mozazaura, zwanego też zwierzęciem z Maestrychtu, ogromną jaszczurkę, która również żyła w wodzie; wreszcie Megalozaura i Iguanodonta, innego gatunku jaszczurki o strasznej postaci i kolosalnych rozmiarach.

Co do „jestestw latających," trudno wyobrazić sobie coś bardziej godnego uwagi, jak Pterodaktyl i Ramphorynchus, dwa płazy opatrzone skrzydłami błoniastemi, które mają pewną analogię z nietoperzami i pomimowoli przypominają osławione smoki. Nie brak też w pokładach drugorzędowych śladów ptaków rzeczywistych, nieraz olbrzymich. Uzupełniają one szereg punktów stycznych tej epoki z dniem piątym Mojżeszowym i potwierdzają identyczność tychże. Prawda, że nie wszyscy tłómacze zupełnie tak samo rozumieją dzieło dnia tego. Wulgata np. tłómaczy: „niech wody wydadzą (prodacant)—wywiodą" (Wujek) twory żyjące, by pływały w wodzie i jestestwa skrzydlate (volatile), by latały nad ziemią." Wyprowadzono stąd wniosek, że mowa tu o rybach i właściwych ptakach. Lecz tekst oryginalny nie ma tej myśli. Gdyby Mojżesz chciał był mówić o rybach, byłby to uczynił w terminach jasnych, gdyż język hebrajski ma wyraz, który z całą dokładnością wypowiada pojęcie ryby. Używając wyrazu cherets, który oznacza przedewszystkiem płaza, a zwłaszcza dodając omówienie „mający tchnienie życia," chciał przez to, zdaje się, wyłączyć ryby, które nie pełzają i które nie mają płuc, nie oddychają we właściwem tego wyrazu rozumieniu.

Niektórzy komentatorowie, zaskoczeni przez odkrycia geologiczne, sądzili, iż mowa tu nie o stworzeniach wodnych, lecz o płazach właściwych. Pod tym względem słowo cherets, mające podwójne znaczenie, dopuszczałoby taki wykład, ale kontekst opowiadania naprowadza wyraźnie na myśl, że chodzi tu o zwierzęta, których żywiołem jest woda. Jakoż czytamy w słowach tuż za powyższym tekstem idących: „i stworzył Bóg potwory morskie (cetos magnosbelluas marinas podług Gezeniusza) i wszelakie zwierzę pełzające w wodzie." Dalej nieco (w w. 26—28) mówi Bóg: „uczyńmy człowieka... aby panował nad rybami morskiemi i nad ptactwem niebieskiem i nad zwierzęciem domowem i nad całą ziemią i nad wszelkim płazem, który pełza po ziemi." W urywku tym wymienione są zwierzęta oczywiście w tym porządku, w jakim zostały stworzone. Ryby tedy i inne twory wodne idą przed ptakami, które wedle jednozgodnej opinii należą do dnia piątego. A zatem i one stworzone zostały w dniu piątym. Stworzenie płazów wyłącznie lądowych przypada na dzień szósty.

Geologia w sposób bardzo wymowny potwierdza ten porządek ukazania się tworów. Niesłusznie w rzeczy samej epoka drugorzędowa bywa poczytywana za epokę przedewszystkiem płazów. W rzeczywistości jest ona epoką istot wodnych, jakiegokolwiek byłyby one rodzaju. Sądzimy, iż nie znaleziono w całym szeregu pokładów drugorzędowych ani jednego stworzenia, które wszędzie i zawsze zaliczano do płazów. Nie brak w warstwach tej epoki żółwi, jaszczurek i żab; wiadomo wszakże, iż zaliczanie tych gatunków do kategoryi płazów jest dosyć dowolne, i że one są bardzo mało podobne do wężów i żmijowatych. Węże pozbawione wszelkich członków zewnętznych są w gruncie rzeczy jedynemi stworzeniami, które noszą właściwie nazwę płazów. Owóż Mojżesz mówi językiem popularnym; — nie jego było rzeczą klasyfikować twory ze ścisłością, przyjętą przez nowożytnych uczonych.

Nadto przekonani jesteśmy, że wszystkie tylko co wymienione gatunki, odnajdywane w pokładach drugorzędowym, są mniej lub więcej wodne. Nie może być trudności w kwestyi żab. Są one niemal wszystkie ziemnowodne i wszystkie oddychają w początkach swego życia przez skrzela. Nie są więc, właściwie mówiąc, stworzeniami lądowemi. Wreszcie, rzadko się je spotyka w pokładach drugorzędowych. Dodajmy, że większość naturalistów tworzy dla nich osobną gromadę i wyłącza je z pośród płazów.

Co do żółwi, powiedzieć można, iż potwierdzają one w sposób zadziwiający dokładność biblijnego opowiadania. Żółwie morskie, rzeczne i błotne znajdują się obficie w pokładach drugorzędowych, ale nie znaleziono ani jednego żółwia wyłącznie lądowego. Jaszczurowate odnajdywano w tychże pokładach; są one również wodne. Trudność zachodzi tylko co do dwóch gatunków: megalozaura i iguanodonta. Jako pośrednie między jaszczurką a krokodylem nie łatwo je podciągnąć stanowczo pod pewną kategoryę i oznaczyć ich tryb życia. Jeśli nie były wyłącznie morskie, to przynajmniej często przebywały w wodzie. Należą więc i one do piątego dnia genezyjnego i obecność ich w pokładach drugorzędowej epoki dziwić nie powinna.

Zaznaczmy wreszcie, że choćby płaz właściwy znalazł się w innej warstwie, krom trzeciorzędowej, gdzie on jest na swem miejscu, wskazańem przez naturalny porządek, nie uwłaczałoby to jeszcze dokładności opowiadania Mojżesza. Epoka drugorzędowa byłaby pomimo to siedliskiem tworów wodnych, po niej zaś następująca epoka trzeciorzędowa — epoką zwierząt lądowych.

Dzień szósty. — „24. I rzeki Bóg: niech ziemia ivyda stworzenie mające tchnienie życia wedle gatunku swego, zwierzę domowe i płaz i bestyę ziemną wedle rodzaju ich. I stało się tak. 25. I uczynił Bóg zwierzę ziemne wedle rodzaju jego i zwierzę domowe wedle rodzaju jego i wszelki płaz ziemny wedle rodzaju jego. I widział Bóg, że to jest dobre. 26. I rzekł Bóg: uczyńmy człowieka na wzór nasz wedle podobieństwa naszego i niech panuje nad rybami morskiemi i nad ptakami niebieskiemi i nad zwierzęty domowemi, nad całą ziemią i nad wszelkiem jestestwem pełzającem po ziemi. 27. I stworzył Bóg człowieka na podobieństwo, na obraz Boga stworzył go. Stworzył ich mężczyznę i niewiastę..."

Pod dniem szóstym umieszcza Mojżesz królestwo zwierząt ziemnych. Geologia podobnież epokę trzeciorzędową poczytuje za czas powstania tychże zwierząt. Analogia między tym dniem i tą epoką jest tak widoczna i uderzająca, iż niepodobna ich nie utożsamiać.

Zarówno jeden jak druga kończą się stworzeniem człowieka, który jest uwieńczeniem stworzenia. Prawda, że pewna ilość geologów francuskich część pokładów, w których są ślady człowieka, oderwała od epoki trzeciorzędowej na rzecz nowej czwartorzędowej; większość jednak uczonych wszystkich krajów rozdział ten poczytuje za nieuzasadniony i wzmiankowane pokłady pod nazwą popliocenowych jednoczy z epoką poprzedzającą.

Jednę tylko uczynimy uwagę w przedmiocie dnia szóstego i jego tworów odnośnie do tekstu biblijnego. Nadmieniliśmy, iż niektórzy komentatorowie piątemu dniowi przypisywali stworzenie płazów właściwych. Dowodem, że mowa tam była li tylko o stworzeniach wodnych, jest to, iż słowo remesz użyte tym razem (pod dniem 6-ym) oznacza wyłącznie i niewątpliwie płazy ziemne. Niektórzy tłómacze stosowali jednak ten wyraz do wszystkich drobnych zwierząt ziemnych, nawet ssących, jak zając i kuna. Być może, iż Mojżesz, szkicując pośpiesznie dzieło stworzenia, zaniechał wzmianki o tych zwierzętach, tak samo jak pominął ryby.

Zbyteczna wspominać o wyraźnem odgraniczeniu dwóch aktów, które kolejno powołały do bytu zwierzęta i człowieka. Dowodzi to, że człowiek nie powstał drogą powolnego udoskonalenia się niższych gatunków zwierzęcych, jak chcą transformiści. Czytamy wyraźnie, iż człowiek został stworzony (bara). — Wyraz to charakterystyczny, użyty dotychczas w dwóch dopiero ważnych okolicznościach, a mianowicie w wierszu pierwszym przy sposobności pierwszego ukazania się materyi, i w w. 21 przy zapowiedzi o ukazaniu się pierwszego zwierzęcia. Jeśli więc Biblia nie sprzeciwia się wprost trasformizmowi, ograniczonemu do roślin i zwierząt, nie pozwala przecież stosować go do człowieka.

Na początku drugiego rozdziału Genezy czytamy, że Bóg odpoczął, t. j. przestał tworzyć wnet po ukazaniu się człowieka. I tu nasza nauka zniewolona jest oddać wymowne świadectwo natchnionemu słowu. Udowodniając, że człowiek żył w epoce czwartorzędowej czyli popliocenowej, wykazała Biblia zarazem, że wszystkie zwierzęta, które nas otaczają, istniały również w tej epoce. Wiele gatunków od chwili stworzenia człowieka zanikło, ale nowy żaden nie powstał.

Moglibyśmy dalej wykazywać podobieństwa zachodzące pomiędzy Biblią a danemi naukowemi odnośnie do sześciu dni stworzenia, ale przekonani jesteśmy, że powyższe uwagi dostatecznie wykazują zadziwiającą zgodność dwóch kosmogonii; nie możemy też zrozumieć, dla czego niektórzy pragnęliby w imię religijnego dobra pierwszemu rozdziałowi Genezy odmówić charakteru historycznego i chronologicznego.

Następująca tablica streszcza to, cośmy wyżej powiedzieli o tożsamości dni genezyjnych z różnemi fazami historyi kuli ziemskiej, o jakich nas poucza wiedza nowożytna. Dla lepszego obznajmienia się z tym przedmiotem, czytaj doskonałą książeczkę Jana d'Estienne: „Comment s'est forme 1'Univers," oraz Pozzy'ego: „La Terre et le recit biblique de la Creation."

Dni i dzieła
podług Genezy.
Epoki i formacye
podlug danych naukowych.
Dzień pierwszy.
Stworzenie materyi
i ukazanie się światła.
Era kosmiczna.
Okres gazów
i mgławicy
Dzień drugi.
Utworzenie atmosfery przez zgęstnienie
pary.
Era geogeniczna czyli
azoiczna.
Utworzenie się skorupy ziemskiej.
Dzień trzeci.
Królestwo roślinne.
Ep. pierwszorzędowa
czyli przejściowa.
Okres
Kambryjski,
Sylurski,
Dewoński,
Węglowy.
Dzień czwarty. (Epoka pierwszorzędowa
Ukazanie się gwiazd. ( (koniec).
Okres Permski.
Dzień piąty.
Królestwo zwierząt
wodnych i skrzydlatych.
Epoka drugorzędowa.
Dzień szósty.
Królestwo zwierząt
ziemnych
i ukazanie się człowieka.
Ep. trzeciorzędowa.
Epoka czwartorzędowa.

X. L. P.

Footnotes

  1. Patrz artykuł POTOP.